Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 101
Перейти на страницу:

Myślałem, że oszalałem lub że mi się to tylko zdaje. Jak się na tę daleką, położoną na skraju naszej galaktyki planetę przedostali rozumni ludzie? Może to ślad po jakiejś innej wyprawie? Albo może ta planeta była już zamieszkana? Tylko że wówczas nie wysyłano by nas w lot eksploracyjny. Nie rozumiałem niczego, pomyślałem, by użyć detektora kosmicznego, i usłyszałem odpowiedź: Tutaj gdzieś w pobliżu muszą być magazyny materiałów pędnych. Tutaj są rampy.

Znalazłem je o kilka metrosekund stąd. Były też wielkie, zupełnie puste przestrzenie bez rakiet, ze starożytnym oprzyrządowaniem z historycznych czasów pierwszych wypraw galaktycznych, jeszcze sprzed ery Społeczeństwa. Biegłem do wieży sterowniczej. Drzwi rozpadły się przede mną. Znalazłem lokator. Był niewiarygodnie prymitywny, ale wskazywał kierunek. Kierunek, w którym przed wiekami odleciały stąd statki. Pokazywał drogę w stronę osiemnastego kręgu, do naszej stacji. Kierunek, z którego przylecieliśmy. Czy to prawda? Czy to możliwe? Czyżbym znalazł pierwszą planetę, której nazwę zapomniano podczas stuleci? Jest że to siedziba pierwszych ludzi, bajkowa Ziemia? I pewnie opuścili ją pierwotni mieszkańcy, ponieważ ich uczeni odgadli rozpad ich gwiazdy, Alfy–4, tego Słońca pierwszych poetów. I obronili się przed nadciągającą dzisiaj katastrofą już dawno, dzięki swemu rozumowi, swej pracy, cierpliwej walce przeciwko śmierci i zatracie.

W lokatorze zamigotało światełko. Skąd? Jak? Znikało w kierunku mojej ojczyzny. To przecież nie mogła być jedna z tych przedhistorycznych rakiet. Był to nasz statek. Ocalony. Dowódca tym razem mówił prawdę. Zi miała rację. Mieszkańcy tej planety mieli rację. Ludzie mieli rację.

Dnieje. Cienie ustępują, przedmioty przede mną stają się nagle kolorowe lub błękitno — niebieskie, nadchodzi śmierć. Za kilka godzin ta wschodząca gwiazda rozżarzy się białym ogniem, powiększy się wielokrotnie na niebie, wypełni niebiosa aż po horyzont jak płonąca rtęć, wysuszy powierzchnię tej planety, wypali wszystko dookoła i w końcu zleje się ze swym gorejącym satelitą w jedną olbrzymią masę. Spali wszystko wokół siebie. Ale nie ludzką prawdę. Nie poznałem jej w czas, zostałem sam. Jedyny na Ziemi, który zemrze.

Przetłumaczył Witold Nawrocki

Rolf Schneider

Przymusowe lądowanie

Sir, czuję wewnętrzną potrzebę, a zarazem uważam to za mój oczywisty obowiązek, by złożyć Panu — jako jednej z najbardziej odpowiedzialnych osób — raport o wydarzeniach, jakie miały miejsce w czasie ostatniego lotu kosmicznego, w którym i ja uczestniczyłem. Korzystam zatem również z zagwarantowanego mi prawa i proszę równocześnie, by mojej relacji nadano znaczenie, na jakie moim zdaniem zasługuje.

Na początek kilka słów o mnie. Pracuję w programie badań kosmicznych od przeszło siedemnastu lat. Służbę pełniłem na różnych odpowiedzialnych odcinkach. Z wykształcenia jestem inżynierem pokładowym. Doskonaliłem swoje umiejętności w kilku specjalnościach na różnych kursach. Mam za sobą przeszło trzydzieści tysięcy godzin lotu. W mojej podsekcji jestem zatem pracownikiem o najdłuższym stażu kosmicznym. Wszystkie opinie, dotyczące mojej osoby, z naciskiem podkreślają moją gorliwość, mój respekt przed zarządzaniami i przepisami.

Niech mi będzie wolno dodać, że techniczne zainteresowania wypełniają nie tylko moje zawodowe, ale w ogóle całe życie. W tym punkcie zgadzam się więc w pełni z socjalnymi dyrektywami administracji, o których będzie mowa w dalszej części relacji. Niech mi będzie również wolno pochwalić się, iż jak dotąd nigdy jeszcze nie przeglądałem rozrywkowego mikrofilmu, nie mówiąc już o lekturze książek o podobnym charakterze. Moje zresztą i tak skromne potrzeby zaspokaja aż nadto program wizualnej elektroniki.

Nie przeczę, że fantastyczne spekulacje i pesymistyczne kwękania wywołują we mnie niepokój i działają w sposób odpychający. Staram się jednak, by moja niechęć nie przerodziła się w agresywne reakcje wobec osób, które wygłaszają takie opinie. Starania te wieńczył jak dotąd sukces.

Stan mego ducha oraz ciała uznany został przez wszystkie właściwe urządzenia kontrolne za jak najbardziej zadowalający.

Lot, o którym będzie mowa, rozpoczął się 11 marca, równe siedem miesięcy temu. Pojazd nasz był statkiem kosmicznym typu Uranos 2–7 (rok budowy: 98). Do naszych zadań należało patrolowanie w obrębie Galaktyki. Załogę stanowili pułkownik Harrison jako kapitan, i ja.

Niech mi będzie wolno powiedzieć kilka słów o pułkowniku Harrisonie. Za kilka dni miał obchodzić swoje czterdzieste urodziny. Świętowaliśmy je zresztą w czasie pierwszego etapu naszego lotu. Był żonaty i miał dwoje dzieci. We wszystkich opiniach podkreślano zwłaszcza jego uprzejmość oraz łatwość w nawiązywaniu znajomości. Był to mój pierwszy lot pod dowództwem pułkownika Harrisona. Przygotowania potwierdziły wszystkie dane o jego charakterze. Przeprowadzony przed startem wspólny test sympatii wypadł pomyślnie.

Sir, proszę wyrazić zgodę, bym pominął pierwsze czterdzieści dni lotu. Przebiegały zwyczajnie, zarówno gdy chodzi o realizację technicznego programu, jak i stosunki międzyludzkie. O szczegółach informuje automatyczne nagranie na taśmie w czasie przepisowych kontroli. Czterdziestego pierwszego lub czterdziestego drugiego dnia lotu odniosłem wrażenie, jakoby w zachowaniu pułkownika nastąpiły drobne zmiany. Mieściły się w granicach dozwolonej tolerancji odchyleń od normy etologicznej. Stąd też nie poświęcałem im przesadnej uwagi ani nie przekazałem — tym samym — meldunku do operacyjnej centrali.

Dziś oczywiście wiem, że w ten sposób zapoczątkowany został późniejszy rozkład osobowości i sposobu bycia pułkownika Harrisona. Symptomom tym chciałbym więc poświęcić większą uwagę, i to zarówno ze względu na logikę narracji, jak i naukową analizę psychologiczną.

Początek, jak starałem się zaznaczyć, wyglądał dość niewinnie. Pułkownik Harrison zapytał mnie między innymi, co sądzę o solidności i wytrzymałości naszych statków kosmicznych. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, iż moje zaufanie do naszych programów i stosowanej w związku z tym aparatury jest bezgraniczne. Pułkownik Harrison zapytał mnie, jak zachowałbym się w przypadku poważnego defektu. Odpowiedziałem, znów oczywiście zgodnie z prawdą, że wolę nie myśleć o takim defekcie. Gdyby jednak nastąpiło uszkodzenie, wykorzystałbym pierwszorzędne środki naprawy, co do skuteczności których jestem głęboko przekonany. Potem pułkownik Harrison usiłował wywnioskować, jak zachowałbym się w przypadku awarii. Początkowo przypuszczałem, że pułkownik pragnie w ten sposób sprawdzić moją charakterologiczną spójność. Jest to sposób, którego regulamin pokładowy wprawdzie nie wyklucza, ale i nie wymaga. Dopiero po kilku dniach nieustępliwych jak i intensywnych rozmów zorientowałem się, że pułkownik Harrison nie mnie pragnął sprawdzić, lecz siebie samego.

To odkrycie wytrąciło mnie z równowagi. Pomyślawszy o skutkach, zorientowałem się natychmiast, że mogły być niepokojące. Regulamin pokładowy zobowiązywał mnie rozeznać się, skąd bierze się wadliwe zachowanie pułkownika Harrisona. Kontynuowałem zatem rozmowę, nie zmieniając przy tym mego zachowania. Udając zainteresowanie wydobyłem z pułkownika dalsze zdradzieckie wypowiedzi.

Wyznał bez ogródek, że tęskni wprost za czymś niezwykłym. Pragnął, by wydarzyło się coś takiego. Uzasadnił to w ten sposób, że całkowite unormowanie naszego życia w ogóle, jak i życia pilota kosmicznego w szczególności, nie zadowala go. Opowiedział mi, jak doszło w młodości do podjęcia decyzji o aktywnej służbie w Kosmicznej Centrali. Głównym motywem była chęć doznawania przygód. Rzeczywistość tymczasem dała mu wszystko, tylko nie przygody. Zasadnicza treść jego działalności, powiedział Harrison, to tępa realizacja programów, nierzadko z nudów się wywodząca.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)