Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 96
Перейти на страницу:

– To święty Krzysztof – wyjaśniła. – Chcę, żeby pan go wziął i nosił, panie Coffey. Będzie pan z nim bezpieczny. Proszę go nosić. Dla mnie.

John spojrzał na mnie zakłopotany, a ja spojrzałem na Hala, który najpierw rozłożył ręce, a potem pokiwał głową.

– Weź to, John – powiedziałem. – To prezent.

John zawiesił łańcuszek na swojej potężnej szyi i medalik ze świętym Krzysztofem przylgnął do jego koszuli. Przestał teraz zupełnie kaszleć, ale twarz jeszcze bardziej mu poszarzała i wydawał się bardzo chory.

– Dziękuję pani – szepnął.

– Nie – odparła. – To ja tobie dziękuję. Dziękuję ci, Johnie Coffeyu.

9

W drodze powrotnej jechałem w szoferce razem z Harrym i bardzo to sobie chwaliłem. Ogrzewanie nie działało, ale siedzieliśmy przynajmniej w zamkniętej kabinie. Przejechaliśmy może dziesięć mil, kiedy Harry zauważył małą zatoczkę i zjechał na bok.

– Co się stało? – zapytałem. – Poszły panewki? – Z odgłosów, jakie słyszałem, mogły to być równie dobrze panewki jak cokolwiek innego; każda część silnika i skrzyni biegów farmalla rzęziła, jakby miała zaraz odmówić posłuszeństwa albo po prostu rozlecieć się na kawałki.

– Nie – odparł przepraszającym tonem Harry. – Muszę się po prostu odlać. Przelewa mi się uszami.

Okazało się, że wszyscy oprócz Johna mieliśmy pełne pęcherze. Kiedy Brutal zapytał go, czy chce wysiąść i pomóc nam podlać krzaki, potrząsnął głową, nie podnosząc nawet wzroku. Oparty plecami o tylną ścianę szoferki, miał na ramionach wojskowy koc, który wyglądał jak poncho. Nie widziałem dokładnie jego twarzy, ale słyszałem oddech – suchy i świszczący niczym wiejący przez słomę wiatr. Wcale mi się nie podobał.

Podszedłem do kępy wierzb, rozpiąłem rozporek i zacząłem lać. Od infekcji dróg moczowych nie upłynęło jeszcze dość czasu, by moje ciało przestało pamiętać, i wciąż dziękowałem Bogu, że mogę sikać, nie gryząc przy tym warg z bólu. Stałem tam, opróżniając pęcherz i gapiąc się w księżyc, i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że Brutal stoi obok mnie i robi to samo.

– On nigdy nie siądzie na Starej Iskrówie – mruknął półgłosem.

Spojrzałem na niego zaskoczony i trochę przestraszony chłodnym i pewnym tonem, jakim to powiedział.

– Co masz na myśli?

– Myślę, że specjalnie połknął to świństwo zamiast wypluć je, tak jak to zrobił poprzednio. To może trwać nawet tydzień… jest wielki i cholernie silny… ale moim zdaniem krócej. Którejś nocy podczas obchodu jeden z nas zobaczy po prostu jego martwe ciało na pryczy.

Wydawało mi się, że już skończyłem, lecz nagle przeszedł mnie dreszcz i wypuściłem z siebie jeszcze kilka kropel moczu. Zapinając rozporek pomyślałem, że Brutal mówi całkiem do rzeczy. I miałem nadzieję, że jego przepowiednia się sprawdzi. Jeśli moje rozumowanie było słuszne, John Coffey w ogóle nie zasługiwał na to, żeby umrzeć, ale skoro czekała go śmierć, nie chciałem, żeby zadała ją moja ręka. Nie wiedziałem, czy zdołałbym to zrobić, gdyby do tego doszło.

– Chodźmy – odezwał się gdzieś w mroku Harry. – Robi się późno. Chcę to już mieć za sobą.

Wracając do ciężarówki, uświadomiłem sobie, że zostawiliśmy Johna zupełnie samego – głupota na miarę Percy’ego Wetmore’a. Przypuszczałem, że uciekł; że wypluł z siebie robaki, kiedy tylko zobaczył, iż nikt go nie pilnuje, i zaszył się gdzieś na moczarach niczym Huck i Jim. Znajdziemy tylko koc, który miał na ramionach.

Ale on nie uciekł. Wciąż siedział z tyłu ciężarówki, dotykając plecami szoferki i opierając łokcie na kolanach. Słysząc, że się zbliżamy, podniósł wzrok i próbował się uśmiechnąć. Uśmiech zawisł na chwilę na jego udręczonej twarzy, a potem zgasł.

– Jak się czujesz, Duży Johnie? – zapytał Brutal, wdrapując się z powrotem na ciężarówkę i podnosząc swój koc.

– Świetnie, szefie – odparł apatycznym tonem John. – Czuję się świetnie.

Brutal poklepał go po kolanie.

– Zaraz będziemy z powrotem. I wiesz, co zrobię, kiedy już wrócimy? Każę ci podać wielką filiżankę gorącej kawy. Ze śmietanką i cukrem.

Świetny pomysł, pomyślałem, otwierając drzwiczki kabiny i siadając do środka. Pod warunkiem że sami nie wylądujemy wcześniej w celi.

Ta myśl towarzyszyła mi jednak od momentu, gdy zamknęliśmy Percy’ego w izolatce, i właściwie nie przerażała tak bardzo, bym nie mógł zasnąć. Zapadłem w drzemkę i przyśniła mi się Kalwaria. Na zachodzie grzmiało i w powietrzu unosił się zapach jałowca. Brutal, Harry, Dean i ja staliśmy w hełmach i długich szatach, zupełnie jak na filmie Cecila B. DeMille’a. Byliśmy chyba centurionami. Na wzgórzu stały trzy krzyże: Percy Wetmore i Eduard Delacroix wisieli po obu stronach Johna Coffeya. Spojrzałem na własne ręce i zobaczyłem, że trzymam w nich zakrwawiony młot,

– Musimy zdjąć go z krzyża, Paul! – zawołał Brutal. – Musimy go zdjąć!

Nie mogliśmy jednak tego zrobić, bo ktoś zabrał drabinę. Chciałem powiedzieć to Brutalowi, ale obudził mnie wyjątkowo głęboki wybój. Zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie wcześniej tego dnia (jego początek zdawał się teraz niknąć w pomroce dziejów) Harry ukrył swój pojazd.

Wysiedliśmy i obeszliśmy obaj ciężarówkę. Brutal zeskoczył bez żadnych problemów, ale pod Johnem Coffeyem ugięły się nogi i o mało nie upadł. Wszyscy trzej musieliśmy go podtrzymać, a kiedy tylko odzyskał równowagę, złapał go kolejny atak kaszlu, najgorszy z dotychczasowych. Zgiął się wpół i tłumił kaszel, przyciskając kurczowo dłonie do ust.

Kiedy atak minął, przykryliśmy ponownie farmalla sosnowymi gałęziami i ruszyliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Z całej surrealistycznej wyprawy najgorzej wspominam ostatnie dwieście jardów, gdy skradaliśmy się z powrotem na południe poboczem szosy. Widziałem – albo wydawało mi się, że widzę – jak niebo rozjaśnia się na wschodzie, i byłem pewien, że za chwilę pojawi się i zobaczy nas jakiś farmer jadący zebrać z pola swoje dynie lub wykopać ostatnie słodkie kartofle. A jeśli nawet się to nie zdarzy, ktoś (w mojej wyobraźni ten ktoś miał głos Curtisa Andersena) zawoła: “Stój! Ani kroku dalej” w momencie, gdy wyciągnę aladyna, żeby otworzyć furtkę w ogrodzeniu. A potem z lasu wyjdzie, trzymając nas na muszce, dwudziestu strażników i nasza mała przygoda dobiegnie końca.

Kiedy rzeczywiście dotarliśmy do siatki, serce biło mi tak mocno, że przy każdym uderzeniu widziałem przed oczyma eksplodujące białe kropki. Miałem zimne, zdrętwiałe, jakby nie swoje ręce i bardzo długo nie mogłem wsadzić klucza w zamek.

– Chryste Panie, reflektory – jęknął Harry.

Podniosłem wzrok i zobaczyłem smugę światła na szosie. Klucze o mało nie wypadły mi z ręki; udało mi się je złapać w ostatniej chwili.

– Pozwól – powiedział Brutal. – Ja to zrobię.

– Nie, nie trzeba – odparłem. Klucz wszedł w końcu w dziurkę i obróciłem go w zamku. Chwilę później byliśmy w środku. Przykucnęliśmy za włazem i patrzyliśmy, jak więzienie mija ciężarówka z piekarni. Tuż obok słyszałem udręczony oddech Johna Coffeya. Przypominał warkot pracującego na sucho silnika. Kiedy wychodziliśmy, podniósł klapę bez większych trudności, ale teraz nawet nie prosiliśmy go o pomoc; nie wchodziło to w ogóle w rachubę. Zrobiłem to razem z Brutalem, a Harry sprowadził Johna po stopniach. Olbrzym potykał się, lecz udało mu się jakoś dotrzeć na dół. Brutal i ja weszliśmy do środka, opuściliśmy klapę i zamknęliśmy ją na klucz.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)