Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 101
Перейти на страницу:

Nie taję, Sir, że widok tej ziemi poruszył mnie i wstrząsnął mną. Zrozumiałem, że mamy przed sobą ziemię jeśli nie wrogą człowiekowi, to jednak nader niegościnną. Przyszłość miała potwierdzić pierwsze wrażenia. Tymczasem pułkownik Harrison nie przestawał wydawać okrzyków w stronę niesamowicie zabarwionego nieba oraz obmacywać oporną trawę. Poinformowałem go, że nie podzielam jego entuzjazmu dla tej planety i że oczekuję rozkazu rozpoczęcia wyprawy, zgodnie z regulaminem. Wtem zaszło coś nieprawdopodobnego: dał się słyszeć kobiecy głos. Śmiech kobiety!

Odwróciłem się gwałtownie. Nie zauważyłem jednak niczego, czego bym dotąd nie widział: obcy krajobraz, nasz statek, pułkownika Harrisona i swój własny cień. Czyżbym uległ złudzeniom? Może mój nadwerężony podczas ostatnich godzin umysł uległ halucynacjom? Zastanawiałem się gorączkowo. Wybrałem wersję sugerującą halucynacje.

Ale śmiech rozległ się ponownie. Taki sam, choć nieco dłuższy.

Sir, jestem racjonalistą z krwi i kości. Wierzę w mechanikę kwantową, w Boga nie bardzo. Ale ten śmiech (zabrzmiał jeszcze dwukrotnie), piekielny, kobiecy, kazał mi myśleć o duchach. Na skutek wyćwiczonej przez dziesiątki lat subordynacji spojrzałem — szukając oparcia — na pułkownika, mego dowódcę. Spojrzałem mu w oczy. To, czego się doczytałem, niewiele miało wspólnego z otuchą. Na twarzy pułkownika malował się rozkoszny uśmiech szczęśliwości.

Chrząknąwszy powiedziałem: Pułkowniku, chciałbym przystąpić do naprawy. On zaś szepnął: Słyszałeś? Pułkowniku, powiedziałem, zgodnie z regulaminem chciałbym otrzymać rozkaz przystąpienia do naprawy. Reszta mnie nie interesuje. Niesamowite, szepnął Harrison, niesamowity głos. Jak pan woli, odpowiedziałem. Milczenie. Prawdopodobnie czekał na głos, który nazwał niesamowitym. Ja zaś rozmyślałem intensywnie. Wreszcie rozpocząłem: Pułkowniku! To mój obowiązek, zwrócić pańską uwagę na szczególne okoliczności, w których się…

Głos dał się słyszeć ponownie. Tym razem nie był to śmiech. Głos przerwał mi: Biedni chłopcy! I dodał: Biedni, biedni chłopcy! Potem rozległ się jeszcze śmiech, ale tylko na krótko.

Dopiero teraz byłem w stanie przeprowadzić bardziej obiektywną obserwację. Odkryłem, że głos krążył w powietrzu wokół nas. A więc się unosił. Podobnie jak owad, osa czy moskit. Z tym że nie było widać ani osy, ani moskita, a zamiast owadziego brzęczenia rozlegał się ludzki głos. Zauważyłem, że pułkownik sięgał chciwie po głos rękoma. Wyglądał przy tym nader dziwacznie, ponieważ nie było widać tego, co dałoby się złapać. Nadal jednak obejmował powietrze. Podążał przy tym w kierunku, który — sądząc po odgłosach — wybrał głos, zanim zamilkł. W taki oto sposób pułkownik Harrison znalazł się wnet poza zasięgiem mego wzroku i słuchu. Uznałem wtedy, iż jestem w sytuacji, o jakiej mowa w rozdziale 28.1 pokładowego regulaminu. Wolno mi było podjąć decyzję co do naprawy statku.

Naprawa miała trwać trzynaście dni i była nader skomplikowana. Dla mnie, doświadczonego inżyniera kosmicznego, naprawa nie przedstawiała jednak zasadniczych trudności. Części zamienne, będące na statku, wystarczały w pełni. Jeśli potrzeba dowodu jakości naszych programów napraw, to najbardziej przekonywającym jest mój powrót. Za okoliczności, w jakich doszło do nieobecności pułkownika, program napraw nie ponosi odpowiedzialności.

Pułkownika nieczęsto widywałem w trakcie napraw. Ściślej mówiąc, widziałem go godzinę lub dwie dziennie. (Na tej planecie dzień trwał nieco krócej aniżeli na ziemi, bo niecałych osiemnaście ziemskich godzin.) Na twarzy pułkownika Harrisona uśmiech szczęśliwości malował się z dnia na dzień coraz wyraźniej. Głębokie musiały być rozkosze, których dostarczała mu ta niegościnna planeta. Wracał zresztą jedynie po to, by wziąć z naszych zapasów całodzienną rację żywności. Rozkosze, jakie by nie były, niewiele musiały mieć wspólnego z rozkoszami podniebienia i żołądka.

Od trzeciego dnia poczynając, pełno było głosów wokół niego. Z początku tylko ten kobiecy, już mi znany, którego gruchający odcień — niech mi będzie wolno tak powiedzieć — miał w sobie coś zmysłowego i kuszącego. Byłby zaś jeszcze bardziej kuszący, gdyby wydobywał się — jak wszelki ludzki głos — z żywych, widocznych gołym okiem ust. Ale tak nie było. Ten fakt przyniósł otrzeźwienie. Zajęty naprawą, miałem zresztą pełne ręce roboty. Mój dowódca natomiast pragnął mieć wokół siebie jak najwięcej głosów. Od piątego dnia poczynając, wirowały wokół niego dalsze ludzkie głosy. Głównie kobiece, choć nie tylko. Wirowały wokół niego niby bezkształtny pszczeli rój: natrętny, głośny, władczy.

Zadałem mu pytanie, co to za głosy. Uszczęśliwiony uśmiechnął się tajemniczo i nie rzekł ani słowa. Kontynuowałem naprawę, on zaś pobiegł za głosami i przepadł gdzieś we wrogiej okolicy. Siódmego dnia pułkownik zdecydował się na dłuższą rozmowę. Zauważył mimochodem, iż jest na tropie tajemnicy planety. Tą uwagą pragnął rozbudzić moją ciekawość, co mu się zresztą natychmiast udało. Wymykał się jednak moim podchwytliwym pytaniom, malując obcy czar gwiazdy, która nas gościła. Nazwał ją królestwem przygód i fantazji, wtrącił słowo „genialna” sugerując, iż jest to miejsce, w którym warto zatrzymać się na dłużej. Jeżeli chciał w ten sposób wybadać moją reakcję, to otrzymał wyczerpującą odpowiedź dzięki przerażeniu i wstrętowi, malującym się na mojej twarzy. Następnego dnia wokół pułkownika znów było pełno kobiecego śmiechu. Raz zmysłowego, raz subtelnie lubieżnego, raz wulgarnego. Jak długo się wsłuchiwałem (około dziewięćdziesięciu ziemskich minut), robota nie szła mi zbyt skoro. Dziewiątego dnia pułkownik Harrison wydawał mi się zabiedzony. Mogło to wynikać z malejącej chęci spożywania posiłków. Mogło też być refleksem żółtozielonego zachmurzenia, przesłaniającego pomarańczowe słońce. Światło, które padało, było dziwnie blade. Dziesiątego dnia naprawa uszkodzonego systemu automatycznego była zakończona. Mogłem rozpocząć kontrolę przy pomocy nieodzownych wzorców. Jedenastego dnia pułkownik Harrison zapytał mnie wprost, czy nie chciałbym pozostać wraz z nim na planecie. Nie mogłem udzielić odpowiedzi, ponieważ trzymałem akurat w ustach dwie śruby. Mruknąłem tylko, podniosłem przerażony ręce i potrząsnąłem z naciskiem głową. Powietrze pełne było śmiechów, kobiecych i męskich.

Dwunastego dnia kontynuowałem kontrolę. Pułkownik zjawił się po żywność. Sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zabiedzonego.

Trzynastego dnia statek był gotów do drogi. Nie udało mi się nawiązać łączności radiowej z Ziemią, ponieważ planeta, na której się znajdowaliśmy, powodowała niezwykle silne zakłócenia elektroniczne. Moje pomiary kontrolne wykazały jednak, że wszystkie urządzenia pracują doskonale. Gdy dostrzegłem pułkownika Harrisona, zameldowałem o zakończeniu naprawy w przepisowy sposób. Pułkownik szedł pochylony, z uśmiechem szczęśliwości na twarzy, zastygłym niby maska z blachy cynowej. Sądząc, iż nie dosłyszał moich słów, złożyłem powtórnie meldunek. Otworzył ściśnięte wargi i powiedział: Zostaję. Unikał przy tym mego wzroku. Nie wiem, czy liczył się z natychmiastową reakcją. Chwila milczenia. Na statku westchnął jakiś komputer. Ściśnięte usta poruszyły się znowu:

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)