Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Czekał na nią.
A więc jest tak jak zawsze, pomyślała ponuro. Mike wiedział. Nawet nie udawała zdziwienia na jego widok.
– Cześć, Mike – powiedziała i minęła go, żeby zasiąść za biurkiem. Wcisnęła przycisk, ekran jej komputera zamigotał.
– Pomyślałem, że zjemy razem lunch – oświadczył Mike. Trzymał w dłoni długopis, bezustannie wsuwał i wysuwał wkład.
Formalnie wciąż był jej szefem, i formalnie nie mogła odmówić.
– Zobaczę, czy zdołam zmienić rozkład zajęć. – Wcisnęła przycisk interkomu. – Sally? Możesz przynieść mój kalendarz?
Przez cały czas Mike nie ruszał się z miejsca, jakby chciał mieć pewność, że Nico nie będzie próbowała się wymigać.
Zjedli lunch w barwnie urządzonej restauracji dla turystów. Ludzie z branży wydawniczej chodzili tam, gdy nie chcieli, żeby ktoś ich zobaczył.
– Niepokoją mnie te plotki, Nico – powiedział Mike, wkładając tortellini do ust. Skóra Mike'a miała barwę starego drewna, wspomniał, że właśnie wrócił z długiego weekendu w St. Barts. Nico pokiwała głową. Zamówiła cielęcinę piccata, zamierzała zjeść tylko kilka kęsów.
– Mnie też – odparła. Dała znak kelnerowi, żeby przyniósł jej więcej gazowanej wody. – Ale to tylko plotki, Mike. Jak mogłabym odejść z „Bonfire"?
– Ktoś kiedyś powiedział, że „New York Post" wie więcej niż CIA – zauważył Mike.
– To zapewne prawda w kwestii wydarzeń ogólnoświatowych – odparła. – Ale CIA nie musi sprzedawać gazet, a „Post" i owszem. Sam widzisz.
– Tak – mruknął niedowierzająco. – Sam widzę. – Urwał. – Chcę, żebyś pamiętała o jednym. To ja cię znalazłem. Ja sprowadziłem cię do Splatch-Verner. Beze mnie zwyczajnie byś nie istniała. – Wzruszył ramionami. – Wiesz, że stawiam sobie za punkt honoru szczerość wobec podwładnych. Nie jesteś szczególnie twórcza. Masz głowę do szczegółów, to ci trzeba przyznać. Ale trzeba zacznie więcej, żeby kierować całym działem.
Uśmiechnęła się. Czyżby jej groził? Pomyślała, że pewien szczególny typ zawsze usiłuje sobie przypisywać zasługi za sukcesy innych, a przy okazji ich gasić. Egoista, człowiek, który bez przerwy będzie się pchał na środek sceny, nawet jeśli nie bierze udziału w sztuce. Nie, Mike, westchnęła w duchu. Nie doprowadzaj do tego, żeby koniec był dla ciebie jeszcze brzydszy, niż to konieczne. A ponieważ nie miało to już najmniejszego znaczenia, powiedziała głośno:
– Masz rację, Mike. – I zmieniła temat.
Z wczesnego małżeństwa Mike miał nastoletniego syna, który właśnie kończył liceum. Pogadali o wadach i zaletach rozmaitych uniwersytetów. Za każdym razem, kiedy Mike usiłował zmieniać temat, ona uparcie powracała do szkolnictwa wyższego. To było złe, ale nie istniał inny sposób na załatwienie tej sprawy. Kiedy rozstali się przy windach, Mike wiedział, ale nie znal szczegółów.
Już po tobie, pomyślała na widok zamykających się za nim drzwi windy.
O czwartej zadzwoniła Maureen, sekretarka Victora Matricka.
– Victor chce panią widzieć w swoim gabinecie – powiedziała.
Nico weszła do gabinetu Victora na moment przed Mikiem.
– Gotowa, Nico? – spytał ją Victor. – Będzie całkiem jak w serialu o doktorze Philu.
Nico nigdy go nie oglądała, ale szczerze wątpiła, czy jest on aż tak brutalny.
Mike wszedł kilkanaście sekund później. Już w progu na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i szok, a potem nerwowo się rozejrzał, niczym zwierzę, które nagle trafiło do klatki. Nico stała obok biurka Victora, a Mike zapewne się zastanawiał, czy Nico i Victor razem w tym siedzą, czy też Nico i on sam będą mieli jakiś problem z Victorem. Tak czy owak, jego strategia polegała na odcięciu się od Nico poprzez ignorowanie jej. Wszedł, celowo unikając jej spojrzenia, i zasiadł naprzeciwko biurka Victora.
– No? – odezwał się z nieszczerą jowialnością. – O co chodzi?
Victor odrzucił z czoła wyleniała grzywę.
– Nico twierdzi, że będziesz pozwany.
– Nico? – Mike spojrzał na nią z udawanym zdumieniem, pod którym czaiła się nienawiść. – A co ona wie, do cholery?
– Najwyraźniej więcej niż ty – odparła uprzejmie.
– Niby za co mam być pozwany? – spytał lekceważąco.
– Naruszenie warunków umowy. Z Glynnis Rourke – wyjaśniła mu Nico.
– Glynnis Rourke to pozbawiona talentu wariatka, która nawet nie umie punktualnie dotrzeć na spotkanie.
– Mam e-maile. Od ciebie do niej. Nazwałeś ją idiotką… – powiedziała Nico.
– Bo nią jest.
– Pomyśl, jak to będzie wyglądało w gazetach.
– A kto by się tym przejmował? – prychnął Mike.
Nico wzruszyła ramionami.
– Po co wywoływać publiczny skandal, skoro można go uniknąć? – zapytała.
Mike popatrzył na Victora w poszukiwaniu wsparcia, ale go nie otrzymał. Znowu spojrzał na Nico.
– A ty kto? Zasrana zdrajczyni? Szukasz za moimi plecami informacji…
– Trafiła akurat do mnie. Mieliśmy szczęście, równie dobrze mogła trafić do kogoś innego. Kogoś z zewnątrz.
– Ależ z ciebie suka – warknął Mike.
– Mike… – wtrącił Victor łagodnie.
– Aha, rozumiem. – Mike pokiwał głową. – Teraz jesteś służącą Victora. Małą dziewicą, którą odwala za niego brudną robotę. Lodowa służąca.
– Wypadasz z gry, Mike – powiedziała Nico.
– Co?
Westchnęła. Skrzyżowała ręce na piersi i lekko wychyliła się ku krawędzi biurka Victora. Mike nie powinien był siadać, pomyślała, automatycznie dał jej przewagę.
– Pstro – oświadczyła. – Ty wypadasz z gry, ja do niej wchodzę.
Mike wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
– Nie możesz mnie zwolnić – ledwie zdołał wykrztusić. Victor pociągnął się za ząb.
– Może – powiedział. – Właśnie cię zwolniła.
A potem Victor zrobił coś przerażającego. Wstał, otworzył szeroko usta, pochylił się nad biurkiem i ryknął.
Ja pierdzielę, pomyślała Nico. Cofnęła się o krok i niechcący zrzuciła z biurka przycisk do papieru z panoramą Nowego Jorku. Zanurkowała po niego i szczęśliwie go chwyciła. Śmiech Mike'a urwał się jak nożem uciął. Mike odchylił się w fotelu w pełnym przerażenia zdumieniu. Z miejsca, w którym siedział, ciemne i pozornie bezdenne gardło Victora musiało mu się kojarzyć z paszczą lwa.
– Co jest, kurwa, Victor? – wrzasnął Mike. Zerwał się na nogi. – Co ty wyprawiasz, do diabła? Dlaczego mi to robisz, cholera?
Victor powrócił na krzesło i do swojej zwyczajowej pozy Świętego Mikołaja.
– Bo mogę, Mike – odparł.
– Nie rozumiem, Victorze. – Mike uniósł ręce. Miał wilgotne oczy, nos czerwony i nabrzmiały. – Byłem przy tobie przez dwadzieścia pięć lat…
Victor klasnął w dłonie.
– No i wystarczy – obwieścił radośnie. Wcisnął guzik interkomu. – Możesz tu przysłać ochronę?
Mike odwrócił się do Nico. Na obu policzkach miał jasne smugi, tam gdzie łzy zaczęły zmywać samoopalacz. Niektórzy mężczyźni nigdy nie nauczą się stosować kosmetyków, pomyślała Nico.