Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 138
Перейти на страницу:

— Liczyło? — Gundhalinu oparł głowę o ścianę, zauważył nacisk położony na czas przeszły. Językiem bezwiednie przeszukiwał miejsce po zębie. Tak jak Herne spojrzał na zewnętrzny szkielet otaczający dolną połowę ciała kaleki, zrozumiał, co oznacza taka ułomność, strata wszystkiego, co w oczach byłego Starbucka, w oczach świata, do którego należał, czyniło go mężczyzną. — Nie musisz tu zostać, wiesz o tym. Na Kharemough potrafią zajmować się takimi rzeczami.

— Po pięciu latach? — Herne podniósł głos, gotów wysunąć wszystkie argumenty, podać wszystkie odpowiedzi, które musiał stale powtarzać w myślach. — Nikt nie ma tylu pieniędzy. Ja na pewno nie… Nie starcza mi nawet na to, by wyrwać się z tej przeklętej kupy gnoju!

— Idź do władz. Nie zostawią żadnego pozaziemca, który nie będzie tego chciał.

— No jasne. — Herne wyciągnął spod łóżka butelkę, otworzył ją i pociągnął nie częstując. — Siny, czy masz pojęcie, ile zaległych kar czeka na mnie w domu? I w wielu innych miejscach.

Jeśli sądzisz, że zgodzę się do końca życia pocić krwią na jakiejś karnej kolonii, to chyba zwariowałeś. — Pociągnął ponownie, głęboko.

— Wygląda na to, że nie masz wielu możliwości, — I pewnie na więcej nie zasługujesz. Niespodziewanie poczuł jednak współczucie. Święci przodkowie — gdybym urodził się w jego ciele, a on w moim… — Przykro mi.

— Jasne. — Wytarł usta. — A co z tobą, czy zamierzasz wrócić, by wyrzucili cię z policji i zamknęli w więzieniu? Nie. U licha, pewnie chcesz zwalić wszystko na chorobę. Zbrodnia z namiętności — zrobiłeś to z miłości. Miłość… miłość jest chorobą! — Zadrżała mu ręka zaciśnięta na szyjce butelki.

Śmierć za pokochanie sybilli… śmierć za niekochanie. Gundhalinu zakaszlał, odwlekając moment odpowiedzi. Co zamierzam zrobić? Nie wiem. Przyszłość otwierała się przed nim jak nieskończone morze.

— Zapytaj mnie jutro… — Spojrzał na drzwi, przez które ktoś wszedł — Persefona i ktoś jeszcze, osłonięty opończą i kapturem.

Persefona usunęła się w bok, pozwalając podejść drugiej postaci, ostrożnie odsłoniła jej twarz.

— Moon! — Gundhalinu uniósł się na kolana, podciągnął wzdłuż ściany, aż stanął zagapiony. Stała przed nim Moon, lecz delikatnie zmieniona sztuką makijażu — nie była przesadnie, bez smaku wymalowana jak Persefona, lecz zmieniona w jaśniejącą jak macica perłowa piękność, która wyparła z jego pamięci bladą, otwartą twarz prostej, tubylczej dziewczyny. Jej uczesane do góry włosy opinała siatka ze srebrnych nici z nanizanymi złotymi koralikami, oczy nie były w stanie podążyć za jej splotami. Tor ściągnęła płaszcz z ramion Moon, objawiając miodową suknię opływającą jej ciało jak pole falujących na wietrze traw, trzymającą się nie wiadomo na czym, opadającą ze stanika z kremowej koronki migoczącej zmysłowo na tle skóry. Kołnierz z mieniących się paciorków skrywał tajemny znak na gardle.

BZ stał z zapartym tchem, patrzył, jak rozjaśnia się pod wpływem jego zachwytu.

— BZ, nie… — urwała, uciekła przed jego wzrokiem, uświadamiając go sobie boleśnie. Nadal jednak się rozświetlała.

— Pani… — Jak władca gwiazd Starego Imperium ujął jej dłoń, schylił się i dotknął jej na chwilę czołem. Królowa w każdym calu. — Z rozkoszą przed tobą ukląkłbym. — Moon uśmiechnęła się mile, nic nie rozumiejąc — uśmiechem własnym, a nie Arienrhod.

— No i co powiesz, Herne? — spytała zadowolona Persefona, trzymając koczowniczą tunikę Moon. — Czy może tak być?

— Czy ty to zrobiłaś? — zapytał.

Skromnie wzruszyła ramionami.

— No… pomógł mi Polluks. Jak na maszynę, ma dobry gust.

— Arienrhod nie lubi tego koloru. — Herne postawił butelkę na podłodze. — Ale może być… Na bogów, jeszcze jak może! Proszę podejść, Wasza Wysokość. — Wyciągnął rękę.

Gundhalinu skrzywił się, sam chwycił dłoń Moon, poczuł, jak ściska go mocno, patrząc na kalekę.

— Nie nazywaj jej tak — przestrzegł go ostro.

— Lepiej niech się przyzwyczai. Do licha, nie skrzywdzę cię! Nawet cię nie tknę. — Herne opuścił dłoń. — Dajcie mi tylko trochę popatrzeć.

Moon puściła Gundhalinu, podeszła i stanęła przed kaleką. Obróciła się powoli, niepewna swego stroju, lecz nie podziwu w jego oczach. Pożerał ją oczami, pochłaniał, lecz mimo to stała z cierpliwą godnością, nie potępiając; pozwalając, lecz nie ośmielając. Gundhalinu widział, jak długo patrzy na Herne'a, sam nie wiedział, co przy tym czuje. Napiął się, gdy kaleka nagle wstał, zachwiał się… został na miejscu, gdy niezgrabnie, zgrzytliwie Herne opadł na kolana przed Moon.

— Arienrhod… — mruknął coś, tak cicho, że tylko ona usłyszała. Gundhalinu zerknął na Persefonę; rozszerzyła oczy pod kwiecistymi powiekami, zdumiewała się tak samo jak on. Zrobiła w powietrzu znak odganiający szaleństwo i pokręciła głową.

— Wiem, Starbucku… — Moon przytaknęła, skrywając litość. Zupełnie niekrólewskim ruchem pomogła Herne'owi położyć się na łóżko.

Herne odwrócił od niej wzrok, nagle przypomniał sobie, że ma świadków, znów przybrał twardą minę.

— Pomyliłaś się, Dawntreader… gdy byłem u twych stóp, powinnaś była mnie kopnąć. Arienrhod nie znosi przegranych. — Wypowiedział to słowo z masochistyczną przyjemnością. — Teraz słuchaj uważnie, opowiem ci wszystko.

— Ciągle zamierzasz jej w tym pomóc? — spytał z urazą Gundhalinu.

Herne uśmiechnął się tajemniczo.

— “Ofiara najbezpieczniejsza jest u drzwi myśliwego.” Powinieneś o tym wiedzieć, Siniaku.

Moon odwróciła się, rozrywana tymi słowami. A może tylko boisz się jej odmówić! Gundhalinu westchnął, zabolała go od tego pierś.

— W takim razie jestem odźwierną — uśmiechnęła się Moon, tylko to widział.

40

— Och, moje bolące plecy! — Tor przeciągnęła się mocno w zaciszu magazynu kasyna. Słowa odbiły się od pustych ścian, w środku nic już niemal nie zostało, a goście byli na najlepszej drodze do wykończenia reszty. — Chodź, Polluksie, zabierz stąd ostatnią skrzynkę tlaloka, nim sczernieją im języki. — Ziewnęła, usłyszała, jak zgrzyt szczęk budzi echa w czaszce. Pusta? Wreszcie zwariowałam.

— Jak powiedziałaś, Tor. — Polluks poruszał się twardo po pomieszczeniu, jak wierny pies podążał za wskazaniami jej palca.

Zachichotała, oszołomiona zmęczeniem.

— Przysięgam, zrobiłeś to umyślnie! Prawda? Możesz się przyznać…

— Jak powiedziałaś, Tor. — Polluks złapał za skrzynkę.

Nie zamykała ust, wyrzucając z siebie lawiny uczuć.

— Cholera, Polly… co bez ciebie zrobię? Chyba naprawdę cię stracę, kupo złomu i smaru. — Wyprostowała perukę. — Są tylko dwie rzeczy, które może mi dać Oyarzabal, a nie ty, a gdy odlecę z tej skały, zostanie tylko jedna — a tę mogę dostać od każdego mężczyzny. Nic dziwnego, że jest zazdrosny. — Zaśmiała się ponuro. Oyarzabal powiedział jej, że zostanie jego żoną tylko pod warunkiem pozbycia się Polluksa. Zgodziła się, czując, że wykuł następne ogniwo w łańcuchu, którym chciał ją zamienić w swą niewolnicę. Chce mnie taką, jaką jestem… dlaczego więc usiłuje to zmienić? Przekrzywiła perukę, znowu wyprostowała.

— Do licha, kto będzie dbał o mój wygląd? Przesuwał skrzynki i zmieniał w królowe letniackie rybojady — wszystko to w jeden dzień, co? Czy kiedyś zastanawiałeś się nad sobą, Polluksie? Czy naprawdę możesz robić to wszystko i nie pytać jak ani dlaczego? — Przeciągnęła go znowu przez pokój. — Albo czy temu dziecku uda się ocalić jej ukochanego przed Królową i czy nie jest szalona, chcąc takiego chama jak Sparks Dawntreader?

1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)