Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Każdego wieczoru dziękowała bogom za szczęśliwość i rozpalała świece, ponieważ nadchodził zmierzch i była panią tego domu. Dwanaście świec w kandelabrach z giętego żelaza. Po jednej na każdy rok.
Nauczył się dostrzegać takie rzeczy, podobnie jak całe tuziny drobnych, niepisanych praw, którymi rządziło się domostwo Jacynny. Miejsca, jedyne i przynależne każdemu z przedmiotów. Ciemna sionka, gdzie trzeba ostrożnie ominąć psie legowiska, ponieważ nie pozwalała, aby psy siedziały pod stołem i zlizywały dzieciom z palców krople tłuszczu. Rozwieszone wokół komina rzędy patelni, durszlaków, noży, szczypiec i nożyc, wszystkie tak wypolerowane popiołem, że odbijały światło niczym spichrzańskie zwierciadła. Plecionka ze słomianych źdźbeł i czerwonej nitki zawieszona pod sufitem dla odpędzenia złej mocy i dwie kamienne miseczki, które każdego wieczoru wypełniano mlekiem, ofiarą dla domowych węży. Jej lniana suknia, nieodmiennie przesycona zapachem lipy i macierzanki, którą przekładała kufry. Równe rzędy kapusty za drewutnią, kapusty sadzonej w dzikiej obfitości i uprawianej zaciekle pomimo plagi bielinkowych gąsienic i innego robactwa, które prześladowało warzywnik. Rok po roku zgięty nad motyką Bogoria przeklinał swój niewczesny żart i jej wredne, iście niewieście poczucie humoru.
Jednak nawet w tych grządkach był spokój oraz ład, który przebijały z każdego gestu Jacynny i ze wszystkich kątów jej obejścia. Porządek tym cenniejszy, że nie pozostało go wiele w Krainach Wewnętrznego Morza. Jego własne miejsce. Dwanaście płomieni świec i kobieta, która wciąż była ukojeniem jego serca, choć za łanem lasu trwała wojna, a on był banitą i przyjechał od strony Czymborskiej Debrzy, gdzie dzikie psy nie skończyły jeszcze obierać z mięsa trupów Pomorców.
Usłyszał, że brytany u bramy zanoszą się ujadaniem. Jacynna zamarła przy cembrowinie z brzozową miotłą w dłoni. Z niewzruszonym uporem zamiatała podwórze co najmniej trzy razy dziennie i wysypywała je białym rzecznym piaskiem, płosząc stada kur, które równie zawzięcie usiłowały je rozgrzebać.
Bogoria poderwał się, nie dbając o mydliny, które polały się brudnoszarą strugą z przewróconego cebrzyka. Do domu, kobieto, pomyślał, okraszając te słowa plugawym przekleństwem, którego nie śmiał wypowiedzieć.
Kątem oka dojrzał, że dziewczynki rozpierzchły się jak zdmuchnięte. Zgadzali się z Jacynną, że dzieci należy strzec przed obcymi z najwyższą ostrożnością. Nawet Bogoria nie zdołał odkryć ich wszystkich kryjówek, mimo że nie raz aż do zmierzchu bawili się w chowanego i ślepą babkę. Był pewien, że zdążą się ukryć. Wszystkie jego myśli były przy wysokiej kobiecie, która bez pośpiechu oparła miotłę o ścianę kurnika i wytarła ręce w błękitny fartuch.
Nim przemknął pomiędzy otwartymi wierzejami sadu, wiedział, dlaczego. Na podwórzu stał pojedynczy jeździec; Bogoria z daleka dojrzał krasny kołpak ozdobiony idiotycznym piórkiem. Podstarości już kłaniał się nisko. Duże dłonie gospodyni na chwilę znikły w gęstwie jego pszenicznożółtej brody, gdyż na swój prosty sposób Chabina szanował córkę garncarza, która nieodgadnionym sposobem zdołała usidlić przywódcę grasantów. A w każdym razie nazbyt dobrze znał Bogorię, by podobnego szacunku, choćby nieszczerego, zaniedbać. Tym bardziej że jego potrzeba musiała być doprawdy nagła, skoro samopas, bez pachołków, zapędził się równie daleko w las.
– Napijecie się miodu? – Bogoria widział od strony łąki pachołków nadbiegających spiesznie z kosami na ramieniu i nie chciał, by nazbyt pilnie przysłuchiwali się ich pogawędce. – Mam w sadzie dobry dzban, zda się wam wytchnąć po podobnej jeździe.
– W izbie skwar mniej doskwiera – odezwała się niespodzianie Jacynna.
Bogoria usłuchał: była wyczulona, gdy szło o ich córki, a dziewczynki ukryły się gdzieś pomiędzy jabłoniowymi drzewami.
Kątem oka dojrzał jeszcze, jak Jacynna pojedynczym skinieniem ręki odprawia chromą dziewkę do posługi, która siedziała na niskim pieńku pod schodami z naręczem zielonego groszku.
– Co was sprowadza? – odezwał się szorstko Bogoria, gdy zasiedli na ławie, a Jacynna nalała im miodu w świeże kubki.
Może przemówił nazbyt szorstko, zważywszy że podstarości miał oblicze spalone słońcem, a jego kubrak pokrywała warstwa kurzu z gościńca. Obaj jednak widzieli, co wydarzyło się w Czymborskiej Debrzy, i Bogoria nie zamierzał wysłuchiwać połajanek z powodu wymordowanych Pomorców. Nie w tym obejściu i nie od tego człowieka. A już na pewno nie pod spojrzeniem szarych oczu Jacynny, która usiadła pod ścianą na niskim stołku, z rękoma splecionymi na błękitnym fartuchu, zupełnie jak przystoi pokornej niewieście. Nie zamierzała jednak ich pozostawić i to także napełniało Bogorię niemałym niepokojem. Nigdy wcześniej nie pożądała jego sekretów.
Podstarości zaczerpnął powietrza. Głęboko i z wysiłkiem. Jak pływak, który zamierza zanurzyć się w nurt rzeki.
– Mówiłem z podkomorzym – powiedział. – Zaraz po – przełknął ślinę – zaraz po Debrzy. O tym, co uczynią Pomorcy. O różnych rzeczach. O Wilczych Jarach i księciu z Lipnickiego Półwyspu.
Bogoria zmarszczył brwi. Nie czuł zbyt wielkiej litości dla podstarościego, który właśnie mozolnie mocował się z sobą. Szlachetce schlebiała konfidencja z potężnym podkomorzym, co była wielka naiwność i może jeszcze większa głupota, gdyż potężni panowie niczego nie dają bez sowitego zysku. Zwłaszcza swej przyjaźni i poufałości.
– Wyście zapewne gadali – wyrzekł szorstko. – Podkomorzy chytra liszka, tedy się z okazowania wykręcił. Zresztą po co miał jechać? Dość się znajdzie pochlebców przekupnych, co mu za dudki srebrne wszystko co do joty wyłożą.
Gość milczał i pierwszy raz Bogorię zdjął strach. Obydwaj przywykli do docinków. Ale podstarości w całych Wilczych Jarach zapalczywością słynął i musiał mieć powód, aby zmilczeć podobną potwarz. Bardzo dobry powód.
– Nie brałem od niego pieniędzy – powoli odezwał się podstarości. – Nigdy.
– Po cóż kupować od głupca coś, co podaruje z dobrej woli? – Bogoria wzruszył ramionami i zaraz umilkł, gdy Jacynna karcąco ściągnęła brwi.
– Zdawało mi się – bogowie jedni wiedzieli, jak wiele wysiłku kosztowało podstarościego wypowiedzenie tych słów – że spośród nas wszystkich on widzi najwyraźniej. I że kiedy wojna nadejdzie na dobre, zdoła sprawić, aby Wilcze Jary wyszły z niej tym, czym niegdyś były. Wykrwawione, bo krew popłynie bez ochyby, ale nasze.
– I omyliliście się. – Przywódca grasantów kiwnął głową.
– I omyliłem się – jak echo powtórzył podstarości. – Gadał, że źle się Wilczym Jarom rzeź u Debrzy przysłuży. I że trzeba dać Pomorcom zastaw naszej przyjaźni. Podarunek. Twardokęska.
Palce Jacynny drgnęły na podołku, czerwone, spracowane i bardzo kompetentne we wszystkich sprawach tego domu. Głowę miała pochyloną i Bogoria nie mógł zajrzeć w jej twarz, więc nie od razu pojął, dlaczego wieść o zbójcy z Gór Żmijowych miałaby ją poruszyć. Minął tuzin lat i zdołał zapomnieć, że Jacynna także była obca w Wilczych Jarach.
– I w tym się mnie poradzić przyszliście? – spytał cicho, ponieważ przez wzgląd na tę kobietę i dom wybudowany własnymi rękoma nie zamierzał krzyczeć. – W zdradzie?
– Nie – podstarości nie podjął zaczepki. Być może jej nawet nie zauważył. – Dzisiejszej nocy ma podkomorzy Twardokęska ubić. Jest spotkanie popod tartakiem starym dla wykupienia wozaków pochwyconych zeszłej niedzieli na południowym trakcie.