Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 138
Перейти на страницу:

— Wasza Wysokość! Jak… — Mężczyzna z lewej strony bramy opamiętał się, podniósł dłoń do piersi i zgiął się w ukłonie. Przyłączyła się stojąca obok kobieta, ich przypominające pozaziemskie hełmy zalśniły bielą. Ogromne, ściemniałe od starości drzwi poczęły się rozwierać.

Czując, jak drży jej twarz, Moon odwróciła się szybko, spojrzała w oblicze Gundhalinu pokazujące należny szacunek… i dostrzegalne tylko dla niej poczucie bolesnej straty.

— Dziękuję wam za pomoc, inspektorze Gundhalinu.

Sztywno schylił głowę.

— Uczyniłem to z przyjemnością… Wasza Wysokość. Proszę mnie wezwać, gdybyście znów mnie potrzebowali. — Podkreślał każde słowo, wykręcając niespokojnie ręce; zasalutował i odwrócił się, ginąc zaraz w tłumie.

BZ! O mało co nie zawołała; nie uczyniła tego, spojrzawszy w otwarte drzwi i widniejącą za nimi ciemną, błyszczącą salę, zapraszającą do zakończenia drogi. Wartownicy patrzyli podejrzliwie na oddalające się, okryte podniszczonym mundurem plecy Gundhalinu. Owinąwszy się opończą, Moon weszła do pałacu.

Szła jak widmo pustym korytarzem, miękkie buty odzierały ją z istnienia. Założyła sobie klapki na oczy, bała się stanąć, zagubić w kryształowej, hipnotycznej pustce purpurowo-czarnych szczytów i zawalonych śniegami dolin Zimy, wymalowanych na ciągnących się w nieskończoność ścianach korytarza. Do jej przytłumionych uszu zaczęło powoli dochodzić mruczenie Sali Wiatrów. Chwyciła dane jej przez Herne'a pudełko sterownika; dłonie miała wilgotne i zimne.

Sam Herne, mówiąc jej, co tu zobaczy, był spocony, trzęsły mu się ręce — opowiadał o porywającym wichrze, wzdymających się jak chmury kształtach, jednej nitce kładki przekraczającej łukiem Otchłań. Przepaść, której niemal nie zmienił w grób swego przeciwnika, Sparksa, a która zniszczyła jego — przez Arienrhod. Królowa złamała własne prawa, wtrąciła się, by uratować Sparksa, uwięzić Herne'a w kalekim ciele, sprawić, by bezlitosna miłość-nienawiść zżerała mu duszę.

Moon doszła do końca korytarza otwierającego się na powietrze — ogromne, jęczące władztwo nie spoczywającego nigdy powietrza, w którym blade widma chmur nadymały się i dygotały pod dotykiem ich nieziemskiego kochanka. Poczuła, jak niknie i maleje, gdy lodowate zawirowanie zewnętrznego powietrza wykryło jej wtargnięcie i otoczyło ją łapczywie, szarpiąc za płaszcz. Za murami tysiące tysięcy rozpalonych do białości gwiazd świeciło w rudawej kuźni nocy, tu jednak nie było ani ciepła, ani światła z wyjątkiem widmowej, zielonkawej poświaty otwierającego się pod nią szybu dla obsługi… bez litości.

Podeszła jeden krok, potem następny, ku rozpiętej nad otchłanią wąskiej kładce całkowitego mroku. Nie powiedział mi, że będzie ciemno! Zachwiała się ze strachu, przebiegła palcami po klawiszach przypiętego do nadgarstka sterownika — w kolejności, która według Herne'a ma otworzyć przed nią w powietrzu bezpieczny tunel. A może to wszystko kłamstwa? Nie była jednak obiektem mrocznych namiętności Herne'a, a tylko jego surogatem. Jeśli cokolwiek dla niego znaczyła, to wyłącznie jako narzędzie zemsty.

Podeszła jeden krok, potem następny, aż stanęła z drżeniem na krawędzi Otchłani. Nagły wilgotny podmuch wzbił się szybem, złapał ją niespodziewanie, cofnął na platformę. Przyniósł z sobą zapach Morza, ostry i słodko-gorzki, pełny woni ryb i soli. Moon krzyknęła ze zdumienia, jej głos utonął w wichurze.

— Pani! — Wydech morza odrzucił ją ponownie, zaplątał się w nieprzywykłych do tego sukniach; instynktownie, jak żeglarz na przechylającym się pokładzie, odzyskała równowagę… jak żeglarz, a nie jak Królowa.

Uniosła głowę, drżące, widmowe zasłony nie wydawały się jej dłużej chmurami, kapryśnymi i nieprzewidywalnymi, lecz łopoczącymi na morskim wietrze żaglami. W dłoni, w mieszczącej się w niej pudełku, tkwił ster i lina, dzięki którym mogła wybrać sobie kurs przez tę studnię w morzu. Bijący w górę powiew uderzył ją znowu w ostatnim ostrzeżeniu.

— Pójdę… — Dotknęła pierwszego guzika, usłyszała początkowy ton melodii, poczuła uspokajające się wokół niej powietrze. Mając za sobą umiejętności stu poprzednich pokoleń ludzi, którzy stawiali czoła morzom i gwiazdom, minęła próg i zaczęła przechodzić. Co trzeci krok grała nową nutę, pilnowała, by nie iść ani za szybko, ani za wolno, całą swą uwagę skupiała na wygrywanym wzorze i rytmie.

Gdy Moon minęła środek mostu, zielonkawy poblask rozjaśnił się, poczuła nieokreśloną obecność, bezdźwięczny głos, echo odległego miejsca i czasu… pieśń nuconą jej przez jaskinię sybilli. Szła teraz wolniej, aż wreszcie stanęła, przykuta do tego miejsca przyciągającym nieludzkim pięknem. Ucisk palców na pudełku sterownika osłabł, jego ostry, przenikliwy ton uciszył się i zamilkł… Nagły klaps wiatru rzucił Moon na kolana, dźwięk jej własnego krzyku rozbił zaklęcie i uwolnił ją. Wstała niezdarnie, drżącymi dłońmi wydała sterującą nutę. Ruszyła szybko poganiana paniką, czuła ciągle drążące głowę wezwanie, ale było już cichsze.

Oszołomiona i nic nie rozumiejąca, dotarła do drugiego brzegu, dysząc ciężko, stanęła na twardym gruncie. To nie jest miejsce wyboru! Jak mogło ją rozpoznać?… Pokręciła głową. Czując się obco we własnym ciele, odwróciła się od progu, oderwała wzrok od otchłani i wyszła z Sali.

Wybrała inny korytarz, szła żyłami pałacu, kierując się mapą wyrytą jej w pamięci przez Herne'a. Znów usłyszała muzykę — tym razem ludzką, dźwięki pięknych pieśni Kharemoughi. W myślach ujrzała znowu ogrody Aspundtha, drżącą wspaniałość zorzy, tańczącą świtem na aksamitnym niebie. Doszła do szerokich, pokrytych dywanem schodów, prowadzących do wielkiej sali zajmującej połowę piętra pałacu; spłynęła na nią kojąca muzyka, ujrzała dwóch zaskoczonych służących, pochylających swe głowy i śpieszących jej na spotkanie.

Sama także ruszyła szybciej, minęła podest otwierający się na wielką salę, w której Królowa przyjęła wieczorem Premiera i członków Rady. Weszła na drugie piętro, gdzie według Heme'a mieściły się komnaty Starbucka. Wiedziała, że prawdopodobnie będzie teraz wśród tłumu gości, ale nie miała śmiałości wkroczyć tam, gdzie całą uwagę przyciągała Arienrhod.

Gdy jednak opuściła schody, usłyszała niespodziewanie muzykę i znalazła drobną, ukrytą w mroku wnękę, skąd widać było salę. Pomyślała, że może to być stanowisko wartownika, lecz teraz nikt go nie zajmował. Podeszła do barierki, wyjrzała w cienie, choć cierpła jej skóra od pewności, że spoczną na niej jak reflektory wszystkie oczy.

Gdy jednak ujrzała salę, zapomniała o sobie, wobec rojącej się w dole masy królewskich gości była mała jak owad na ścianie. Bladzi dostojnicy Zimy mieszali się swobodnie ze śniadymi Kharemoughi, różnice w barwie skóry niknęły wobec drażniącej oczy pstrokacizny strojów. Tłoczyli się bezładnie wokół stołów pełnych resztek sztuki kulinarnej Zimy, eklektycznych wspaniałości kuchni miejscowej i obcej. Moon przełknęła wypełniającą nagle usta ślinę, przypomniała sobie zjedzony wiele godzin temu w kasynie skąpy posiłek. Zawieszone nad nią w powietrzu, pokryte lustrzanymi ściankami kule obracały się w milczeniu, zsyłając na tłum lawinę mieniącego się światła.

Moon pozwoliła oczom błąkać się po sali, zauważyła stojącą na straży pozaziemską policję, rozmieszczoną dyskretnie pod ścianami. Ciekawa była, czy jest tu komendant policji, przeklęła w duchu krzywdy, jakie swym niczym nie złagodzonym poczuciem sprawiedliwości wyrządziła BZ; to, co zrobiłaby z życiem jej i Sparksa. Raz miała wrażenie, iż spostrzegła pierwszego sekretarza Sirusa, lecz zgubiła jego twarz, gdy grupa gości skupiła się dla wzniesienia toastu.

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)