Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
Miał w końcu wysokie koneksje.
Wharton leżał na boku, odwrócony plecami do ściany. Nie widziałem wtedy wiele, z wyjątkiem krwi sączącej się przez prześcieradło i kapiącej na beton, ale koroner powiedział, że Percy strzelał jak Annie Oakley [2]. Pamiętając opowieść Deana o tym, jak Percy cisnął swoją hikorową pałką w mysz i chybił tylko o włos, specjalnie się nie zdziwiłem. Dodać trzeba, że teraz odległość była bliższa, a cel nieruchomy. Jedna kula w krocze, jedna w brzuch, jedna w klatkę piersiową i trzy w głowę.
Brutal kaszlał i odgarniał ręką obłok dymu. Ja też kaszlałem, ale dopiero po pewnym czasie zdałem sobie z tego sprawę.
– No to koniec – powiedział Brutal. Głos miał spokojny, ale zdradzały go oczy, w których płonęła panika.
Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem siedzącego na skraju pryczy Johna Coffeya. Ręce miał znowu splecione między kolanami, lecz głowę trzymał wysoko podniesioną i nie wydawał się w ogóle chory. Skinął do mnie, a ja zdumiałem sam siebie – podobnie jak w dniu, gdy podałem mu rękę – odpowiadając podobnym kiwnięciem.
– Co teraz zrobimy? – wymamrotał Harry. – O Chryste, co my teraz zrobimy?
– Nie możemy nic zrobić – odparł takim samym spokojnym głosem Brutal. – Jesteśmy ugotowani. Prawda, Paul?
Mój umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Spojrzałem na Harry’ego i Deana, którzy patrzyli na mnie niczym przestraszone dzieci. Spojrzałem na Percy’ego, który stał w miejscu z opuszczonymi rękoma i szczęką. A potem spojrzałem na swojego starego przyjaciela Brutusa Howella.
– Nic złego nam nie grozi – oznajmiłem.
Percy zaczął w końcu kaszleć. Zgiął się wpół, oparł dłonie na kolanach i poczerwieniała mu twarz. Chciałem powiedzieć Harry’emu, Deanowi i Brutalowi, żeby się cofnęli, ale nie zdążyłem. Percy wydał z siebie odgłos, który był czymś pośrednim między charczeniem a żabim rechotem, otworzył usta i wypluł czarny wirujący obłok, tak gęsty, że przez chwilę nie widzieliśmy jego głowy.
– Boże, miej nas w swojej opiece – szepnął słabym głosem Harry. Po chwili obłok zrobił się oślepiająco biały, przypominał lśniący w styczniowym słońcu śnieg. Nieco później już go nie było. Percy powoli się wyprostował i znowu utkwił nieobecny wzrok w końcu korytarza.
– W ogóle tego nie widzieliśmy – stwierdził Brutal. – Prawda, Paul?
– Zgadza się. Ja tego nie widziałem i ty tego nie widziałeś. Czy ty coś widziałeś, Harry?
– Nie.
– A ty, Dean?
– Czego nie widziałem? – Dean zdjął z nosa okulary i zaczął je wycierać. Myślałem, że wypadną z jego roztrzęsionych rąk, ale zdołał je jakoś utrzymać.
– “Czego nie widziałem?”. To było dobre. A teraz posłuchajcie swojego drużynowego, chłopcy, i postarajcie się zrozumieć wszystko za pierwszym razem, bo nie mamy za dużo czasu. Historia jest prosta. Nie komplikujmy jej.
3
Opowiedziałem o tym Janice około jedenastej – chciałem napisać “nazajutrz rano”, ale oczywiście wszystko działo się tego samego dnia. Bez wątpienia najdłuższego dnia w moim życiu. Opowiedziałem mniej więcej to samo, co tutaj, kończąc na tym, jak William Wharton pożegnał się z życiem na swojej pryczy, nafaszerowany ołowiem z pistoletu Percy’ego.
Nie, nieprawda. Na samym końcu opowiedziałem jej o tej rzeczy, która wyszła z Percy’ego, o robakach czy cokolwiek to było. Niełatwo opowiedzieć coś takiego nawet własnej żonie, ale ja to zrobiłem.
Janice przyniosła mi filiżankę wypełnioną do połowy czarną kawą – z początku ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie zdołałbym utrzymać pełnej. Kiedy skończyłem, drżenie nieco ustąpiło i poczułem, że mogę nawet coś zjeść; jajko albo parę łyżek zupy.
– Uratowało nas to, że tak naprawdę nie musieliśmy wcale kłamać, żaden z nas – stwierdziłem.
– Po prostu nie wspomnieliście o paru drobiazgach – dodała kiwając głową. – W większości mało ważnych. Na przykład o tym, jak zabraliście z bloku skazanego na śmierć więźnia, jak uzdrowił on potem umierającą kobietę i jak doprowadził Percy’ego Wetmore’a do szaleństwa, wdmuchując mu do gardła sproszkowany guz mózgu.
– Sam nie wiem, Janice – mruknąłem. – Wiem tylko, że jeśli będziesz dalej mówiła w ten sposób, zjesz tę zupę sama albo nakarmisz nią psa.
– Przepraszam. Ale mam chyba rację?
– Masz – odparłem. – Tyle że uszło nam na sucho… właściwie co? Nie można nazwać tego ucieczką ani wyjściem na przepustkę. Uszedł nam na sucho ten wypad. Nie opowie im o nim nawet Percy, jeśli kiedykolwiek wróci do zdrowia.
– Jeśli wróci do zdrowia – powtórzyła. – Jakie ma szansę?
Potrząsnąłem głową, dając jej do zrozumienia, że nie mam pojęcia. Tak naprawdę jednak nie sądziłem, aby kiedykolwiek wrócił do zdrowia – ani w trzydziestym drugim, ani w czterdziestym drugim, ani w pięćdziesiątym drugim roku. I nie myliłem się. Percy Wetmore pozostał w Briar Ridge aż do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego, kiedy szpital doszczętnie spłonął. W pożarze zginęło siedemnastu pacjentów, ale Percy do nich nie należał. Cichy i pod każdym względem obojętny – dowiedziałem się, że tego rodzaju stan nazywa się katatonią – wyprowadzony został na zewnątrz przez jednego ze strażników na długo przedtem, nim pożar ogarnął jego skrzydło. Przeniesiono go do innego szpitala – nie pamiętam, jak się nazywał, i nie sądzę, żeby miało to jakieś znaczenie. Z tego co wiem, po raz ostatni w życiu odezwał się, kiedy kazał nam przy wyjściu odbić swoją kartę… jeśli nie chcemy wyjaśniać, dlaczego wcześniej wyszedł.
Ironia losu polegała na tym, że nie musieliśmy dużo wyjaśniać. Percy oszalał i zastrzelił Williama Whartona. Tyle powiedzieliśmy i mówiąc to, wcale nie mijaliśmy się z prawdą. Kiedy Anderson zapytał Brutala, jak zachowywał się Percy przed zabójstwem i Brutal odpowiedział jednym słowem: “Milczał”, przez krótki straszny moment bałem się, że wybuchnę śmiechem. Ponieważ to też było prawdą. Percy milczał, gdyż przez większość zmiany siedział z taśmą izolacyjną na ustach i mógł sobie co najwyżej pomruczeć.
Curtis trzymał Percy’ego do ósmej rano, Percy’ego, który nie odzywał się ani słowem, niczym Indianin w sklepie z cygarami, ale sprawiał o wiele bardziej niesamowite wrażenie. O ósmej przyjechał Hal Moores, nachmurzony, lecz kompetentny, gotów z powrotem stanąć za sterem. Curtis Anderson pozwolił mu na to z westchnieniem ulgi, które prawie słyszeliśmy. Zniknął gdzieś zagubiony przestraszony starzec; zobaczyliśmy z powrotem dyrektora Mooresa, który podszedł do Percy’ego, złapał go za ramiona swymi wielkimi łapskami i mocno potrząsnął.
– Synu! – wrzasnął mu prosto w pustą twarz; twarz, która, pomyślałem, zaczynała już mięknąć jak wosk. – Słyszysz mnie, synu? Odezwij się do mnie, jeśli mnie słyszysz. Chcę wiedzieć, co tu się stało!
Nie doczekał się oczywiście żadnej odpowiedzi. Anderson chciał odciągnąć dyrektora na stronę, przedyskutować, jak powinni to załatwić – sprawa była politycznie śliska – ale Moores odsunął go i ruszył wraz ze mną korytarzem. John Coffey leżał w swojej celi, z głową odwróconą do ściany i nogami jak zawsze bezczelnie zwisającymi z pryczy. Wydawał się spać i prawdopodobnie spał… lecz zdążyliśmy już odkryć, że nie zawsze robił to, co nam się wydawało.
[2] Annie Oakley, 1860-1926, amerykańska snajperka.