Ludzie i gwiazdy
- Автор: Булычев Кир, Черна Йожеф
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
Fern sprawdził współrzędne korytarza ładowniczego i włączył boczne silniki. Szarożółta tarcza zastraszająco rosła w oczach. Zawisła teraz nad rakietą, potem z wolna przesunęła się w bok. Monotonna, mętna powierzchnia rozpadła się nagle. Kładły się teraz na niej ponurymi cieniami chaotyczne, dziwaczne masywy górskie. Jasnożółte plamy rozjaśniały się coraz bardziej i przekształciły się W wąskie, piaszczyste plateau. W gruncie rzeczy tylko z daleka wydawały się jasnożółte. Tak naprawdę — miały z pewnością inny kolor; żółtego przydawało im ostre światło obu żółtych słońc, które — Fern wiedział o tym — pozostawały teraz gdzieś z tyłu rakiety.
Lądowisko okazało się maleńkie. Z pewnością budowano je jeszcze w owych przedpotopowych czasach, kiedy zakładana była również stacja. Potem przestano o niej nawet myśleć. Nikt więc nie zatroszczył się o to, by lądowisko poszerzyć. Pośrodku stała już jedna rakieta, i Fern sporo się musiał napocić z manewrowaniem podczas lądowania, by móc ustawić swoją rakietę obok.
To była rakieta Heliana, i fakt, że stała tu cała i nie uszkodzona, wydał mu się dobrym znakiem. Stacji nie było widać na powierzchni, gdyż wyrąbano ją głęboko w skale.
Fern wylazł z luku i rozejrzał się. Przez lata tułaczki w Kosmosie widział już niemało strasznych planet. Ale straszniejszej niż ta chyba jeszcze nie widział. Żółte i czarne… i znów — żółte i czarne… Jak grzbiet gigantycznego owada, osy albo czegoś w tym rodzaju… I tak od horyzontu do horyzontu. O ile jednak żółte wydawało się monotonne — był to po prostu jaskrawocytrynowy piasek — o tyle czerń miała tu dziesiątki odcieni. Była atramentowoczarna i krwawoczarna, nastroszona zastygłymi, jakby zielonkawymi falami i czerń nasycona — zdawało się chłonąca światło. A tuż obok rozsnuwał się jakiś wyzuty z życia szaroczarny lub też jakiś inny — błyszcząco — czarny odcień, połyskujący jak wilgotna skóra gada.
„Tu nie tylko można zwariować — pomyślał Fern — ale w ogóle diabli wiedzą, co może się stać z człowiekiem!” Ścisnął w ręku blaster, wziął hermetyczny pakiet ze środkami psychofarmakologicznymi i skierował się ku stacji.
Jak dotąd wszystko szło w zupełnym porządku.
Automaty otwarły śluzę wejściową i zamknęły ją za Fernem. Zaczekały chwilę, aż ciśnienie wzrosło do normalnego, potem rozsunęły skrzydła wewnętrzne i wpuściły Ferna do pomieszczenia stacji.
Rzeczywiście — na pierwszy rzut oka wszystko tam było w najlepszym porządku. W wielkiej sali, wzdłuż ścian, świeciły ekrany stereowizorów i wideofonów. Ruchy Ferna śledziły pryzmatyczne fotokomórki bioautomatów, wielkie i czerwone jak oczy owadów. Rytmicznie, głucho wyszczekiwała coś aparatura obliczeniowa i w ciszy słychać było tylko stłumiony, monotonny dźwięk, jakby senne mruczenie…
A mimo to coś się musiało stać, bowiem Heliana tu nie było — Fern poczuł to od pierwszej chwili. Stacja była pusta.
Mocno zacisnął w dłoni blaster i ruszył wzdłuż ściany.
Za wielką salą znajdowały się jeszcze dwa pomieszczenia. Jedno z nich, coś w rodzaju pokoju mieszkalnego czy też gabinetu roboczego dla ludzi, którzy mogli tu ewentualnie przybyć, zapewniało tylko minimalne wygody, jakie może zaproponować stacja tego rodzaju: łóżka z hipnofonami, podręczna elektroniczna biblioteka i stereowizor. Drugie pomieszczenie było chyba wykorzystywane jako składzik lub raczej muzeum geologiczne, w którym przechowywano zebrane próbki skał.
Fern opuścił blaster i zawrócił do dużej sali.
— Jestem Fern — powiedział głośno. — Astronawigator drugiej klasy. Wzywam Bioautomat Pierwszy!
— Słucham — powiedział ktoś za plecami. Fern błyskawicznie odwrócił się, instynktownie ścisnąwszy blaster. Nie było żadnego niebezpieczeństwa — jedynie dwoje wielkich, pryzmatycznych oczu patrzyło na niego ze ściany.
— Słucham — powtórzył głos. — Bioautomat Pierwszy klasy W–3. Dwa miliardy krysteloneuronów.
Fern spojrzał w fasetowane oczy, wielkie, pocięte rubinowymi płaszczyznami krystalicznymi. „Dwa miliardy neuronów, a więc to nie zwykły automat. Posiada umiejętność wnioskowania. Powinien wiedzieć wszystko, co się tu wydarzyło.”
— Mam pytanie — powiedział Fern.
— Słucham.
— Na stacji znajdował się astropilot Helian. Gdzie on jest teraz?
— Człowiek imieniem Helian opuścił stację o godzinie 27 czasu południkowego. Dotąd nie powrócił.
Fern przeliczył szybko w pamięci — czas na Medei mierzyło się względem południka stacji… To znaczy upłynęło już dziesięć ziemskich godzin od chwili, jak Helian stąd wyszedł.
— Człowiek nie powiedział, gdzie idzie?
— Nie.
Fern położył blaster na jednym ze stołów koło ściany i rozejrzał się. Gdzieś tu powinien być stereowizor o skoncentrowanej wiązce, dzięki temu dysponował największą mocą. Być może, dałoby się z jego pomocą obejrzeć dokładnie okolicę i nawiązać kontakt z „Helianem. Mimo wszystko dziesięć godzin to nie jest znów tak dużo, jakieś szansę na powodzenie jeszcze są…
— Człowiek imieniem Helian pozostawił zapis — odezwał się Pierwszy. — Czy mam go odtworzyć?
Fern zawahał się. Ważne było, żeby jak najszybciej przeszukać okolice — na ile tylko starczyłaby moc stereowizora. Ale i to, co proponował Pierwszy, miało swój sens.
— Jeszcze pytanie — powiedział Fern.
— Słucham.
— Dlaczego Helian opuścił stację?
— Człowiek imieniem Helian otrzymał wezwanie z zewnątrz.
Fern zdziwiony spojrzał w rubinowe pryzmaty oczu. Pierwszy nie mógł kłamać. Ale to, co mówił, nie wydawało się przekonywające. Na zewnątrz rozpościerała się pustynia: ocean cytrynowożółtych piasków i czarnych skał. I taka była cała planeta; spalona żarem podwójnego słońca lub rozdzierana szczelinami, rodzonymi przez niskie temperatury. Nie żyła na niej ani jedna istota zdolna wezwać człowieka.
Fern patrzył w oczy Pierwszego i usilnie rozmyślał, próbując rozważyć sytuację. Helian bredził — to jasne. A Pierwszy wziął jego brednie za dobrą monetę i zanotował je w swojej krystalicznej pamięci.
Dziesięć godzin. Jak daleko mógł przez ten czas zajść Helian? W ciągu tych dziesięciu godzin można sporo przejść, może się już znajdować poza zasięgiem stereowizora. Albo też leżeć gdzieś pod jadowicie żółtym całunem, zasypany rozpalonym piaskiem. Lub pogrzebany pod skalną lawiną. A jeśli wałęsa się gdzieś tu, w pobliżu, u wejścia do stacji, otumaniony majakami chorej wyobraźni?…
— Włącz zapis! — powiedział Fern.
To był bez wątpienia głos Heliana. Ale tak udręczony i pełen trwogi, jakiego nigdy jeszcze Fern nie słyszał. Właściwie nie mówił, to były raczej głośne myśli, splątane i pełne strachu.
„Jestem chory. To jasne — jestem chory. Tracę rozum i nie chcę w to uwierzyć. Szaleńcy nigdy nie mogą uwierzyć w swoje szaleństwo.”
Milczenie. A po przerwie:
„Muszę zebrać resztki zdrowego rozsądku i spróbować przeanalizować wszystkie wypadki. Być może, zdążę się jakoś w tym połapać.”
„Jeszcze wczoraj wszystko szło normalnie. Jak zwykle leciałem prawidłową trasą, pomyślnie siadłem… Potem sprawdziłem pracę automatów — po to mnie posłali. Tylko, jak myślę, zmęczyłem się trochę. Ale niewiele, zupełnie niewiele… Tak właśnie powinno być… Należał mi się odpoczynek. Więc położyłem się i usnąłem. Przespałem godzinę, może dwie. Potem obudziłem się — i to zaczęło się w chwili przebudzenia… Na tej nieostrej granicy, która oddziela jawę od snu. Jakby ktoś wszedł do pokoju. Niczego nie słyszałem, ale byłem przekonany, że ktoś znajdował się w pomieszczeniu. A ja leżałem nadal. I z pewnością to był mój błąd. Gdybym wtedy wstał, być może, koszmar ustałby… Tak, na pewno by ustał… Ale ja dalej leżałem. Początkowo to uczucie było nawet interesujące. Pomyślałem, że ktoś przyleciał, a ja nie słyszałem lądowania rakiety.”