Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– Czy to, co zdarzyło się w moim domu, ma coś wspólnego z tym, co zdarzyło się po waszym powrocie? – zapytał półgłosem Moores. – Będę was krył, jak potrafię, jeśli nawet będzie to oznaczało utratę mojej pracy, ale muszę wiedzieć.
Potrząsnąłem głową.
– Nie, panie dyrektorze. Jak pan sam widzi, zamknęliśmy Johna z powrotem w jego celi, a potem wypuściliśmy Percy’ego z izolatki, gdzie wpakowaliśmy go ze względów bezpieczeństwa. Myślałem, że będzie się wściekać, lecz on był spokojny. Poprosił tylko, żeby oddać mu broń i pałkę. Nie powiedział nic więcej, po prostu odszedł korytarzem. A następnie, znalazłszy się na wysokości celi Whartona, wyjął pistolet i zaczął strzelać.
Odpowiadając na pytanie Mooresa, również starałem się mówić półgłosem. Na korytarzu było co najmniej dwunastu klawiszy. Kolejny fotografował Whartona w jego celi. Curtis Anderson odwrócił się do niego i w tym momencie obserwował nas tylko Brutal.
– Czy nie sądzisz, że przez to zamknięcie w izolatce… coś mu odbiło? – zapytał Moores.
– Nie, panie dyrektorze.
– Czy włożyliście mu kaftan bezpieczeństwa?
– Nie, panie dyrektorze. Nie było takiej potrzeby.
– Zachowywał się spokojnie? Nie opierał się?
– Nie opierał.
– Nawet kiedy zobaczył, że chcecie go zamknąć w izolatce, zachowywał się spokojnie i nie walczył?
– Tak jest. – Przez chwilę miałem ochotę trochę to ubarwić: włożyć w usta Percy’ego jakąś kwestię, ale potem zrezygnowałem. Wiedziałem, że im prościej to przedstawię, tym lepiej. – Nie byłej żadnej awantury. Wszedł po prostu do środka i usiadł w kącie.
– Nie mówił wtedy nic o Whartonie?
– Nie, panie dyrektorze.
– Ani o Coffeyu?
Potrząsnąłem głową.
– Czy Percy był zły na Whartona? Czy czuł do niego jakąś urazę?
– To całkiem możliwe – odparłem, jeszcze bardziej ściszając głos. – Percy nie zachowywał odpowiedniej ostrożności, Hal. Pewnego razu, kiedy szedł korytarzem, Wharton złapał go, przycisnął do krat i trochę połaskotał. – Na chwilę przerwałem. – To znaczy, obmacał.
– Nie zrobił nic gorszego? Tylko połaskotał? To wszystko?
– Tak, ale Percy bardzo się tym przejął. Wharton powiedział, że wolałby wydupczyć Percy’ego niż jego siostrę. Coś w tym rodzaju.
– Hmm. – Moores wciąż spoglądał z ukosa na Johna Coffeya, jakby musiał co chwila upewniać się, że to prawdziwy człowiek z krwi i kości. – To nie wyjaśnia tego, co się z nim stało, ale tłumaczy w pewnym stopniu, dlaczego zastrzelił Whartona, a nie Coffeya albo jednego z twoich ludzi. A skoro mówimy o twoich ludziach, Paul, czy wszyscy opowiedzą to samo?
– Tak, panie dyrektorze – odparłem.
– I opowiedzieli to samo – poinformowałem Janice, zanurzając łyżkę w zupie, którą przyniosła. – Dopilnowałem tego.
– Skłamałeś – stwierdziła. – Oszukałeś Hala.
Od tego są w końcu żony, nieprawdaż? Zawsze szukają dziur po molach w twoim najlepszym garniturze i na ogół je znajdują.
– Owszem, jeśli chcesz na to patrzeć w ten sposób. Nie powiedziałem mu jednak niczego, z czym nie moglibyśmy dalej żyć. Hal jest moim zdaniem czysty. Nawet go tam nie było. Siedział w domu, opiekując się żoną aż do momentu, kiedy zadzwonił do niego Curtis.
– Czy wspomniał, jak się czuje Melinda?
– Wtedy nie, nie było czasu, ale rozmawialiśmy później, kiedy ja i Brutal wychodziliśmy z pracy. Melly niewiele pamięta, ale czuje się dobrze. Wstała z łóżka i mówi o nowych grządkach na kwiaty.
Moja żona obserwowała przez chwilę, jak jem.
– Czy Hal wie, że to był cud? – zapytała w końcu. – Czy to rozumie?
– Tak. Wszyscy to rozumiemy, wszyscy, którzy tam byliśmy.
– Częściowo żałuję, że mnie tam nie było – stwierdziła – ale z drugiej strony chyba się z tego cieszę. Gdybym widziała, jak łuski spadają z oczu Saula w drodze do Damaszku, dostałabym chyba zawału serca.
– Nie mów – mruknąłem, przechylając talerz, żeby nabrać ostatnią łyżkę. – Prawdopodobnie ugotowałabyś mu trochę zupy. Ta jest wyśmienita.
– To dobrze – odparła. W rzeczywistości jednak nie myślała wcale o zupie, gotowaniu albo nawróceniu Saula na drodze do Damaszku. Opierała podbródek o dłoń i patrzyła przez okno na górskie pasmo, z oczyma tak samo zamglonymi jak te góry w letni poranek, gdy zbiera się na upał. W letni poranek podobny do tego, kiedy odnaleziono bliźniaczki Dettericków, wpadło mi do głowy, sam nie wiem czemu. Zastanawiałem się, dlaczego nie krzyczały. Zabójca robił im krzywdę; na werandzie i na schodach zostały ślady krwi. Dlaczego zatem nie krzyczały?
– Myślisz, że Whartona zabił John Coffey, prawda? – zapytała Janice, odwracając w końcu wzrok od okna. – Że to nie był przypadek ani nic w tym rodzaju; myślisz, że posłużył się Percym Wetmore’em niczym bronią?
– Tak.
– Dlaczego?
– Nie wiem.
– Opowiedz mi jeszcze raz, co zdarzyło się, kiedy zabieraliście Coffeya z bloku. Tylko tę część.
Zrobiłem to. Opowiedziałem, jak wychylająca się spomiędzy prętów i łapiąca Johna za biceps koścista ręka przypomniała mi węża – wodnego mokasyna, którego wszyscy się baliśmy, kiedy jako dzieci pływaliśmy w rzece – i jak Coffey powiedział, że Wharton jest złym człowiekiem.
– A co Wharton na to?
Moja żona ponownie spoglądała przez okno, ale słuchała mnie bardzo uważnie.
– Wharton odparł: “Zgadza się, czarnuchu, jestem zły jak wszyscy diabli”
– I to wszystko?
– Tak. Miałem wtedy wrażenie, że coś się wydarzy, ale nic się nie stało. Brutal wyswobodził rękę Johna z uścisku Whartona i kazał mu się położyć, co Wharton zrobił. Nie zapominaj, że był nieźle nafaszerowany środkami usypiającymi. Wymamrotał coś o tym, że czarnuchy powinny mieć własne krzesła elektryczne, i na tym koniec. Poszliśmy dalej.
– John Coffey nazwał go złym człowiekiem.
– Zgadza się. To samo powiedział raz o Percym. A może więcej niż raz. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale wiem, że to zrobił.
– Ale Wharton nigdy nie uczynił nic złego Johnowi Coffeyowi, prawda? To znaczy, nie zaczepił go tak jak Percy’ego.
– Nie. Wharton miał celę po drugiej stronie biurka oficera dyżurnego, kilkanaście jardów od Coffeya. Ledwie mogli się zobaczyć.
– Opowiedz mi jeszcze raz, jak wyglądał Coffey, kiedy Wharton złapał go za rękę.
– To nas do niczego nie doprowadzi, Janice.
– Może nie doprowadzi, a może doprowadzi. Powiedz, jak wyglądał.
Westchnąłem.
– Wydaje mi się, że był zszokowany. Wzdrygnął się. Jak wzdrygnęłabyś się, gdybyś leżała na plaży, a ja zakradłbym się od tyłu i wylał ci na plecy trochę zimnej wody. Albo jakby ktoś uderzył go w twarz.
– Jasne – stwierdziła. – To, że został złapany w ten sposób, zaskoczyło go, na krótki moment zbudziło z letargu.
– Tak – powiedziałem. – Nie – dodałem po chwili.
– No więc tak czy nie?
– Nie. To nie było zaskoczenie. To przypominało ten moment, kiedy chciał, żebym wszedł do jego celi i dał się uleczyć. Albo kiedy chciał, żebym podał mu tę mysz. To było zdziwienie, ale nie z powodu dotknięcia… w każdym razie niezupełnie… Chryste Panie, Janice, sam nie wiem.
– W porządku, zostawmy to – odparła. – Nie mogę po prostu zrozumieć, dlaczego John to zrobił. Nie wygląda na to, żeby był gwałtowny z natury. To prowadzi nas do następnego pytania, Paul. Jak możesz go stracić, jeśli masz rację co do tych dwóch dziewczynek? Jak możesz posadzić go na krześle elektrycznym, jeśli ktoś inny…