Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– Oddajcie mi pistolet i pałkę – powiedział.
Wręczyłem mu je. Schował pistolet do kabury i wcisnął pałkę w zrobione na zamówienie olstro.
– Jeśli się nad tym zastanowisz, Percy… – zacząłem.
– Oczywiście, że się nad tym zastanowię – odparł, mijając mnie. – Mam zamiar się nad tym bardzo głęboko zastanowić. Poczynając od tej chwili. W drodze do domu. Jeden z was może wychodząc odbić moją kartę. – Dotknął klamki, odwrócił się i posłał nam spojrzenie, w którym widać było gniew, zakłopotanie i pogardę: zabójczą kombinację dla sekretu, który mieliśmy nadzieję zachować. – Chyba że oczywiście chcecie wyjaśnić dyrektorowi, dlaczego wcześniej wyszedłem.
Wymaszerował z izolatki i ruszył Zieloną Milą, zapominając w swoim wzburzeniu, dlaczego ten wyłożony zielonym linoleum korytarz jest taki szeroki. Popełnił już ten błąd wcześniej i uszło mu to płazem. Nie miało mu jednak ujść płazem teraz.
Poszedłem za nim, zastanawiając się, w jaki sposób go uspokoić – nie chciałem, żeby opuścił blok E w takim stanie: spocony, rozchełstany, z czerwonym śladem mojej ręki na policzku. Pozostali trzej strażnicy ruszyli za mną.
To, co zdarzyło się potem, zdarzyło się bardzo szybko – trwało nie dłużej niż minutę, a może nawet krócej. Mimo to pamiętam wszystko po dziś dzień – głównie, jak sądzę, dlatego że po powrocie do domu opowiedziałem o całym wydarzeniu Janice, utrwalając je w ten sposób w umyśle. Wszystko, co stało się później: poranne spotkanie z Curtisem Andersonem, czynności dochodzeniowe, spotkanie z prasą, zorganizowane przez Hala Mooresa (który w tym czasie wrócił już oczywiście do pracy), a potem przesłuchania przed Komisją Śledczą w stolicy stanu – wszystko to, podobnie jak wiele innych rzeczy, zatarło mi się po latach w pamięci. Ale to, co wydarzyło się tam, na Zielonej Mili, pamiętam doskonale.
Percy szedł prawą stroną korytarza, z pochyloną głową, i powiem tylko tyle: żaden zwyczajny więzień nie zdołałby go dosięgnąć. Ale John Coffey nie był zwyczajnym więźniem. John Coffey był olbrzymem i miał olbrzymi zasięg.
Zobaczyłem, jak jego długie brązowe ręce wychylają się spomiędzy krat.
– Uważaj, Percy, uważaj! – wrzasnąłem.
Percy zaczął się odwracać. Jego lewa dłoń dotknęła rękojeści pałki. A potem ręce Johna złapały go i przyciągnęły do celi tak gwałtownie, że rąbnął prawym policzkiem o kraty.
Percy stęknął i podniósł w górę hikorową pałkę. John był wystawiony na jego uderzenia: przyciskał własną twarz do dwóch centralnych prętów tak mocno, jakby chciał przecisnąć przez nie całą głowę. Było to oczywiście niemożliwe, ale tak wyglądało. Prawa ręka Johna poszukała karku Percy’ego, objęła go i przysunęła bliżej jego głowę. Percy opuścił pałkę i uderzył Johna w skroń. Popłynęła krew, ale John nie zwrócił na to żadnej uwagi. Jego usta przyssały się do ust Percy’ego. Usłyszałem głośny szum – odgłos długo wstrzymywanego wydechu. Percy szarpał się niczym ryba na haczyku, próbując się wyrwać, ale nie miał najmniejszej szansy; prawa ręka Johna ściskała go za kark, kompletnie go unieruchomiając. Ich twarze zlały się w jedno niczym twarze kochanków całujących się namiętnie przez kraty.
Percy krzyknął stłumionym głosem, jakby miał usta nadal zalepione taśmą, i ponownie się szarpnął. Ich wargi rozłączyły się na chwilę i zobaczyłem czarny rojący się strumień, który wypływał z Johna Coffeya i wpływał w Percy’ego Wetmore’a. To, co nie trafiało w drżące usta, wpływało w nozdrza. Po sekundzie trzymająca go za kark ręka zacisnęła się i Percy ponownie dotknął ust Johna; został na nie prawie nadziany.
Otworzył lewą dłoń i wypadła z niej jego drogocenna hikorową pałka. Nigdy już jej nie podniósł.
Chciałem do nich podbiec i chyba nawet zrobiłem kilka kroków, ale poruszałem się niczym niedołężny starzec. Sięgnąłem po pistolet, lecz nad jego rękojeścią z drzewa orzechowego wciąż zapięty był pasek i w pierwszej chwili nie mogłem wyjąć broni z kabury. Miałem wrażenie, że podłoga pod moimi stopami dygocze tak samo jak w sypialni domu dyrektora Mooresa. Nie jestem tego do końca pewien, ale wiem, że stłukła się jedna z żarówek wiszących w drucianych osłonach. W dół posypały się okruchy szkła. Harry wydał z siebie okrzyk zdumienia. W końcu udało mi się odpiąć kciukiem pasek nad kolbą, zanim jednak zdążyłem wyjąć moją trzydziestkęósemkę z kabury, John odepchnął od siebie Percy’ego i cofnął się w głąb celi. Robiąc to, krzywił się i wycierał usta, jakby spróbował czegoś niedobrego.
– Co on mu zrobił? – zawołał Brutal. – Co on mu zrobił, Paul?
– Czymkolwiek jest to coś, co wyssał z Melly, ma to teraz Percy – odparłem.
Percy stał przy kratach starej celi Delacroix. Miał szeroko otwarte puste oczy – dwa zera. Podszedłem do niego ostrożnie, oczekując, że zacznie krztusić się i kaszleć w podobny sposób, jak to czynił John, gdy uzdrowił Melindę, ale nic takiego się nie działo. Z początku po prostu stał w miejscu.
Strzeliłem z palców przed jego oczyma.
– Percy! Hej, Percy! Obudź się!
Bez skutku. Brutal podszedł do mnie i przysunął obie ręce do pozbawionej wyrazu twarzy Percy’ego.
– To nic nie da – powiedziałem.
Ignorując mnie, Brutal klasnął głośno dwa razy tuż przed jego nosem. I dało to jakiś skutek albo tak nam się przynajmniej wydawało. Percy zatrzepotał powiekami i rozejrzał się mętnym wzrokiem dookoła – niczym ktoś, kto odzyskuje przytomność po uderzeniu w głowę. Spojrzał najpierw na Brutala, potem na mnie. Teraz jestem przekonany, że w ogóle nas nie widział, ale wtedy myślałem co innego: myślałem, że dochodzi do siebie.
Odsunął się od krat i lekko zachwiał. Brutal podtrzymał go.
– Spokojnie, chłopie. Nic ci nie jest?
Zamiast odpowiedzieć, Percy minął go i zataczając się ruszył w stronę biurka oficera dyżurnego. Dokładnie rzecz biorąc, nie zataczał się, lecz przechylał w lewą stronę.
Brutal wyciągnął do niego rękę, ale ja odsunąłem go na bok.
– Zostaw go – mruknąłem.
Czy powiedziałbym to, gdybym wiedział, co za chwilę nastąpi? Od jesieni trzydziestego drugiego roku zadawałem sobie to pytanie tysiąc razy. Do dziś nie znam na nie odpowiedzi.
Percy zrobił dwanaście albo czternaście kroków, a potem zatrzymał się z opuszczoną głową. Znajdował się wtedy na wysokości celi Dzikiego Billa Whartona, który wciąż chrapał jak smok. Przespał wszystko, co się działo. Przespał, jak myślę, własną śmierć i miał w tym więcej szczęścia niż większość ludzi, którzy tu wylądowali. Więcej szczęścia, niż na to zasłużył.
Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, Percy wyciągnął pistolet, podszedł do celi Whartona i władował cały magazynek w śpiącego mężczyznę. Po prostu bum-bum-bum bum-bum-bum, tak szybko, jak szybko zdołał naciskać cyngiel. Huk w zamkniętej przestrzeni był ogłuszający; kiedy opowiadałem rano o wszystkim Janice, dzwoniło mi w uszach tak głośno, że prawie nie słyszałem własnego głosu.
Podbiegliśmy do niego wszyscy czterej. Dean dobiegł pierwszy – nie wiem, jakim cudem, bo kiedy Coffey złapał Percy’ego, stał za mną i za Brutalem. Chwycił Percy’ego za nadgarstek, chcąc wyrwać mu pistolet, ale nie było to wcale konieczne. Percy otworzył dłoń i broń upadła na podłogę. Jego oczy przesunęły się po nas, jakby były łyżwami ślizgającymi się po lodzie. Rozległ się cichy szum płynącego moczu i w powietrzu rozszedł się najpierw ostry zapach amoniaku, a następnie mocniejszy odór, kiedy Percy wypróżnił się również z drugiej strony. Oczy miał utkwione w końcu korytarza. Z tego, co wiem, były to oczy, które nigdy już nie oglądały niczego w naszym realnym świecie. Gdzieś na początku tych zapisków wspomniałem, że gdy ja i Brutal znaleźliśmy kolorowe drzazgi ze szpulki Pana Dzwoneczka, Percy przebywał w Briar Ridge, i pisząc to, wcale nie skłamałem. Nigdy jednak nie zasiadł w gabinecie ze stojącym w kącie wentylatorem; nigdy nie powierzono jego opiece szwankujących na umyśle pacjentów, na których mógłby się wyżywać. Przypuszczam jednak, że dostał dla siebie przynajmniej separatkę.