Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Systematycznie, obszedł pomieszczenia mieszkalne obwąchując zetlałe resztki ubrań, staroświeckie ostrza maszynek do golenia, utytłane sztućce. Znalazł ślady wszystkich ośmiorga.
Ale tylko ślady.
Na zewnątrz rozległ się pusty odgłos, jakby coś potoczyło się po drewnianych belkach.
Ujął dłonią sterczącą znad ramienia rękojeść miecza i ostrożnie wyślizgnął się z chaty, sunąc plecami po belkowanej ścianie. W porównaniu w półmrokiem chaty noc na zewnątrz wydała mu się zupełnie jasna. Dzięki wzmocnieniu światła widział niemal jak o szarym, pochmurnym świcie, jednak tam, gdzie nie docierał blask gwiazd i rozproszona poświata atmosfery, kryły się plamy głębokiego cienia.
Drakkainen skoncentrował się, precyzyjnie stawiając nogi w miękkich butach i utrzymując niską postawę bojową. Jedna dłoń na rękojeści, druga wyciągnięta do przodu na wysokości punktu chudan. Tuż obok studni, na ścieżce wyłożonej drewnianymi podkładami kolebał się plastikowy, żółty kubełek. Ekipa nie musiała aż tak dbać o dostosowanie do miejscowych, jak on. Popijali ziemskie piwo z puszek, odgrzewali sobie rostbef z jarzynami, czerpali wodę polietylenowym wiadrem.
Coś mignęło mu na granicy cienia. Ruch zbyt szybki jak na istotę ludzką. Jak przelatujący nisko ptak.
Założył, że cokolwiek to było, wie już o jego obecności. Te wszystkie kości wokół wzgórza pozostawiano od niedawna. Niektóre truchła były całkiem świeże. A ostatni ślad uczonych pochodził sprzed dwóch lat.
Powoli, ostrożnie obszedł chałupę dookoła, ale nic się nie poruszało.
Z tyłu za domem, gdzie jeszcze nie był, natknął się na posąg. Tym razem normalny. Wygładzona rzeźba z kamienia, chyba bazaltu. Niewątpliwie miejscowa i dobrze wykonana. Przypominała z grubsza uproszczoną sylwetkę tańczącej ciężarnej kobiety o wyszczerzonych zębach trójkątnych jak zęby rekina. W jednej dłoni tkwiło coś, co przypominało sierp, umieszczony w wywierconym otworze tak, że można go było wyjąć. W drugiej dłoni kobieta dzierżyła kamienną misę. Posąg miał z półtora metra wysokości i zapewne przywleczono go tu w celach badawczych, mimo że był upiornie ciężki. Ale pod jego uniesioną w tańcu stopą piętrzyła się sterta czaszek. Ptasich, zwierzęcych, o różnej wielkości i najróżniejszych gatunków.
Oraz dwie ludzkie.
Przysiadł ostrożnie w pozycji, z której mógł natychmiast poderwać się do walki, i delikatnie rozgarnął kości. Pierwsza czaszka, którą wydobył, była drobna, kość żuchwowa gdzieś przepadła. Została dokładnie oczyszczona przez owady: ich ostre, octowe ślady czuł bardzo wyraźnie; spłowiała od słońca, spłukana przez deszcze. Jednak ślady aminokwasów były jeszcze wyczuwalne, zapadł się więc w sobie, usiłując wychwycić drzemiące gdzieś pod spodem, przypominające woń sparzonych piór, ślady nukleotydów.
Znalazł je, a potem czekał przez chwilę, aż jego zamienione w bazę danych części mózgu rozpoznają indywidualny wzór. Na razie wiedział tylko, że to DNA pachnie znajomo. Marzena Zavratilova... Specjalistka od ksenozoologii.
Dotknął dłonią posągu. Misę i uniesione udo wyraźnie znaczyły obfite, rdzawe ślady i zacieki.
Uderzyło w niego z boku.
Z nagłym, podobnym do świńskiego kwiku wizgiem, szare, rozmazane i zębate.
Drakkainen przeraził się i nagle cały świat zwolnił, wrzask zamienił się w dużo niższy dźwięk jakby rozstrojonej trąby. Padając, zobaczył, jak rozczapierzona, chuda kończyna z imponującymi, wygiętymi jak haki szponami przelatuje tuż koło jego twarzy. Powietrze zgęstniało jak woda, chwycił to coś gdzieś mniej więcej za kark, dopiero wtedy uderzając biodrem i udem o ziemię. Spróchniałe tramy ugięły się pod ciężarem jego ciała, uchylił głowę przed zatrzaskującymi się jak potrzask szczękami i, przetaczając się, trafił podeszwą w biodro przeciwnika, po czym wypchnął go nad swoim ciałem. Rzut po łuku. Wykonany z dziwnej pozycji, ale w końcu skutecznie.
Wyrzucił obie nogi, jak sprężyna wstając z ziemi od razu w postawie bojowej, i równocześnie wydobył miecz z niskim, ślizgającym się dźwiękiem, który przywodził na myśl hamujący tramwaj.
Stworzenie jeszcze płynęło w powietrzu, bokiem, nieporadnie wiosłując kończynami. W mdłym świetle nocy jego skóra połyskiwała lekko. Było krępe, miało może z półtora metra wysokości i w jakiś sposób przypominało upiornie człekokształtną żabę. Uderzyło bokiem o ziemię, odbiło się i pojechało na grzbiecie metr, ale już wstawało jednym, gwałtownym ruchem, który przy normalnym upływie czasu musiał być niezauważalnym mgnieniem. Szeroki pysk, jak szrama w płaskim łbie wyrastającym bezpośrednio z ramion, błysnął znowu rzędami trójkątnych, rekinich zębów.
Pulsujący ból napłynął z ramienia, Drakkainen kątem oka zobaczył kilkanaście wąskich, płytkich zadrapań, jak pozostawionych przez drucianą szczotkę. Chyba miało kolce w skórze niczym płaszczka.
Uniósł miecz z boku głowy w zwykłym hasso-no-kamae. To było tylko zwierzę.
Zobaczył, jak mięśnie nóg stworzenia kurczą się, po czym ono samo wystrzeliło w jego stronę dokładnie jak gigantyczna żaba. Widział, jak trójkątne, długie stopy kołyszą się w powietrzu, jak rozkłada łapy z nastawionymi szponami.
Wytrzymał do ostatniej chwili i umknął przed błyskawicznym ciosem łapy obrotowym unikiem zgodnym z „zasadą wirującej kuli”, po czym ciął skośnie, mierząc tak, by przeciąć kręgosłup. Ostrze popłynęło przez zgęstniałe powietrze. Drakkainen zobaczył ze zdumieniem, że stwór obraca się w powietrzu, unikając cięcia, i ustawia się przodem, niemal równocześnie z jego własnym ruchem. Fenomenalna szybkość reakcji.
Wylądowało bokiem, spod szponów uniosły się drzazgi i chmura próchna, która puchła powoli jak wzburzony muł. Istota natychmiast sprężyła mięśnie do kolejnego skoku.
Rozpoczął wdech, kiedy skoczyła. Zszedł z linii ataku jednym płynnym ruchem i ciął płasko, najszybciej jak umiał, wiedząc, że może zerwać sobie ścięgna. Po ostrzu popłynęła fala drgań wywołanych turbulencjami. Tym razem sam sztych na chwilę w czymś ugrzązł, nie zauważył w czym, bo przekręcił dłoń do odwróconego chwytu, ostrzem w dół, i chlasnął na krzyż, opisując w powietrzu leżącą ósemkę. Trafił raz, znowu samym końcem. Odszedł krok w tył i jeszcze raz zmienił chwyt miecza. Wdech dobiegł końca.
Teraz wydech. Obserwując świat w zwolnionym tempie, można zapomnieć o oddychaniu.
Jakiś podłużny kształt przesunął się powoli, koziołkując w powietrzu jak porzucony w stanie nieważkości. Przypominał ukwiał. Drakkainen spojrzał jeszcze raz i zobaczył, że to odcięta łapa. Dłoń z kawałkiem przedramienia, dryfująca w powietrzu i rozpryskująca krople krwi jak maleńkie, pulsujące baloniki.
Wystawił ostrze przed siebie, a potem uniósł nad głowę. Szpony zagłębiły się w ziemię, stwór wyszczerzył się w upiornym uśmiechu i nagle wzdłuż grzbietu i przez głowę zjeżył grzebień kolców podobnych do kolców jeżozwierza. Zapachniało ostro aldehydem mrówkowym i rycyną. Draństwo było też jadowite. Niedobrze.
Trzeba było zabrać tarczę i oba karwasze. Lenistwo się mści.
Wystrzeliło jak torpeda. Te tylne nogi musiały mieć siłę katapulty. Skoczyło jednak trochę w bok, zagarniając ocalałą łapą obszar, w którym Drakkainen musiał się znaleźć w swoim obrotowym uniku zgodnym z zasadą wirującej kuli. Wobec tego człowiek odchylił się do tyłu, z uniesionym mieczem, nadal stojąc stopami na ziemi. Ugiął kolana, szpony mignęły mu nad twarzą, a wtedy z uczuciem, że pękają mu naprężone jak liny mięśnie brzucha, wyprostował się i, wypuszczając powietrze w strasznym, wibrującym wrzasku, który brzmiał jak rozciągnięty grzmot, ciął ukośnie i wykręcając unik w drugą stronę, rozminął się ze stworem niczym torreador.