Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– Co mam powiedzieć, jeśli ktoś tam będzie? – zapytał Harry, przeciskając się pod moim ramieniem. – Zawołać, że mam pilny telefon i wskoczyć do was z powrotem?
– Nie bądź takim mądralą – poradził mu Brutal.
Harry uchylił lekko drzwi i wsadził głowę do szopy. Wydawało mi się, że stoi tak bardzo długo. W końcu cofnął się prawie z wesołą miną.
– Teren czysty. Nie słychać żadnych hałasów – oznajmił.
– Miejmy nadzieję, że tak już zostanie – stwierdził Brutal. – Chodź, Johnie Coffeyu, jesteśmy już prawie w domu.
John zdołał przejść o własnych siłach przez szopę, ale musieliśmy mu pomóc wejść po trzech schodkach, a potem prawie przepchaliśmy przez małe drzwi prowadzące do mojego gabinetu. Kiedy się z powrotem wyprostował, z trudem łapał powietrze i miał szkliste oczy. Poza tym – co zauważyłem z prawdziwym przerażeniem – opadł mu kącik ust z prawej strony i wyglądał teraz jak Melinda, kiedy weszliśmy do jej sypialni.
Siedzący przy biurku Dean usłyszał nas i przybiegł do gabinetu.
– Dzięki Bogu! Myślałem już, że nigdy nie wrócicie. Byłem pewien, że albo was złapali, albo przyskrzynił was dyrektor, albo… – Nagle przerwał i przyjrzał się uważniej Johnowi. – Do jasnej anielki, co się z nim dzieje? Wygląda, jakby umierał!
– On nie umiera… prawda, John? – powiedział Brutal, posyłając ostrzegawcze spojrzenie Deanowi.
– Oczywiście nie miałem na myśli, że naprawdę umiera… – Dean roześmiał się nerwowo. – Ale niech mnie kule biją, jeśli…
– Nieważne – przerwałem mu. – Pomóż nam zaprowadzić go z powrotem do celi.
Po raz kolejny przypominaliśmy wzgórza otaczające wielki szczyt, ale tym razem był to szczyt poddawany erozji przez miliony lat, skruszały i zniszczony. John Coffey ruszył powoli z miejsca, oddychając przez usta niczym człowiek, który pali za dużo papierosów – lecz jednak ruszył.
– Co z Percym? – zapytałem. – Bardzo rozrabiał?
– Trochę na początku – odparł Dean. – Próbował wrzeszczeć coś przez taśmę, którą okleiłeś mu usta. Chyba przeklinał.
– Jak to dobrze, że nie słyszały tego nasze wrażliwe uszy – mruknął Brutal.
– Potem kopał tylko co jakiś czas w drzwi.
Nasz powrót tak bardzo ucieszył Deana, że zaczynał bełkotać. Okulary zjechały mu na czubek lśniącego od potu nosa i wsunął je z powrotem. Minęliśmy celę Whartona. Bezwartościowy młody człowiek leżał płasko na plecach, chrapiąc jak smok. Tym razem miał zamknięte oczy.
Dean zobaczył, że przyglądam się Whartonowi, i wybuchnął śmiechem.
– Nie miałem z nim żadnych kłopotów! Nie poruszył się, odkąd padł na pryczę. Umarł dla świata. Co się tyczy tego kopania w drzwi, wcale się nim nie przejmowałem. Mówiąc szczerze, byłem nawet zadowolony. Gdyby Percy w ogóle nie hałasował, zacząłbym się martwić, czy nie zadusił się pod tą taśmą, którą zakleiłeś mu gębę. Ale nie to wcale jest najpiękniejsze. Wiecie, co jest najpiękniejsze? Panował tu taki spokój jak w środę popielcową w Nowym Orleanie. Nikt nie zajrzał do nas przez całą noc! – oznajmił triumfalnym, rozradowanym głosem. – Uszło nam to na sucho, chłopaki! Udało się!
To przypomniało mu, dlaczego w ogóle odegraliśmy tę komedię, i zapytał o Melindę.
– Czuje się dobrze – odparłem. Stanęliśmy przed celą Johna. Dopiero teraz zaczęło docierać do mnie to, co powiedział Dean. Uszło nam to na sucho, chłopaki! Udało się!
– Czy to wyglądało tak samo… jak z Panem Dzwoneczkiem? – zapytał Dean. Zerknął przez chwilę do pustej celi, którą zajmował Delacroix ze swoją myszą, a potem w stronę izolatki, która stanowiła najwyraźniej jej port macierzysty. – Czy to był… – podjął ściszonym tonem, jakiego używa się, wchodząc do dużego kościoła, gdzie nawet cisza wydaje się głośna. – Czy to był… – Przełknął ślinę. – No powiedz, wiesz, o co mi chodzi. Czy to był cud?
Wszyscy trzej popatrzyliśmy na siebie, potwierdzając wzrokiem to, z czego zdawaliśmy sobie sprawę już wcześniej.
– Facet uzdrowił ją, kiedy stała jedną nogą w grobie – powiedział Harry. – Tak, to był prawdziwy cud.
Brutal otworzył podwójny zamek celi i pchnął Johna lekko do środka.
– Wchodź, duży. Odpocznij trochę. Zasłużyłeś na to. Zajmiemy się tylko Percym…
– To zły człowiek – odezwał się niskim, mechanicznym głosem John.
– Zgadza się, masz rację, zły jak jasna cholera – potwierdził Brutal swoim najbardziej kojącym tonem – ale nie musisz się tym wcale przejmować, nie pozwolimy mu się do ciebie zbliżyć. Połóż się tylko na pryczy, a ja zaraz przyniosę ci filiżankę kawy. Gorącej i mocnej. Poczujesz się jak nowo narodzony.
John usiadł ciężko na swojej pryczy. Myślałem, że wyciągnie się na niej i odwróci do ściany, jak to miał w zwyczaju, ale on siedział bez ruchu, z rękoma splecionymi między kolanami i pochyloną głową, oddychając ciężko przez usta. Medalik ze świętym Krzysztofem, który dała mu Melinda, wysunął się spod koszuli i kołysał w powietrzu. “Będzie pana chronił”, powiedziała, ale nie wydawało się, żeby ktoś go teraz chronił. Wyglądał tak, jakby stanął zamiast Melindy w tym grobie, o którym wspominał Harry.
W tym momencie nie mogłem jednak się nim dłużej zajmować.
– Przynieś pistolet i hikorową pałkę Percy’ego, Dean – powiedziałem.
– Dobrze.
Dean wrócił do biurka, otworzył szufladę, w której leżały pistolet i pałka, i przyniósł je.
– Gotowi? – zapytałem. Moi podwładni (zacni ludzie, z których nigdy nie byłem tak bardzo dumny jak tamtej nocy) pokiwali głowami. Harry i Dean byli podenerwowani; Brutal jak zawsze spokojny. – W porządku – podjąłem. – Ja będę mówił. Im rzadziej będziecie otwierali usta, tym szybciej się to wszystko skończy… na nasze szczęście lub nieszczęście. Idziemy?
Ponownie pokiwali głowami, a ja wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę izolatki.
Percy podniósł wzrok i zamrugał oczyma, kiedy padło na niego światło. Siedział na podłodze i lizał taśmę, którą nałożyłem mu na usta. Ten odcinek taśmy, który owinąłem wokół jego karku, zdążył się odkleić (prawdopodobnie pod wpływem potu i brylantyny, którą wcierał we włosy) i Percy bliski był odklejenia reszty. Jeszcze godzina i darłby się na cały blok, wzywając pomocy.
Kiedy weszliśmy, zaczął się odsuwać do tyłu, wkrótce jednak znieruchomiał, uświadamiając sobie niewątpliwie, że i tak nie ma dokąd uciec.
Wziąłem od Deana pistolet i hikorową pałkę i wyciągnąłem je w stronę Percy’ego.
– Chcesz je dostać z powrotem? – zapytałem.
Zmierzył mnie nieufnym spojrzeniem, a potem pokiwał głową.
– Brutal i Harry – poleciłem – podnieście go na nogi.
Brutal i Harry pochylili się, złapali go pod pachy i pomogli wstać. Podszedłem do niego tak blisko, że stykaliśmy się niemal nosami. Czułem kwaśny odór potu, w którym tonął. W pewnym stopniu spocił się, próbując wyzwolić się z kaftana bezpieczeństwa i kopiąc co jakiś czas w drzwi (co słyszał Dean), ale moim zdaniem głównie z powodu starego prostego strachu: strachu przed tym, co możemy mu zrobić, gdy wrócimy.
Nic mi nie będzie, ci ludzie nie są przecież zabójcami, przekonywał sam siebie, ale później pomyślał być może o Starej Iskrówie i zdał sobie sprawę, że w pewnym sensie owszem, jesteśmy zabójcami. Ja jeden uśmierciłem siedemdziesiąt siedem osób, więcej niż jakikolwiek ze skazańców, którym zapinałem pas na piersi, więcej niż zabił podobno słynny sierżant York podczas pierwszej wojny światowej. Zabijając Percy’ego, postąpilibyśmy nielogicznie, ale przecież już wcześniej zachowywaliśmy się nielogicznie, powtarzał sobie, siedząc na podłodze i starając się zsunąć językiem taśmę z ust. Logika nie ma większego znaczenia dla kogoś, kto siedzi w pokoju z miękkimi ścianami, zakutany elegancko i szczelnie jak mucha w pajęczej sieci.