Ludzie i gwiazdy
- Автор: Булычев Кир, Черна Йожеф
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
Poczyniłem natychmiast ostatnie przygotowania do startu. Chciałem opuścić tę do gruntu zepsutą planetę jak najprędzej. Po krótkim namyśle zaprosiłem na statek owego dziwnego hermafrodytę. Zaproszenie zostało przyjęte bez zastanowienia. Taką decyzję podjąłem głównie dlatego, by dać przyrodoznawstwu sposobność zbadania krańcowego przypadku ludzkiej mimikry.
Powrotny lot był niezwykle wyczerpujący. Z ciała, które dobrze znałem, dochodził mnie nieprzerwanie zmysłowy głos kobiecy. Głos przedstawił mi się jako Jennifer, niegdyś docent estetyki stosowanej. Już od dawna, powiedziała, zbrzydło jej bezcielesne życie na tej planecie. Stąd nieustannie szukała sposobności, by ponownie się zmaterializować. No i wreszcie ją znalazła. Warunkiem jest bowiem nieuszkodzone ciało ludzkie. Rozumiałem doskonale argumenty Jennifer, choć przecież zarówno pułkownik Harrison, a pośrednio i ja, mieliśmy cierpieć z tego powodu.
Powrotny lot trwał tyle dni, co przylot. Nie skorzystałem z możliwości nadania drogą radiową meldunku o zadziwiających wydarzeniach, jakie miały miejsce po przymusowym lądowaniu, a to z dwu powodów: nie chciałem niepotrzebnie wzbudzać podejrzeń mego pasażera, poza tym informacja wydawała mi się nazbyt skomplikowana jak na radiowy meldunek. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że duch i jego formy ekspresji to produkt danego ciała, w tym wypadku ciała pułkownika Harrisona. Głos Jennifer zaczął się w czasie powrotnego lotu powoli zmieniać. Stał się głęboki, męski, a gdy wreszcie wylądowaliśmy na kosmicznym lądowisku, Jennifer mówiła głosem pułkownika Harrisona.
Zgłosiłem się natychmiast w sztabie akcji, złożyłem raport i zażądałem natychmiastowego zatrzymania Jennifer. Mój raport wywołał sensację. Izolowano mnie. Ze względu na rozmiar wydarzeń, o których miałem dać świadectwo, taki sposób postępowania uznałem za uzasadniony i potraktowałem tę decyzję, jak i pozostałe rozporządzenia władz z oczywistym respektem.
Tymczasem trzymają mnie tu w odosobnieniu już trzeci tydzień. Powoli ogarnia mnie zniecierpliwienie. Dzień w dzień rozpytują mnie rozmaite komisje o moje przeżycia, ja zaś udzielam ciągle tych samych odpowiedzi. Niech mi będzie wolno potraktować jako dowcip — jak to zresztą było chyba pomyślane — nie przeznaczoną dla moich uszu wypowiedź personelu dozorującego, według której moja nienawiść do ludzi wykształconych przerodziła się w urojenia. Natomiast inne sformułowanie, również nie przeznaczone dla moich uszu, według którego czytałem zbyt wiele kiepskich powieści, odrzucam jako podłą insynuację! Zastanawia mnie informacja, że Jennifer ciągle jeszcze przebywa na wolności. Widzę w niej — po tym, co się wydarzyło — zagrożenie naszego porządku, przeze mnie stale respektowanego. Wiem, że nasze odpowiedzialne gremia podejmują niekiedy uchwały powoli. Ale teraz minął chyba już dostatecznie długi okres czasu. Mój raport natomiast, złożony na Pańskie ręce, Sir, winien wreszcie doprowadzić do natychmiastowego podjęcia stosownych kroków.
Przetłumaczył Hubert Orłowski
Swetosław Sławczew
Głos, który cię wzywa
Planeta była maleńka i dzika. Jedna z tych planet na trasie Wega — Orion, o których nikt nigdy nie wspominał. Właściwie, nie było nawet o czym wspominać. Po prostu pozbawiona życia wysepka w Kosmosie, zwalisko potrzaskanych skał, zwalisko smutne i bez wyrazu jak w dniu stworzenia…
W poradnikach astronawigacji rubryka „Medea” zawierała nie więcej niż dziesięć danych: okres obrotu, odległość od podwójnego żółtego słońca oraz współrzędne jedynej kontrolnej stacji astronawigacyjnej, obsługiwanej przez przestarzałe automaty. To wszystko. Jeśli rozmowa schodziła czasem na Medeę, nawet doświadczeni dowódcy Bazy wzruszali ramionami.
Fern wiedział tyle samo co inni. No, może tylko nieco więcej… Raz, przelatując w pobliżu planety, był zmuszony poprosić stację astrofizyczną o skorygowanie jego współrzędnych. Bioautomaty stacji zebrały potrzebne dane nad wyraz rzetelnie, ale Fern i tak z nich nie skorzystał i zapomniał potem, że kiedyś o nie prosił.
„I trzeba się było w ogóle użerać o te durne współrzędne?” — pomyślał ze złością i spojrzał na pulpit przed sobą. Po ekranie snuły się miękkie linie światła i wszystko w kabinie wydawało się takie spokojne. Nie można tego było jednak powiedzieć o stanie ducha Ferna. „A w Bazio też jakby tylko tego jeszcze brakowało! Ostatecznie miałem już wcześniej kontakt z Medeą, znam sytuację, a mimo to…”
Fern przerwał rozmyślania i włączył dodatkowe iluminatory. Wiedział, że nie ma racji myśląc w ten sposób. Ktoś przecież musiał polecieć na Medeę — coś się tam wydarzyło z Helianem. Ale w żaden sposób nie mógł się wyzbyć rozdrażnienia. Tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, iż nie będzie to przyjemny lot.
Blendy iluminatorów rozsunęły się powoli i do kabiny na mgnienie chlusnął mrok Kosmosu. Automaty podregulowały oświetlenie. Fern spojrzał na przejrzysty ekran przed sobą. Po prawej stronie widać już było Medeę — dokładnie taką samą, jaką ujrzał po raz pierwszy: szaro—żółtą tarczę, rosnącą teraz w oczach. Na powierzchni nie można było jeszcze rozróżnić szczegółów, ale nawet stąd wyglądała niegościnnie.
„Wyląduję, zabiorę Heliana i natychmiast wracam!” — pomyślał, chociaż w głębi duszy czuł, że nie potrafi sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób tego dokona. Poza tym nie wiedział dokładnie, co się z kosmopilotem stało. W krótkim komunikacie z Bazy, który przekazał mu za pośrednictwem stereowizora SELENA, nie podano żadnych szczegółów. Po prostu klaustrofobia, kosmiczna psychoza. Ale to przecież może przydarzyć się każdemu. Lot, brak ruchu — tylko przyrządy odmierzają przebyte parseki — a tymczasem wraz z kadłubem i aparaturą statku zużywają się również jakieś nieznane, niezbadane mechanizmy, skryte gdzieś głęboko w podświadomości. I wreszcie pewnego pięknego dnia, któryś z tych mechanizmów zaczyna działać w zupełnie nieprzewidziany, nieokreślony sposób, lub po prostu odmawia posłuszeństwa. I wtedy pilot, z którym kiedyś zamieniło się kilka słów w drodze, z którym gwarzyło się podczas odpoczynku w Bazie, usychając z bezczynności — przestaje być pilotem i przechodzi nagle w szeregi tych, których trzeba było zdejmować z jakiejś planety w rodzaju Medei.
— Zrobi się — lakonicznie powiedział wtedy Fern. — Słuchajcie, SELENA, a ta historią z psychozą… Może to ci wasi… tam… ją wymyślili?
Chciał się wypowiedzieć bliżej o „tych… tam”, o których nie miał najlepszego mniemania, ale postanowił sprawę przemilczeć. Uwaga byłaby zupełnie nie na miejscu.
— Nie wiemy, Fern — powtórzyła SELENA. — Wszystko wskazuje na klaustrofobię. Przecież taki facet jak HEL, będąc przy zdrowych zmysłach, nie może nam nadawać, że ma do czynienia z majakami… Nie sądzisz?
— Jasne — Fern wzruszył ramionami — wysiadł jeden z tych jego mechanizmów.
Wszystko rozegrało się w kilka minut. Maleńka rakieta typu RES była gotowa do startu. Nie było to żadne cudo techniki, ale była stosunkowo szybka. Fern lubił rakiety tego typu: wytrzymałe, a zarazem wymagające — jeśli chodzi o sterowanie. Mogły oczywiście płatać figle, ale na dobrą sprawę nieźle pracowały i nie zmuszały do wzywania służby awaryjnej z byle powodu.
Gorsze było to, że do Medei pozostał jeszcze spory kawałek, a w tym czasie z Helianem mogło się zdarzyć wszystko. Sam jeden, na pustynnej stacji z bioautomatami… Nie, Fern po prostu bał się o tym myśleć… Ale coś jednak musiało się tam zdarzyć, bowiem na Medei odpowiadały teraz tylko automaty.