Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 112
Перейти на страницу:

Wydawało się, że nie mają powodu. Przewyższali liczebnie sprzymierzeńców Lorda Asriela, posiadali potężniejszą broń i zranili już wielu przeciwników.

Potem Will poczuł nagłe poruszenie wśród duchów. Wskazywali na coś dryfującego w powietrzu.

– Upiory! – zawołał John Parry. – Oto powód.

Po raz pierwszy Will i Lyra mogli zobaczyć te istoty, niczym welony lśniącej gazy opadające z nieba jak puch ostu. Lecz trudno było je dostrzec, a kiedy dotarły do ziemi, stały się prawie niewidoczne.

– Co one robią? – zapytała Lyra.

– Kierują się do tego plutonu strzelców...

Will i Lyra zrozumieli, co się stanie, i oboje krzyknęli ze strachem:

– Uciekajcie! Szybko!

Kilku żołnierzy, słysząc w pobliżu dziecięce głosy rozejrzało się z zaskoczeniem. Inni, widząc nadciągające upiory, tak dziwaczne, niewyraźne i głodne, unieśli broń i wystrzelili, ale oczywiście bez skutku. A potem upiór dopadł pierwszego człowieka.

Był to żołnierz ze świata Lyry, Afrykanin. Jego dajmona miała postać długonogiego płowego kota z czarnymi cętkami; obnażyła kły i sprężyła się do skoku.

Wszyscy widzieli, jak nieulękły mężczyzna celuje z karabinu, nie ustępując ani na krok – a potem zobaczyli jego dajmonę uwięzioną w niewidzialnej sieci, warczącą, wyjącą, bezsilną; mężczyzna rzucił karabin i próbował jej dosięgnąć, krzycząc jej imię, a potem upadł, targany bólem i gwałtownymi mdłościami.

– Teraz, Willu – powiedział John Parry. – Wypuść nas teraz: możemy walczyć z tymi stworami.

Więc Will szeroko otworzył okno i wybiegł na czele armii duchów; a potem rozpoczęła się najdziwniejsza walka pod słońcem.

Duchy wyłaziły spod ziemi, blade sylwetki, jeszcze bledsze w świetle dnia. Nie miały się już czego bać, więc rzucały się na bezcielesne upiory, chwytały, szarpały i tarmosiły istoty, których Will i Lyra wcale nie widzieli.

Karabinierzy i inni żywi sprzymierzeńcy nic nie rozumieli z tej koszmarnej, widmowej walki. Will utorował sobie drogę przez środek, wywijając nożem, bo pamiętał, jak upiory przed nim uciekały.

Gdziekolwiek szedł, Lyra podążała za nim, żałując, że nie ma żadnej broni, żeby walczyć razem z nim. Rozglądała się uważnie i zdawało jej się, że od czasu do czasu dostrzega upiory w oleistym migotaniu powietrza; i właśnie Lyra poczuła pierwszy dotyk niebezpieczeństwa.

Niosąc Salmakię na ramieniu, znalazła, się na niewielkim pagórku, zaledwie nasypie porośniętym krzakami głogu; widziała stąd rozległy obszar pustoszony przez najeźdźców.

Słońce świeciło nad jej głową. Przed nią na zachodnim horyzoncie piętrzyły się lśniące chmury, poprzecinane mrocznymi rozziewami, o krawędziach wystrzępionych przez podniebne wiatry. Tam też na równinie czekały naziemne siły wroga: maszyny błyszczały, łopotały barwne flagi, regimenty stały w szyku.

Za nią i po lewej ciągnęło się pasmo poszczerbionych wzgórz prowadzące do fortecy. Szare kamienie jaśniały w upiornym przedburzowym świetle, a na odległych parapetach z czarnego bazaltu Lyra widziała nawet ruchliwe maleńkie sylwetki, które naprawiały uszkodzenia, przynosiły więcej broni albo po prostu obserwowały.

Właśnie wtedy Lyra poczuła pierwszy odległy skurcz bólu, mdłości i strachu, bez wątpienia dotyk upiora.

Natychmiast go rozpoznała, chociaż nigdy przedtem tego nie doświadczyła. I zrozumiała dwie rzeczy: po pierwsze – widocznie dorosła już dostatecznie, żeby stracić odporność na upiory; a po drugie – Pantalaimon musiał być gdzieś niedaleko.

– Will... Will...! – krzyknęła.

Usłyszał ją i odwrócił się z nożem w dłoni, z płonącym wzrokiem.

Lecz zanim zdążył odpowiedzieć, zachłysnął się, zgiął wpół i chwycił za pierś, więc wiedziała, że z nim dzieje się to samo.

– Pan! Pan! – krzyknęła, stając na palcach, żeby się rozejrzeć.

Will kulił się, próbując opanować mdłości. Po paru chwilach sensacje minęły, jakby ich dajmony uciekły; ale nadal nie mogli ich znaleźć. Wszędzie dookoła rozbrzmiewały wrzaski, wystrzały, okrzyki bólu lub strachu, odległe jok-jok-jok kliwuchów krążących w górze, świst i stukot strzał, a potem nowy dźwięk: zerwał się wiatr.

Lyra poczuła go najpierw na policzkach, a potem zobaczyła kłoniącą się trawę i usłyszała szelest krzaków głogu. Niebo nad głowami zaciągnęło się na wielką burzę: cała biel znikła z błyskawic, które wiły się i kipiały siarkową żółcią, morską zielenią, dymną szarością, oleistą czernią, mdląco ruchliwe, wysokie na kilka kilometrów i szerokie na cały horyzont.

Za jej plecami słońce wciąż świeciło, malując żywą jaskrawą zielenią krzaki i drzewa na tle nadciągającej burzy, jakby kruche rośliny rzucały wyzwanie ciemności każdym liściem, kwiatem, owocem i gałązką.

Lyra i Will – już nie całkiem dzieci – maszerowali dalej. Teraz widzieli upiory zupełnie wyraźnie. Wiatr, który kąsał Willa w oczy i smagał włosami twarz Lyry, powinien przepędzić upiory, ale stwory sfrunęły na ziemię. Chłopiec i dziewczynka, trzymając się za ręce, torowali sobie drogę wśród rannych i trupów; Lyra wołała swojego dajmona, Will usiłował wyczuć swojego.

Teraz błyskawice gęsto przecinały niebo, a potem pierwszy potężny łoskot gromu uderzył w uszy jak topór. Lyra objęła głowę rękami, Will zachwiał się i prawie potknął pod naporem dźwięku. Przywarli do siebie i podnieśli wzrok. Zobaczyli widok, jakiego nikt przedtem nie widział na żadnym z milionów światów.

Czarownice, klan Ruty Skadi i Reiny Miti oraz pół tuzina innych, każda niosąca pochodnię ze smolnej sosny zanurzonej w bitumie, nadlatywały nad fortecę od wschodu, z ostatniego skrawka czystego nieba, i pędziły prosto ku burzy.

Ludzie na ziemi usłyszeli ryk i trzask, kiedy lotne węglowodory buchnęły wysokim płomieniem. Kilka upiorów jeszcze zostało w górze i niektóre czarownice wleciały w nie na oślep, krzyknęły i spadły; lecz większość przezroczystych stworów dotarła już do ziemi.

Wielka eskadra czarownic runęła niczym rzeka ognia w samo serce burzy.

Oddział aniołów uzbrojonych w miecze i włócznie wyłonił się z Pochmurnej Góry, żeby stawić czoło czarownicom. Wiatr popychał ich z tyłu i mknęli szybciej niż strzały, ale czarownice im dorównywały. Pierwsze wzniosły się wysoko, a potem zanurkowały na szeregi aniołów, siekąc w prawo i w lewo płonącymi pochodniami. Anioł za aniołem, spowity ogniem, z płonącymi skrzydłami, wrzeszcząc, spadał na ziemię.

A potem lunęły pierwsze ciężkie krople deszczu. Jeśli dowódca deszczowych chmur zamierzał zgasić ogień czarownic, spotkało go rozczarowanie: smolna sosna i bitum płonęły na przekór ulewie, sycząc i plując iskrami. Krople deszczu uderzały o ziemię jakby ze złością, rozpryskując się w powietrzu. Po minucie Lyra i Will byli przemoczeni do nitki i dygotali z zimna, a deszcz siekł ich po głowach i ramionach jak lawina drobnych kamyków.

Mimo wszystko wciąż chwiejnie brnęli przed siebie, ocierali oczy i w narastającym zgiełku nawoływali:

– Pan! Pan!

Grzmoty huczały teraz prawie bez przerwy, przetaczały się i trzeszczały, jakby w niebie rozdzierano same atomy. Will i Lyra biegli wśród uderzeń piorunów; ona jęczała: „Pan! Mój Pantalaimon! Pan!”, on wydawał nieartykułowane okrzyki, ponieważ wiedział, co utracił, ale nie potrafił tego nazwać.

Towarzyszyło im dwoje Gallivespian, ostrzegając, żeby spojrzeli w tę stronę, żeby skręcili w tym kierunku, wypatrując upiorów, których dzieci za dobrze nie widziały. Lyra musiała teraz nieść lady Salmakię w dłoniach, ponieważ Gallivespiance brakowało sił, żeby utrzymać się na ramieniu dziewczynki. Tialys przepatrzał niebo dookoła, szukając swoich ziomków i wołając, ilekroć dostrzegł w powietrzu nad głową śmigającą barwną iskrę. Lecz głos mu osłabł, a zresztą inni Gallivespianie wypatrywali klanowych barw ważek, fluorescencyjnego błękitu i czerwonego z żółtym; te kolory już dawno zblakły i przestały zdobić ciała, które leżały w krainie zmarłych.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)