Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Mhm... powinniśmy podjechać do miejsca, w którym się pojawią. O ile rzeczywiście się pojawią. Hurin, czy mógłbyś jeszcze przed zmierzchem powiedzieć, gdzie moglibyśmy rozbić obozowisko, tak by stamtąd obserwować to miejsce, w którym porzuciłeś trop? — Zerknął na Kamień Portalu i przypomniał sobie, jak zasnął obok takiego Kamienia, przypomniał sobie, jak wtedy pustka zakradła się do niego podczas snu, a z nią światło pustki. — Gdzieś daleko stąd.
— Pozostaw to w moich rękach, lordzie Rand. — Węszyciel wdrapał się na siodło. — Przysięgam, już nigdy więcej nie zasnę, dopóki nie sprawdzę, koło jakiego kamienia się kładę.
Gdy Rand wyprowadzał Rudego z kotliny, zauważył, że częściej patrzy na Selene niż na Hurina. Wydawała się taka chłodna i opanowana, wcale nie starsza od niego, zachowywała się jak królowa, niemniej jednak, kiedy się do niego uśmiechnęła, tak samo jak wtedy...
„Egwene by nie powiedziała, że jestem roztropny. Egwene nazwałaby mnie durniem z głową pełną wełny”.
Zirytowany wbił pięty w boki Rudego.
18
Do Białej Wieży
Egwene kołysała się na rozchybotanym pokładzie „Królowej rzeki”, mknącej w dół szerokiego koryta Erinin, pod zasnutym ciemnymi chmurami niebem, z wydętymi masztami. Sztandar Białego Płomienia łopotał wściekle na grotmaszcie. Wiatr zerwał się w momencie, gdy ostatni człowiek znalazł się na pokładzie któregoś ze statków, jeszcze w Medo, i od tego czasu ani na chwilę nie cichł, ani nie słabł, ni za dnia, ni nocą. Rzeka wezbrała rączym nurtem i nadal rwała, popychając okręty do przodu. Wiatr i rzeka na moment nie uspokoiły się, nie zwolniły też statki, zbite w jedną gromadę. „Królowa rzeki” płynęła na ich czele, w swoim prawie, jako że na jej pokładzie znajdowała się Zasiadająca na Tronie Amyrlin.
Sternik kurczowo ściskał rumpel, zapierając się rozstawionymi szeroko nogami, pozostali marynarze uwijali się boso przy swych obowiązkach, całkowicie nimi pochłonięci; czasem tylko zerkali na niebo albo rzekę i zaraz odrywali oczy, pomrukując coś pod nosem. Jakaś wioska właśnie ginęła za nimi w oddali i mały chłopiec biegł brzegiem co sił w nogach, przez krótką chwilę udawało mu się dotrzymywać tempa statkom, ale już zostawili go w tyle. Kiedy zniknął, Egwene zeszła pod pokład.
Nynaeve leżała na koi w niewielkiej kajucie, którą dzieliły we dwie, rzucając wściekłe spojrzenia.
— Mówią, że dzisiaj dotrzemy do Tar Valon. Światłości dopomóż, z chęcią znowu postawię nogę na pewnym gruncie, nawet jeśli to będzie ziemia Tar Valon. — Statek przechylił się, miotany wiatrem i prądem, a Nynaeve przełknęła ślinę. — Już nigdy więcej nie wsiądę na żadną łódź — powiedziała bez tchu.
Egwene strzepnęła drobniutkie kropelki wody ze swego płaszcza i powiesiła go na kołku wbitym w drzwi. Nie była to duża kajuta — okrętowi wyraźnie brakowało dużych kajut, nawet ta, którą kapitan odstąpił Amyrlin, była tylko trochę większa od pozostałych. Wyposażona była w dwie koje wbudowane w ściany, z półkami pod spodem i szafkami u góry, i wszystko znajdowało się tu w zasięgu ręki.
Mimo że musiała się starać o zachowanie równowagi, ruchy statku nie męczyły jej tak jak Nynaeve. Przestała podawać jedzenie, gdy po trzeciej próbie Wiedząca rzuciła w nią miską.
— Martwię się o Randa — powiedziała.
— Ja się martwię o nich wszystkich — odparła tępym głosem Nynaeve, a po chwili dodała: — Znowu miałaś sen ostatniej nocy? Miałaś taki niewidzący wzrok po wstaniu...
Egwene skinęła głową. Nie bardzo potrafiła coś ukryć przed Nynaeve, a w przypadku snów nawet tego nie próbowała. Nynaeve z początku próbowała ją czymś leczyć, dopóki nie usłyszała, że zainteresowało to jedną z Aes Sedai, potem zaczęła jej wierzyć.
— Był taki sam jak tamte. Inny, ale taki sam. Randowi grozi niebezpieczeństwo. Wiem to. I to coraz gorsze. On coś zrobił albo coś dopiero zrobi, przez co narazi się na... — Opadła na łóżko i pochyliła się w stronę przyjaciółki. — Tak bym chciała wyłowić z tego jakiś sens.
— Przenosi Moc? — spytała cicho Nynaeve.
Egwene rozejrzała się odruchowo dookoła, by sprawdzić, czy nie ma tam kogoś, kto by usłyszał. Były same, drzwi zamknięte, ale i tak odpowiedziała równie przytłumionym głosem.
— Nie wiem. Może.
Nigdy nie było wiadomo, do czego są zdolne Aes Sedai — dosyć się napatrzyła, by wierzyć w każdą opowieść o ich czynach — i nie chciała ryzykować, że któraś ich podsłucha.
„Nie będę narażała Randa na ryzyko. Powinnam im o tym powiedzieć, ale Moiraine wie o wszystkim, a nic nie powiedziała. A poza tym tu chodzi o Randa! Nie mogę”. — Nie wiem, co robić.
— Czy Anaiya powiedziała coś jeszcze o tych snach? Nynaeve najwyraźniej wzięła za swój punkt honoru, by nigdy nie dodawać tytułu Sedai, nawet gdy były same. Większość Aes Sedai wydawała się nie zwracać na to uwagi, lecz przez ten obyczaj naraziła się na kilka dziwnych spojrzeń, w tym parę dość surowych, ostatecznie miała pobierać nauki w Białej Wieży.
— "Koło obraca się tak, jak chce” — zacytowała Anaiyę Egwene. — „Chłopiec jest daleko stąd, dziecko, i nie możemy nic zrobić, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. Osobiście dopatrzę, żeby poddano cię sprawdzianowi, jak już dotrzemy do Białej Wieży, dziecko”. Aaach! Ona wie, że w tych snach coś jest. Widzę, że ona wie. Lubię tę kobietę, Nynaeve, naprawdę lubię. Ale nie powie mi tego, co chcę wiedzieć. A ja nie mogę powiedzieć jej wszystkiego. Może gdybym potrafiła...
— Znowu ten człowiek w masce?
Egwene skinęła głową. Z jakiegoś powodu czuła, że lepiej nie mówić o nim Anaiyi. Nie umiała sobie uzmysłowić, dlaczego, niemniej była pewna. Człowiek o płonących oczach pojawiał się trzykrotnie w jej snach, za każdym razem, gdy śnił się jej sen, w którym Randowi groziło niebezpieczeństwo. Każdorazowo miał maskę na twarzy, czasami widziała jego oczy, czasami tylko ogień w otworach maski.
— Śmiał się ze mnie. Śmiał się z taką... pogardą. Jakbym była małym psiakiem, którego on miał zamiar odkopnąć, żeby nie zagradzał mu drogi. To mnie przeraża. On mnie przeraża.
— Jesteś pewna, że to ma coś wspólnego z pozostałymi snami, z tymi, w których pojawiał się Rand? Czasami sen jest tylko snem.
Egwene gwałtownie podniosła ręce.
— A ty, Nynaeve, mówisz czasami zupełnie tak jak Anaiya Sedai! — Położyła szczególny nacisk przy wymawianiu tego tytułu i z zadowoleniem przyjęła grymas na twarzy Nynaeve.
— Jak wreszcie wstanę z tego łóżka, Egwene...
Pukanie do drzwi nie pozwoliło Nynaeve dokończyć tego, co miała zamiar powiedzieć. Zanim Egwene zdążyła zawołać albo ruszyć się z miejsca, do środka weszła Amyrlin we własnej osobie i zamknęła za sobą drzwi. O dziwo, była sama, rzadko opuszczała swoją kajutę, a wówczas zawsze towarzyszyła jej Leane, a czasami jeszcze jakaś inna Aes Sedai.
Egwene poderwała się na równe nogi. Pokój stał się nieco zatłoczony obecnością trzech osób.
— Czy obie czujecie się dobrze? — spytała pogodnie Amyrlin. Przekrzywiła głowę, by spojrzeć na Nynaeve. — Ufam, że dobrze się odżywiacie? Nastroje właściwe?
Nynaeve z trudem podźwignęła się do pozycji siedzącej, wspierając plecami o ścianę.
— Mój nastrój jest nie najgorszy, dziękuję.
— To dla nas zaszczyt, Matko — zaczęła Egwene, ale Amyrlin gestem ręki nakazała jej milczenie.
— Dobrze być znowu na wodzie, ale to się robi równie nudne jak staw przy młynie, jak się nie ma nic do roboty. — Statek zakołysał się, a ona mimowolnie złapała równowagę, wydając się nawet tego me zauważać. — Dzisiaj ja udzielę wam lekcji. — Przysiadła na skraju łóżka Egwene, podkulając nogi pod siebie. — Siadaj, dziecko.