Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 156
Перейти на страницу:

Każdego wieczoru dziękowała bogom za szczęśliwość i rozpalała świece, ponieważ nadchodził zmierzch i była panią tego domu. Dwanaście świec w kandelabrach z giętego żelaza. Po jednej na każdy rok.

Nauczył się dostrzegać takie rzeczy, podobnie jak całe tuziny drobnych, niepisanych praw, którymi rządziło się domostwo Jacynny. Miejsca, jedyne i przynależne każdemu z przedmiotów. Ciemna sionka, gdzie trzeba ostrożnie ominąć psie legowiska, ponieważ nie pozwalała, aby psy siedziały pod stołem i zlizywały dzieciom z palców krople tłuszczu. Rozwieszone wokół komina rzędy patelni, durszlaków, noży, szczypiec i nożyc, wszystkie tak wypolerowane popiołem, że odbijały światło niczym spichrzańskie zwierciadła. Plecionka ze słomianych źdźbeł i czerwonej nitki zawieszona pod sufitem dla odpędzenia złej mocy i dwie kamienne miseczki, które każdego wieczoru wypełniano mlekiem, ofiarą dla domowych węży. Jej lniana suknia, nieodmiennie przesycona zapachem lipy i macierzanki, którą przekładała kufry. Równe rzędy kapusty za drewutnią, kapusty sadzonej w dzikiej obfitości i uprawianej zaciekle pomimo plagi bielinkowych gąsienic i innego robactwa, które prześladowało warzywnik. Rok po roku zgięty nad motyką Bogoria przeklinał swój niewczesny żart i jej wredne, iście niewieście poczucie humoru.

Jednak nawet w tych grządkach był spokój oraz ład, który przebijały z każdego gestu Jacynny i ze wszystkich kątów jej obejścia. Porządek tym cenniejszy, że nie pozostało go wiele w Krainach Wewnętrznego Morza. Jego własne miejsce. Dwanaście płomieni świec i kobieta, która wciąż była ukojeniem jego serca, choć za łanem lasu trwała wojna, a on był banitą i przyjechał od strony Czymborskiej Debrzy, gdzie dzikie psy nie skończyły jeszcze obierać z mięsa trupów Pomorców.

Usłyszał, że brytany u bramy zanoszą się ujadaniem. Jacynna zamarła przy cembrowinie z brzozową miotłą w dłoni. Z niewzruszonym uporem zamiatała podwórze co najmniej trzy razy dziennie i wysypywała je białym rzecznym piaskiem, płosząc stada kur, które równie zawzięcie usiłowały je rozgrzebać.

Bogoria poderwał się, nie dbając o mydliny, które polały się brudnoszarą strugą z przewróconego cebrzyka. Do domu, kobieto, pomyślał, okraszając te słowa plugawym przekleństwem, którego nie śmiał wypowiedzieć.

Kątem oka dojrzał, że dziewczynki rozpierzchły się jak zdmuchnięte. Zgadzali się z Jacynną, że dzieci należy strzec przed obcymi z najwyższą ostrożnością. Nawet Bogoria nie zdołał odkryć ich wszystkich kryjówek, mimo że nie raz aż do zmierzchu bawili się w chowanego i ślepą babkę. Był pewien, że zdążą się ukryć. Wszystkie jego myśli były przy wysokiej kobiecie, która bez pośpiechu oparła miotłę o ścianę kurnika i wytarła ręce w błękitny fartuch.

Nim przemknął pomiędzy otwartymi wierzejami sadu, wiedział, dlaczego. Na podwórzu stał pojedynczy jeździec; Bogoria z daleka dojrzał krasny kołpak ozdobiony idiotycznym piórkiem. Podstarości już kłaniał się nisko. Duże dłonie gospodyni na chwilę znikły w gęstwie jego pszenicznożółtej brody, gdyż na swój prosty sposób Chabina szanował córkę garncarza, która nieodgadnionym sposobem zdołała usidlić przywódcę grasantów. A w każdym razie nazbyt dobrze znał Bogorię, by podobnego szacunku, choćby nieszczerego, zaniedbać. Tym bardziej że jego potrzeba musiała być doprawdy nagła, skoro samopas, bez pachołków, zapędził się równie daleko w las.

– Napijecie się miodu? – Bogoria widział od strony łąki pachołków nadbiegających spiesznie z kosami na ramieniu i nie chciał, by nazbyt pilnie przysłuchiwali się ich pogawędce. – Mam w sadzie dobry dzban, zda się wam wytchnąć po podobnej jeździe.

– W izbie skwar mniej doskwiera – odezwała się niespodzianie Jacynna.

Bogoria usłuchał: była wyczulona, gdy szło o ich córki, a dziewczynki ukryły się gdzieś pomiędzy jabłoniowymi drzewami.

Kątem oka dojrzał jeszcze, jak Jacynna pojedynczym skinieniem ręki odprawia chromą dziewkę do posługi, która siedziała na niskim pieńku pod schodami z naręczem zielonego groszku.

– Co was sprowadza? – odezwał się szorstko Bogoria, gdy zasiedli na ławie, a Jacynna nalała im miodu w świeże kubki.

Może przemówił nazbyt szorstko, zważywszy że podstarości miał oblicze spalone słońcem, a jego kubrak pokrywała warstwa kurzu z gościńca. Obaj jednak widzieli, co wydarzyło się w Czymborskiej Debrzy, i Bogoria nie zamierzał wysłuchiwać połajanek z powodu wymordowanych Pomorców. Nie w tym obejściu i nie od tego człowieka. A już na pewno nie pod spojrzeniem szarych oczu Jacynny, która usiadła pod ścianą na niskim stołku, z rękoma splecionymi na błękitnym fartuchu, zupełnie jak przystoi pokornej niewieście. Nie zamierzała jednak ich pozostawić i to także napełniało Bogorię niemałym niepokojem. Nigdy wcześniej nie pożądała jego sekretów.

Podstarości zaczerpnął powietrza. Głęboko i z wysiłkiem. Jak pływak, który zamierza zanurzyć się w nurt rzeki.

– Mówiłem z podkomorzym – powiedział. – Zaraz po – przełknął ślinę – zaraz po Debrzy. O tym, co uczynią Pomorcy. O różnych rzeczach. O Wilczych Jarach i księciu z Lipnickiego Półwyspu.

Bogoria zmarszczył brwi. Nie czuł zbyt wielkiej litości dla podstarościego, który właśnie mozolnie mocował się z sobą. Szlachetce schlebiała konfidencja z potężnym podkomorzym, co była wielka naiwność i może jeszcze większa głupota, gdyż potężni panowie niczego nie dają bez sowitego zysku. Zwłaszcza swej przyjaźni i poufałości.

– Wyście zapewne gadali – wyrzekł szorstko. – Podkomorzy chytra liszka, tedy się z okazowania wykręcił. Zresztą po co miał jechać? Dość się znajdzie pochlebców przekupnych, co mu za dudki srebrne wszystko co do joty wyłożą.

Gość milczał i pierwszy raz Bogorię zdjął strach. Obydwaj przywykli do docinków. Ale podstarości w całych Wilczych Jarach zapalczywością słynął i musiał mieć powód, aby zmilczeć podobną potwarz. Bardzo dobry powód.

– Nie brałem od niego pieniędzy – powoli odezwał się podstarości. – Nigdy.

– Po cóż kupować od głupca coś, co podaruje z dobrej woli? – Bogoria wzruszył ramionami i zaraz umilkł, gdy Jacynna karcąco ściągnęła brwi.

– Zdawało mi się – bogowie jedni wiedzieli, jak wiele wysiłku kosztowało podstarościego wypowiedzenie tych słów – że spośród nas wszystkich on widzi najwyraźniej. I że kiedy wojna nadejdzie na dobre, zdoła sprawić, aby Wilcze Jary wyszły z niej tym, czym niegdyś były. Wykrwawione, bo krew popłynie bez ochyby, ale nasze.

– I omyliliście się. – Przywódca grasantów kiwnął głową.

– I omyliłem się – jak echo powtórzył podstarości. – Gadał, że źle się Wilczym Jarom rzeź u Debrzy przysłuży. I że trzeba dać Pomorcom zastaw naszej przyjaźni. Podarunek. Twardokęska.

Palce Jacynny drgnęły na podołku, czerwone, spracowane i bardzo kompetentne we wszystkich sprawach tego domu. Głowę miała pochyloną i Bogoria nie mógł zajrzeć w jej twarz, więc nie od razu pojął, dlaczego wieść o zbójcy z Gór Żmijowych miałaby ją poruszyć. Minął tuzin lat i zdołał zapomnieć, że Jacynna także była obca w Wilczych Jarach.

– I w tym się mnie poradzić przyszliście? – spytał cicho, ponieważ przez wzgląd na tę kobietę i dom wybudowany własnymi rękoma nie zamierzał krzyczeć. – W zdradzie?

– Nie – podstarości nie podjął zaczepki. Być może jej nawet nie zauważył. – Dzisiejszej nocy ma podkomorzy Twardokęska ubić. Jest spotkanie popod tartakiem starym dla wykupienia wozaków pochwyconych zeszłej niedzieli na południowym trakcie.

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)