Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 138
Перейти на страницу:

— Marnujesz czas; idąc tam, ryzykujesz swą duszę. On przegnił, zostaw go, zapomnij o nim! — Gundhalinu wyciągnął do niej ręce. — Choć raz mnie posłuchaj! Jesteś w mocy snu, koszmaru — obudź się, na miłość bogów! Uwierz mi, Moon, nie proszę cię o to dla siebie. Wszystkim nam na tobie zależy, na twoim bezpieczeństwie…

Pokręciła głową, unikając jego oczu.

— Nie próbuj mnie zatrzymywać. I tak nie zdołasz. — Minęła go, nie ruszył się, by jej przeszkodzić. Tor wyprowadziła ją z pokoju.

Gundhalinu stał, patrząc za nią, zapiął płaszcz, bo nagle zrobiło mu się zimno. Czuł wwiercający się w tył jego głowy wzrok Herne'a, nie miał sił, by się odwrócić i stawić mu czoła.

— Znasz prawdę o niej? — dobiegł go przyciągający głos Herne'a. — Wiesz, że jest tym samym co Arienrhod.

— Nie są tym samym! — Gundhalihu odwrócił się, pobudzony świadomością swej winy.

Herne uśmiechnął się, czytając odpowiedź z jego oczu.

— Tak właśnie myślałem. Jest klonem Królowej, to jedyne wytłumaczenie.

— Jesteś pewien? — Zadał to pytanie bez namysłu, nie chcąc tego robić.

Herne wzruszył ramionami.

— Całkowicie pewna jest tylko Arienrhod, ale i ja wiem tyle, by w to nie wątpić. Nie jest jej córką — nigdy nie zapomina o zażyciu wody życia. Pamięta też o mężczyznach, z którymi ma do czynienia.

— Czy woda czyni bezpłodną? — spytał zaskoczony Gundhalinu.

— Póki się jej używa… po stu pięćdziesięciu latach może na zawsze. Kto może wiedzieć? To ci żart, co? Spowalnia też wychodzenie z chorób. Zabiła nawet kilka osób. — Herne zachichotał na tą myśl. — Niektórzy zaś trochę od niej wariują, mają zaburzenia osobowości, czy jak to się nazywa. Tak jednak gadają zazdrośnicy nie mający jej. To władza paczy ludzi, nie lek. Jak się czujesz, jako nie mający wody, Gundhalinu-eshkrad!

Inspektor zlekceważył go, nagle ujrzał Sparksa Dawntreadera w kolczastym hełmie. Podszedł bliżej.

— Daj mi sterownik, Herne. Nie wyślesz Moon w tę norę pełną żmij.

Herne przesunął się lekko i wyciągnął ogłuszacz.

— Stój, Siny. Trzymaj się pod ścianą, chyba że naprawdę dopraszasz się o to.

Gundhalinu cofnął się znowu, na biodrze, pod płaszczem, ciążyła mu własna, zapomniana broń. Oparł się o ścianę, kaszlał z okrutną bezradnością, aż zakręciło mu się w głowie.

— Czy mogę… usiąść? — Nie czekając na odpowiedź, osunął się po ścianie i usiadł na podłodze.

— Powinieneś pójść do medyka — powiedział niemile Herne. — Tech siedzący na podłodze jest jak martwy.

— Nie mogę. — Gundhalinu znowu rozchylił płaszcz, nagle stało mu się za gorąco. Dopóki to wszystko się nie skończy.

— A więc ciebie też złapało. — Było to stwierdzenie, a nie pytanie. — Och, wy wszyscy starzy, prawdziwi Sini. Ścigałeś wyklętą przez prawo tubylkę, nie miałeś na tym świecie żadnego przyjaciela; rzuciłeś swą pracę, pozycję i zanurzyłeś w rynsztoku honor dobrze urodzonego. Wszystko to z miłości.

Gundhalinu spojrzał na niego zarumieniony, otworzył usta.

— Potrafię dodać dwa do dwóch — uśmiechnął się Herne, lejąc kwas. — Jestem Kharemoughi. — Pokręcił głową i oparł się na łokciu. — Chłopcze, naprawdę do ciebie lgnie… Co ci obiecała? Swoje ciało?

— Nic, nekru!

— Nic? — prychnął Heme. — Większy z ciebie osioł, niż sądziłem.

— Wszystko, co mi się stało, zawdzięczam sobie. — Gundhalinu usiadł prosto, walcząc ze swym gniewem, z wywołującą go gorzką prawdą. — Sam tak postanowiłem; godzę się na skutki rozsądnego działania.

Herne wybuchnął śmiechem.

— Jasne, sprawiła, że w to wierzysz! Ma taką siłę. Potrafiłaby ci wmówić, że możesz oddychać w próżni. Wiele w tym sensu, prawda, rozsądny durniu? Pragniesz jej tak bardzo, że nic innego się nie liczy; mogłeś mieć ją w garści, deportować. Zamiast tego pomagasz jej odnaleźć innego kochanka! Bogowie, do szpiku kości jest taka sama jak Arienrhod. Obie pragną tego samego kochanka; jedynego, którego pożądała tak bardzo, że znienawidziła siebie. Najwyższe kazirodztwo. Jeśli nie jest to najlepszym dowodem, że są tym samym… jakby nie było mnóstwa innych. — Pochylił się, dotknął krat otaczających jego nogi, zwiesił głowę.

Gundhalinu poczuł rosnący mu w gardle wstręt.

— Tego się po tobie spodziewałem, że ściągniesz wszystko na swój poziom, zmieszasz to z łajnem. Nie jesteś zdolny do niczego lepszego, nie rozumiesz nawet, iż w ten sposób pogrążasz i niszczysz siebie.

— Skąd możesz wiedzieć? — Herne uniósł głowę.

— Bo nie potrafisz zrozumieć, dlaczego bardziej mi zależy na pomaganiu Moon niż sobie. Bo nie potrafisz wyczuć, co w niej jest… — Zamknął oczy, patrząc w przeszłość. — Tak, zakochałem się w niej, ale nie było to jej zamiarem. Bierze poprzez dawanie to cała różnica.

Herne wyciągnął w wyzwaniu pudełko sterownika.

— Jak myślisz, dlaczego to jej daję?

— Z zemsty.

Zamiast odpowiedzi Herne znowu spuścił głowę.

— Żaden klon nie jest doskonałym odbiciem oryginału. Nawet bliźnięta nie są jednakowe, a rodzą się bez pośrednika. Panowanie nad procesem klonowania nie jest takie precyzyjne, można co najwyżej uzyskać niepełne odtworzenie.

— Ułomną kopię — powiedział szorstko Herne.

— Tak — Gundhalinu ponownie zacisnął usta. — Czemu jednak zmiany nie miałyby być na lepsze — obojętnie, czy polegałaby na stracie, czy zyskaniu?

Herne rozważał tą możliwość.

— Czemu nie… — Potarł brodę. — Skoro jesteś taki pewny, że Moon nie jest z nią jednakowa, to dlaczego nie mówisz jej prawdy?

Gundhalinu pokręcił głową.

— Próbowałem. — Spojrzał na swe przeguby, przesunął po nich nieczułymi palcami. — Jak mogę jej coś takiego powiedzieć?

— Niedoszły samobójca — szepnął Herne.

Gundhalinu zesztywniał, podniósł się na kolana. Spostrzegł jednak, że Herne go nie podbechtuje.

— Czy to przez nią? — Herne zapytał śmiało, lecz bez złośliwości. Naciągał struny jak wytrawny muzyk.

— Nie. — Gundhalinu pokręcił głową i ponownie opadł. — Dzięki niej dostrzegłem, że dla niektórych rzeczy warto żyć. — Zdumiał się, że nie uważa za dziwne mówienie tego Bezklasowemu, siedząc na podłodze burdelu. — Nigdy nie sądziłem, że można żyć bez osłony nie naruszonego honoru. A mimo to jestem tutaj — spróbował się roześmiać — nagi wobec wszechświata. To boli, boli jak diabli… ale może tylko dlatego, że teraz wyczuwam wszystko dużo wyraźniej. — I nie wiem jeszcze, czy mi się to podoba.

— Przyzwyczaisz się do tego — powiedział gorzko Herne. — Widzisz, nigdy nie byłem w stanie sobie tego wyobrazić, jak wy, Techy, połykacie truciznę za każdym razem, gdy życie daje wam kopniaka. Po tysiąckroć popełniłbyś samobójstwo, gdybyś żył tak jak ja, po tysiąckroć.

— Masz rację. — Gundhalinu wzdrygnął się na myśl o znalezieniu się w stanie Herne'a. — Bogowie, byłby to los gorszy od śmierci.

Herne patrzył na niego z lekkim wstrętem, z niezłomną nienawiścią, jaką obdarzał połowę ludzi, aż poczuł, że jego krucha arogancja załamuje się, a wzrok łagodnieje.

— Tak. “Lepsza śmierć od hańby” jest przywilejem bogaczy. Tak jak woda życia… — Lecz tak naprawdę nikt nie posiada ani Życia, ani Śmierci. — Przywykłem do myśli, że nic nie jest dla mnie ważniejsze od życia, że nigdy nie zdołam zrozumieć takich mięczaków jak ty, którzy je odrzucają. Przetrwanie, tylko to się liczyło, obojętnie za jaką cenę…

1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)