Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta29. Bitwa na równinie
W mocy upiora swego każdy z ludzi aż do tej szczęsnej chwili pozostaje, kiedy się jego człowieczeństwo zbudzi...
Will i Lyra rozpaczliwie nie chcieli opuszczać tego słodkiego świata, gdzie spali poprzedniej nocy, wiedzieli jednak, że jeśli kiedyś mają odnaleźć swoje dajmony, muszą jeszcze raz wstąpić w ciemność. A teraz, po wielu godzinach nużącego pełzania przez mroczny tunel, Lyra po raz dwudziesty schyliła się nad aletheiometrem, wydając ciche, nieświadome, żałosne odgłosy – pojękiwała i chwytała oddech, co brzmiało jak bezdźwięczny szloch. Will również czuł ból tam, gdzie zabrakło dajmona, w miejscu nadwrażliwym jak po oparzeniu, które każdy oddech rozdzierał lodowatymi hakami.
Jakże mozolnie Lyra obracała kółka; jak powoli, ociężale wędrowały jej myśli. Drabiny znaczeń prowadzące od każdego z trzydziestu sześciu symboli aletheiometru, po których dawniej śmigała tak lekko i pewnie, teraz wydawały się chwiejne i drżące. A utrzymanie w umyśle związków pomiędzy nimi... Dawniej było jak bieganie albo śpiewanie, albo opowiadanie historii: coś naturalnego. Teraz musiała nad tym pracować i siły ją zawodziły, ale nie mogła się poddać, bo wszystko inne przepadnie...
– To niedaleko – powiedziała wreszcie. – I tam są różne niebezpieczeństwa... bitwa i... Ale jesteśmy już prawie w odpowiednim miejscu. Na samym końcu tego tunelu jest duża gładka skała ociekająca wodą. Możesz tam przeciąć okno.
Duchy, które zamierzały walczyć, gorliwie cisnęły się do przodu i Lyra poczuła obok siebie Lee Scoresby'ego.
– Lyro, dziewuszko – powiedział – to już niedługo. Kiedy zobaczysz tego starego niedźwiedzia, powiedz mu, że Lee zginął w walce. A kiedy bitwa się skończy, będzie mnóstwo czasu, żeby dryfować na wietrze i odnaleźć atomy, które niegdyś tworzyły moją dajmonę Hester i moją matkę w krainie szałwii, i moje ukochane... wszystkie moje ukochane... Lyro, dziecko, odpoczniesz, kiedy to się skończy, słyszysz? Życie jest dobre, a śmierć przeminęła...
Głos mu się załamał. Chciała go objąć, ale oczywiście nie mogła. Więc tylko spojrzała na jego bladą twarz, a duch zobaczył głębokie uczucie w jej błyszczących oczach i zaczerpnął z nich siłę.
Na ramionach Lyry i Willa podróżowało dwoje Gallivespian. Ich krótkie życie dobiegało końca, każde czuło sztywność w stawach, zimno wokół serca. Wkrótce oboje powrócą do krainy zmarłych, tym razem jako duchy, ale spojrzeli sobie w oczy i poprzysięgli, że zostaną z dziećmi jak najdłużej i nie pisną ani słowa o swoim umieraniu.
Dzieci wspinały się coraz wyżej. Nie rozmawiały ze sobą. Każde słyszało ciężki oddech tego drugiego, odgłosy stąpnięć i grzechot kamyków osypujących się spod stóp. Przed nimi harpia wdrapywała się wytrwale, wlokąc za sobą skrzydła, zgrzytając pazurami o skałę, milcząca i ponura.
Potem rozległ się nowy dźwięk: regularne kap, kap rozbrzmiewające echem w tunelu. A potem coraz szybsze kapanie, ciurkanie, bulgot płynącej wody.
– Tutaj! – zawołała Lyra i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć skały blokującej drogę, gładkiej, zimnej i mokrej. – To tutaj.
Odwróciła się do harpii.
– Myślałam o tym – powiedziała – jak mnie uratowałaś i jak obiecałaś poprowadzić wszystkie inne duchy, które przejdą przez krainę zmarłych do tego świata, gdzie wczoraj spaliśmy. To niesprawiedliwe, że nie masz imienia. Pomyślałam, że nazwę cię tak, jak król Iorek Byrnison nazwał mnie: Złotousta. Nazwę cię Lekkoskrzydła. To będzie twoje imię i taka zostaniesz na zawsze: Lekkoskrzydła.
– Pewnego dnia – powiedziała harpia – spotkamy się znowu, Lyro Złotousta.
– Nie będę się bała, skoro wiem, że tu jesteś – powiedziała Lyra. – Żegnaj, Lekkoskrzydła, dopóki nie umrę.
Objęła harpię, przytuliła ją mocno i pocałowała w oba policzki. Potem odezwał się kawaler Tialys:
– To jest świat republiki Lorda Asriela?
– Tak – potwierdziła – tak mówi aletheiometr. Jesteśmy niedaleko jego fortecy.
– Więc pozwól mi przemówić do duchów.
Uniosła go wysoko, a on zawołał:
– Posłuchajcie, ponieważ spośród nas tylko ja i lady Salmakia widzieliśmy już ten świat! Na górskim zboczu stoi forteca: broni jej Lord Asriel. Kim jest wróg, nie wiem. Lyra i Will mają teraz tylko jedno zadanie: odnaleźć swoje dajmony. Nasze zadanie to im pomóc. Bądźmy odważni i walczmy dobrze!
Lyra odwróciła się do Willa.
– W porządku – powiedział – jestem gotowy.
Wyjął nóż i spojrzał w oczy duchowi swojego ojca który stał obok. Niedługo mieli się rozstać i Will pomyślał, jak bardzo chciałby zobaczyć tutaj również swoja matkę. Wszyscy troje razem...
– Will! – zawołała zaniepokojona Lyra. Znieruchomiał. Nóż utknął w powietrzu. Will cofnął rękę, ale nóż pozostał, uwięziony w substancji niewidocznego świata. Chłopiec odetchnął głęboko.
– O mało...
– Widziałam – przerwała mu. – Spójrz na mnie Will.
W upiornym świetle zobaczył jej jasne włosy, zacięte usta, szczere oczy. Poczuł ciepło jej oddechu; poczuł przyjazny zapach jej ciała.
Nóż wyszedł luźno.
– Spróbuję jeszcze raz – powiedział.
Odwrócił się i skoncentrował ze wszystkich sił. Pozwolił, żeby jego umysł spłynął do czubka noża, dotykał, macał, szukał, aż wreszcie znalazł. W głąb, wzdłuż, w dół i z powrotem; duchy tłoczyły się tak blisko, że Will i Lyra czuli małe ukłucia zimna w każdym nerwie.
Wykonał ostatnie cięcie.
Pierwsze, co do nich dotarło, to hałas. Światło ich oślepiło i musieli zasłonić oczy, duchy i ludzie, więc niczego nie widzieli przez kilka sekund; ale łoskot, wybuchy, grzechot wystrzałów, krzyki i wrzaski natychmiast zabrzmiały wyraźnie i przerażająco.
Duch Johna Parry'ego i duch Lee Scoresby'ego pierwsze odzyskały zmysły. Ponieważ obaj byli dawniej żołnierzami zaprawionymi w boju, hałas ich nie zaskoczył. Will i Lyra po prostu patrzyli, zdumieni i przerażeni.
Pociski rakietowe eksplodowały w powietrzu nad nimi, sypiąc deszczem kamiennych i metalowych odłamków na zbocza pobliskiej góry; w niebiosach aniołowie walczyli z aniołami, a czarownice pikowały, wywrzaskujac swoje klanowe zawołania, i strzelały z łuków do wroga.
Gallivespianin na ważce zanurkował, żeby zaatakować latającą maszynę, której pilot-człowiek próbował go odpedzić ręką. Ważka skręciła i śmignęła w górę, jeździec zeskoczył i wbił ostrogi głęboko w szyję pilota; potem owad wrócił i spikował nisko, żeby jeździec mógł znowu wskoczyć na jaskrawozielony grzbiet, a latająca maszyna runęła prosto na skały u podnóża fortecy.
– Otwórz szerzej – zażądał Lee Scoresby. – Wypuść nas!
– Czekaj, Lee – powstrzymał go John Party. – Coś się dzieje... Popatrz tam.
Will wyciął następne małe okno we wskazywanym kierunku i kiedy wyjrzeli, wszyscy zobaczyli zmianę w przebiegu bitwy. Atakujący zaczęli się wycofywać: grupa uzbrojonych pojazdów przestała posuwać się do przodu i osłaniana ogniem skręciła mozolnie, żeby rozpocząć odwrót. Eskadra latających maszyn, które już zdobywały przewagę w chaotycznej walce z giropterami Lorda Asriela, zatoczyła krąg na niebie i odleciała na zachód. Siły królestwa na ziemi – kolumny karabinierów, oddziały wyposażone w miotacze ognia, w rozpylacze trucizny, w broń, jakiej wędrowcy nigdy jeszcze nie widzieli – zaczęły się cofać i zawracać.
– Co się dzieje? – zapytał Lee. – Ustępują z pola... ale dlaczego?
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10