Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 101
Перейти на страницу:

Ale i w innych zawodach, kontynuował pułkownik, nie znalazłby tego, czego daremnie szukał w swej kosmicznej pracy. Nasze życie, dodał, przynajmniej to nam dostępne, wyprane jest z wszelkiej fantazji i twórczej czynności. Harrison uniósł się i w gorączkowy wprost sposób uogólnił oskarżenie naszej obyczajowości. Wykpił — jak to określił — spłycenie wszelkiej aktywności artystycznej do banału. Wyśmiewał całkowity brak wątpliwości, sceptycyzmu i ironii. Za symptomatyczne uznał zlikwidowanie przed około trzydziestu lat drukowanego słowa. Opowiadał mi, jak dzieckiem będąc, brał do ręki ostatnie egzemplarze tego coraz bardziej rzadkiego artykułu. Wspominał o uczuciu szczęśliwości, które wywoływały w jego chłopięcej wyobraźni przygody Robinsona i Piętaszka. Dziś jak przez mgłę przypominam sobie te historie z telewizyjnego serialu z wkładkami umiarkowanego rocka.

Ale wtedy nie takie wspomnienia były mi w głowie. Skupiłem się całkowicie na zachowaniu pułkownika Harrisona. Wahałem się przy tym pomiędzy ciekawością, by zdobyć rozeznanie co do faktycznego stanu pułkownika, a gorącą potrzebą reprezentowania w uargumentowany sposób jednoznacznego stosunku wobec otoczenia. W każdym bądź razie nie powstrzymałem się od stwierdzenia, że drukowanego słowa nie zlikwidowano przez złośliwość administracji. Ani teatrów, czy wreszcie sal koncertowych. Po prostu brakowało chętnych. Te formy wymarły, bo przestały być potrzebne. Nasze społeczeństwo ma w tej chwili bardziej efektywne formy informacji jak i odprężenia. Po co skubać kurczaka, jeśli można go mieć wygodniej, taniej i szybciej w formie już spreparowanej. Harrison podniecił się: ten kurczak jest również elementem w łańcuchu przczynowo — skutkowym komfort ogłupiania, w wyniku którego nasze społeczeństwo rozwija się znacznie poniżej swych możliwości duchowych. Właściwie pozostał nam tylko jeden sposób, by intelektualnie i faktycznie poddać w wątpliwość stan obecny: wielka odmowa obok aktywnej rewolty.

Wiedziałem, co się święci. Porzuciłem postawę sympatyzującego zrozumienia. Lodowatym tonem oznajmiłem komandorowi Harrisonowi, iż jestem zaniepokojony jego wynurzeniami jak i stanem, z którego się wywodzą. Zacytowałem odpowiednie fragmenty pokładowego regulaminu. Oświadczyłem mu wprost, że uważam jego postawę za paranoiczną. Powiedziałem, że jestem zmuszony nadać bezzwłocznie meldunek do stacji naziemnej. Chcąc być w zgodzie z zewnętrznymi formami, prosiłem go o zrozumienie mnie. Pułkownik Harrison milczał. Milczenie wziąłem za przyzwolenie. Brak zgody i tak by mnie zresztą nie powstrzymał.

Uruchomiłem automat nadawczy, by nawiązać łączność radiową ze stacją naziemną. Stacja milczała. Poprawiłem położenie taśmy i nadałem ponownie sygnał. I tym razem odpowiedziało milczenie. Czyżby stacja nie była przygotowana na przyjęcie pozaplanowego sygnału? A może akurat nie było nikogo na stacji? Zaniepokojony zadawałem sobie te pytania w głos. Pułkownik z tonem szyderstwa zwrócił mi uwagę, iż zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami programu badań kosmosu stacja naziemna powinna być nieprzerwanie nastawiona na odbiór i że moje pytanie jest tym samym zwątpieniem w perfekcję programu badań. Moim zwątpieniem! Przyznałem mu rację i przeprosiłem go. Powiedziałem wzburzony, że to on, pułkownik, zaraził mnie swoim zachowaniem. Stąd też moje zwątpienie kładę na karb jego odpowiedzialności. Pułkownik Harrison roześmiał się. Ponownie uruchomiłem nadajnik i powtórzyłem sygnał. Stacja milczała. Łączność radiowa była przerwana.

Pułkownik z wyraźnym już tonem szyderstwa w głosie przypomniał mi moje pełne zaufanie do perfekcji wszelkich aparatur programu badań kosmosu. Chcąc stwierdzić przyczynę awarii, rozpocząłem przegląd od przewidzianej kontroli według wzorów. Rychło odkryłem, iż uszkodzenia należy szukać w obrębie elementów naszego statku kosmicznego. Zgodnie z regulaminem pokładowym rozpocząłem ogólne sprawdzanie całego systemu napędowego przy pomocy generalnego wzorca. Stwierdziłem, iż prócz radiowego systemu nadawczego nieczynny jest cały automatyczny system sterowania i nawigacji.

Odkrycie to było druzgoczące, przynajmniej dla mnie. Ochrypłym głosem dałem wyraz memu przerażeniu. A pułkownik? Wydawał się witać z zadowoleniem całą tę sytuację. Na moje pytanie udzielił potwierdzającej odpowiedzi. Powiedziałem mu, iż napawa to mnie wstrętem. Pułkownik roześmiał się serdecznie. Powiedziałem mu, w najwyższym wzburzeniu, iż najprawdopodobniej nie tylko pragnął defektu, ale sam zawinił. Przynajmniej to werbalnie wyrażone podejrzenie przerwało niepohamowaną wesołość komandora. Z całą bezczelnością, na jaką go było stać (a stać go było na wiele), oznajmił mi, iż nie jest sabotażystą i nie ma w zwyczaju krzywdzić niewinnych ofiar, gdy przystępuje do urzeczywistnienia swoich marzeń. Mówiąc o niewinnych ofiarach, miał zapewne mnie na myśli.

Sir, zatrzymam się przy tym szczególe. Moje podejrzenie, iż defekt powstał na skutek sabotażu pułkownika, było spontaniczne i na razie nie poparte żadnym argumentem merytorycznym. Muszę przyznać, że koronnego dowodu na to i dziś jeszcze nie jestem w stanie dostarczyć. Jednak im dłużej przemyśliwałem nad tym (czasu zaś miałem przez następne tygodnie aż nadto), tym bardziej podejrzenie wydawało mi się być uzasadnione. Najbardziej obciążającym argumentem było samo zachowanie pułkownika. Jeśli spojrzeć na nie ściśle i logicznie, co jest przecież jak najbardziej uzasadnione, to w akcji sabotażowej należałoby widzieć pierwszy decydujący krok celowego działania. Jeśli skłaniać się — podobnie jak ja — do sądu, według którego pułkownik Harrison był paranoikiem, wątpliwości rosną. Po wariacie wszystkiego można się spodziewać. A więc i tego!

Dowodził mną zatem pomyleniec, w pojeździe, którym nie sposób było kierować i który pędził skroś lodowatą czerń Galaktyki. Sir, nie zaprzeczę: nagi strach ścisnął mi gardło. Tymczasem pułkownik Harrison ujął ręczny ster oraz włączył automatyczny wybiórnik celu. Cokolwiek by nie powiedzieć na temat jego paranoi, trudno zaprzeczyć, by jego postępowanie nie było sensowne i zgodne z regulaminem.

Automatyczny wybiórnik celu poinformował nas, że najbliższym obiektem w przestrzeni, do którego jesteśmy w stanie dotrzeć, jest planeta o współrzędnych alfa 1–7–85, beta 9001–7, gamma 33–699. Po wejściu w magnetyczne pole planety, wysunięte czujniki przekazały dane, bliskie danym o ziemskich warunkach.

Pułkownik Harrison postanowił lądować. Manewr wykonał tak, że przez chwilę ponownie nabrałem zaufania do niego.

Ale już rychło miałem znów powody, by je ponownie przekreślić. Po regulaminowym nałożeniu kombinezonów i profilaktycznym włączeniu śluzy wyjściowej, opuściliśmy statek. Pułkownik przeprowadził jeszcze kilka pomiarów, a potem zdjął maskę ochronną, wskazując tym samym, co mam uczynić. Atmosfera na planecie istotnie była podobna do ziemskiej. Można było oddychać. Powietrze smakowało nie najgorzej, choć zalatywało nieco siarką.

Pułkownik oddychał, mlaskał, przewracał oczyma i rozglądał się po niebie. Rozwarł ramiona. Obmacywał grunt i to wszystko, co rosło wokół niego. Najprawdopodobniej widział się w roli tak przez siebie cenionego Robinsona. Ale ja nie pragnąłem być Piętaszkiem.

Precyzja naukowca nakazuje scharakteryzować mi zwięźle zewnętrzny obraz naszego miejsca pobytu. Znajdowaliśmy się na równinie, niezwykle płaskiej. Horyzont, inaczej aniżeli na ziemi, wydawał się być bliższy. Pozwalało to sądzić, iż planeta jest mniejsza aniżeli ziemia. Nieboskłon miał odcień fioletu. Chmury, najwidoczniej przesiąknięte parami siarki, świeciły żółtym blaskiem. Słońce było większe od naszego, o bardziej intensywnym pomarańczowym blasku. Brązowoczerwony grunt, suchy i twardy, porastała stalowosiwa trawa niezwykłej twardości. Nie dała się ani wyrwać, ani urwać. Innej roślinności nie zauważyłem. Nie zauważyłem żadnych żyjątek. Na horyzoncie wznosiła się góra, prawdopodobnie wulkanicznego pochodzenia, o kształcie ściętego stożka. Otaczał ją dziwny wieniec promieni.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)