Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 156
Перейти на страницу:

– Całą zimę obiecywał książę, że z wiosną zacznie się wojowanie – odezwał się poważniej szlachcic. – Tedy się ludzikom ręce z niecierpliwości trzęsą.

– A co mnie czynić, skoro książę precz popłynął? – zapytał posępnie zbójca. – Tylko za mordę ich dzierżyć, żeby się z nudów nie powybijali.

– No, myślę sobie – szlachcic podrapał się po głowie – że nie utrzymacie ich w ryzach. Słoneczko mocniej przygrzewa, więc chciałby się człek zabawić. Sami wiecie. Pohulać ździebko po trakcie, pomorckich łbów naszatkować, z dziewkami się połajdaczyć…

Twardokęsek przełknął ślinę.

– Książę zakazał drażnić Pomorców. Mamy na rzyci siedzieć do jego powrotu.

– Kiedy morze niespokojne wiosną. – Bogoria zacmokał językiem. – Nie wiedzieć, ile przyjdzie czekać. Może i miesiąc.

Zbójca poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku ze zgrozy.

– Przecie nie będziecie się tutaj taki szmat czasu marnować – ciągnął dalej szlachcic. – Skapcaniejecie bez nijakiego pożytku. A mnie tak przez łeb przeszło… Widzicie, szykuje się w Wilczych Jarach okazowanie. Pomorce przegląd robią – wyjaśnił, bo zbójca tylko potrząsnął głową na znak, że nie pojmuje. – Całe pospolite ruszenie ściągnie do Czymborskiej Debrzy. Można by się przy tym nieźle zabawić. Nie żeby książęcy rozkaz łamać – zastrzegł się szybko. – Co to, to nie. Ale jakby tam Pomorcy naszych bili, a wy byście przez przypadek z ludźmi w pobliżu stali, grzech byłby ziomków nie wspomóc, czyż nie?

Twardokęsek poczuł, jak z nagła wracają mu siły. Poderwał się i podszedł do okna.

– Hej tam! – huknął, odmykając lekko okiennicę. – Niech no który antałek miodu przyniesie. Bo my tu jeszcze z mości Bogorią chwilę pogwarzymy…

* * *

Podkomorzy gapił się przez okno na ogród, gdzie bzy właśnie rozkwitały mnogością białego i liliowego kwiecia. Ręka z biczykiem chodziła mu jednak bez przerwy i z całej postawy przebijała niezmierna irytacja. Pisarz tymczasem zamknął kałamarz, pióra zamknął w penale i posypał piaskiem list wypisany niechlujną kursywą. Potem spokojnie sięgnął do kieszonki watowanego kubraka, włożył do gęby kilka dyniowych pestek i jego siwe, nierówno przycięte wąsy poczęły poruszać się miarowo.

– Dosyć! – Podkomorzy chodził wzdłuż okien, bijąc się szpicrutą po cholewie wysokiego buta. – Przecież nie może to być! Przecież krotochwila czysta! – Spojrzał z wyrzutem na gościa.

Pisarz skrzywił się niechętnie. Gościem był podstarości Chabina, którego skryba prawdziwie nie lubił, mając go za krętacza i nędzarza, przy tym butnego niezmiernie, jako często między żebrakami bywa. I wcale mu się nie podobało, że pan podkomorzy dopuszcza chudopachołka do konfidencji. Owszem, z Chabiny była pewna korzyść. Jazgotliwy szlachetka za garść srebra znosił wszelkie nowiny, rozwodząc się obszernie nad nastrojami panów braci. Ale pisarza i tak nieodmiennie złość zdejmowała, kiedy patrzał, jak w swych buciskach wiechciem wypchanych podstarości kręci się i kryguje przy pańskim stole.

Jednak dzisiejsze nowiny sprawiły, że i Łykut nadstawił chciwiej ucha. Gadano o rokrocznej lustracji szlachty. Pan podkomorzy bardzo zgrabnie wymówił się z niej opuchliną nóg, która go trzymała w łożu dwie niedziele i bez uszczerbku na zdrowiu precz zeszła.

– Bo to prawdziwie nie okazowanie było, jeno pośmiechowisko! – wypalił podstarości. – Dostali my rozkaz, żeby się szlachta zjechała na pole wedle Czymborskiej Debrzy. Wnet poszedł hyr po okolicy, że chce nas kniaź na nową wojenkę wyprawić. Nietrudno zgadnąć, przeciwko komu. A tu każdy ma na Półwyspie Lipnickim kumów i pokrewieńców…

Pisarz chrząknął ostrzegawczo od swojego pulpitu i strzyknął podstarościemu pestką popod same buty – w dworcu nie należało rozprawiać o rebelii ani wymieniać imienia marnotrawnego syna, który bezczelnie zbiegł na Półwysep Lipnicki. Jednak wcale nie otrzeźwił Chabiny. Podstarości nadął się tylko i poczerwieniał jak gąsior, bo był człowiek sierdzisty i do gniewu szybki. Już gębę rozwierał do krzyku, kiedy zmitygował się gospodarz.

– Wolniście, mości Łykucie – odprawił krótko pisarza. – Nie będziem was więcej potrzebować. Aby księgi zostawcie, przejrzę je jeszcze przed wieczerzą.

Skrybent zamruczał niechętnie pod nosem, ale posłusznie powlókł się przez izbę, znacząc ślad kępkami dyniowych łusek. Na progu zdjął czapkę i pokłonił się z prześmiewczym uniżeniem. Skoro jednak pan nie popatrzał w jego stronę, uszczypnął tylko boleśnie zaczajoną u drzwi posługaczkę. Dziewczyna, przydybana pod pańską izbą, zapiszczała płaczliwie, przestraszona, że każą ją wysmagać za wścibstwo. Pisarz ani myślał czekać na lamenty i zaklęcia. Pociągnął babę w sionkę od kuchennego korytarza i zadarł jej spódnicę wyżej pasa.

Dziewczyna kwiknęła, kiedy pchnął ją gołymi pośladkami na beczkę z ogórcami. Potem przymknęła zapuchłe oczy i beznamiętnie poddała się skrybowym zabiegom. Właściwie było jej wszystko jedno. A skryba Łykut szybko zapomniał o arkanach wilczojarskiej polityki, nad którą radzono w izbie. Był człowiekiem prostym i gusta też miał nieskomplikowane.

– Ściągnął naród z całej okolicy wedle rozkazania, a jakże! – ciągnął w izbie podstarości. – Co czynić, skoro po strażnicach więcej pomorckiego wojska, niż my przez tuzin lat oglądali?

– Słyszałem, że nawet chodaczkowie z Wyszkowego Parowu przywlekli się na chłopskich kudłatych chmyzach – wtrącił niezobowiązująco podkomorzy.

– Ano. Aż śmiech brał patrzeć. Naród rosły, jeno tak ubogi, że i po dwóch na jednego konika powsiadali. Ale jechali dumnie, żadnego dworu ni sioła nie omijając. Każdy miał jakieś żelezo do pasa przywiązane na podartych rapciach. Ten po dziaduniu karabelę, inszy zasię berdysz w garści trzymał pogięty i przerdzewiały. Na grzbiet przeszywanice wdziali wytarte, co zeń paździerze wyłaziły i insze wiechcie. A na zadkach mieli portki skórzane, łatami naszyte, w których kmiotkowie z wiosną gnój po polach rozrzucają.

– Co powiecie. – Podkomorzy z zadziwieniem pokręcił głową. – W Wyszkowskim Parowie zawdy bardzo dbali, żeby się od chamów obyczajem różnić.

– Toteż wedle tych gatek rychło ludzie poznali, że krotochwilę gotują. Bo wyszkowy naród biedny, ale bardzo hardy, z nędzą się swoją ludziom przed oczy nie pcha. Przy tym zeszłej niedzieli frejbiterzy pochwycili tam czterech smarkaczy. Chodaczkowie są na Pomorców cięci, bo dzieciaków pod kościołem po sumie powywieszano.

– Tedy podpowiedzieli reszcie, jak okazowanie w zwykłe szyderstwo obrócić! – Podkomorzy zamachnął się szpicrutą, aż świsnęło. – Kurwie syny!

– Ale chytre! – Człowieczek w czerwonym kołpaku mlasnął z podziwem. – Powiadam wam, mości podkomorzy, żałujcie, żeście nie oglądali, co się wedle Czymborskiej Debrzy wyprawiało!

W odpowiedzi gospodarz wysyczał grube przekleństwo. Bynajmniej nie zbił nim podstarościego z kontenansu.

– Przywlókł się, kto żyw – prawił pogodnie Chabina. – Rzekłby człek, że na zapusty ciągnęli, nie na lustracyją. Bogatsi pankowie załadowali dwukółki miodem i piwskiem, coby im się po drodze nie cniło. Do tego zlazło się ze dwa tuziny przeskoczek i łajdaczek wszelakich, co się za wojskiem włóczą, grajków gromada, wesołków i błaźniątek. Nawet mnichów żebraczych dwóch było, co na popasach z panami bracią obozowali, wielce ich przeciwko kniaziowi jegomości buntując. Ale przeważnie szlachta zatrudniła się pijaństwem a łajdaczeniem. I kiedy się pochód do Czymborskiej Debrzy dowlókł, ani kto przemyśliwał o rycerskim rzemiośle.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)