Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
— Zasnęła. Śpi normalnym snem. Później z pewnością zechce z tobą pomówić, ale sądzę, że nie powinieneś jej teraz budzić. Nocą próbowała usiąść i zrobiło się jej niedobrze, a potem dopadły ją mdłości.
Dirk kiwnął głową.
— Rozumiem. A co z tobą? Przespałeś się trochę?
Dirk rozejrzał się po apartamencie. Mroczniacka muzyka przycichła nieco i choć jej jęki i zawodzenia nadal unosiły się w powietrzu Kryne Lamiya, jego uszom wydawała się słabsza i bardziej odległa. Być może przyzwyczaił się do niej w końcu, nauczył się nie dopuszczać jej do świadomości. Świetlne murale wyblakły i przygasły pod dotykiem słonecznego blasku, podobnie jak świeciki Larteynu, ściany były więc jednolicie szare. Nieliczne meble — kilka wyglądających na niezbyt wygodne krzeseł — wyrastały ze ścian i podłogi jako powyginane wyrośla, pasujące kolorem i tonem do reszty pomieszczenia tak dobrze, że były niemal niewidoczne.
— Spałem wystarczająco długo — zapewnił Vikary. — To nieważne. Zastanawiałem się nad naszą sytuacją. — Skinął na niego dłonią. — Chodź.
Przeszli przez drugi pokój, pustą jadalnię, i wyszli na jeden z licznych balkonów, z których rozciągał się widok na mroczniackie miasto. Za dnia Kryne Lamiya wyglądało inaczej, nie tak przygnębiająco. Nawet słabe światło dzienne Worlomu wystarczało, by roziskrzyć wartkie wody kanałów. Również blade wieże w blasku słońc sprawiały mniej cmentarne wrażenie.
Dirk był osłabiony i bardzo głodny, ale nie bolała go już głowa, a jego twarz muskał rześki wiatr. Odgarnął z oczu włosy — skłębione i beznadziejnie brudne — i czekał, aż Jaan zacznie mówić.
— Obserwowałem stąd niebo przez całą noc — poinformował go Vikary, który wsparł łokcie na zimnej poręczy, omiatając spojrzeniem horyzont. — Szukają nas, t’Larien. Dwukrotnie zauważyłem nad miastem autoloty. Za pierwszym razem to było tylko światełko, wysoko i daleko, mogłem więc się mylić, ale za drugim razem nie miałem już wątpliwości. Autolot Chella, ten z wilczą głową, leciał bardzo nisko nad kanałami. Zamontowali na nim jakiegoś rodzaju reflektor poszukiwawczy. Przeleciał bardzo blisko. Mieli też psa. Słyszałem, jak wył, oszalały od mroczniackiej muzyki.
— Nie znaleźli nas — zauważył Dirk.
— To prawda — przyznał Vikary. — Sądzę, że przez pewien czas będziemy tu bezpieczni. Chyba że… nie jestem pewien, w jaki sposób udało im się odszukać was w Wyzwaniu. Tego się obawiam. Jeśli dowiedzą się, że jesteśmy w Kryne Lamiya, i przeczeszą miasto z psami Braithów, będzie nam groziło poważne niebezpieczeństwo. Nie mamy antyzapachu. — Spojrzał na Dirka. — Skąd wiedzieli, dokąd uciekliście? Domyślasz się?
— Nie — zaprzeczył Dirk. — Nikt o tym nie wiedział. Z pewnością nikt nas nie śledził. Może po prostu zgadli. W końcu to był najlogiczniejszy wybór. Życie w Wyzwaniu było wygodniejsze niż w jakimkolwiek innym mieście. Łatwiejsze. No wiesz.
— Tak, wiem. Ale nie wierzę w twoją teorię. Pamiętaj, t’Larien, że my z Garse’em również się nad tym zastanawialiśmy, kiedy zawstydziłeś nas, uciekając z kwadratu śmierci. Doszliśmy do wniosku, że Wyzwanie jest najoczywistszym wyborem i w związku z tym najmniej logicznym. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że polecicie do Musquel i będziecie się żywili złapanymi rybami albo że Gwen będzie dla was szukała żywności w lasach, które tak dobrze znała. Garse zasugerował nawet, że mogliście po prostu ukryć autolot i schować się w jakiejś innej części Larteynu, gdzie będziecie śmiać się z nas w kułak, gdy my weźmiemy się do przeszukiwania całej planety.
Dirk poruszył się nerwowo.
— Tak. To chyba był głupi pomysł.
— Nie, t’Larien, tego nie powiedziałem. Jedynym głupim pomysłem byłaby ucieczka do Miasta w Bezgwiezdnym Jeziorze, gdzie aż się roiło od Braithów. Wyzwanie było subtelnym wyborem, bez względu na to, czy taki był właśnie wasz zamiar. Z pozoru tak błędnym, że aż w rzeczywistości trafnym. Rozumiesz? Nie wyobrażam sobie, by Braithowie mogli was odkryć drogą dedukcji.
— Możliwe — mruknął Dirk. Zastanawiał się przez chwilę. — Dowiedzieliśmy się o tym dopiero wtedy, gdy Bretan do nas przemówił. Pamiętam, że… no cóż, on nie sprawdzał teorii. Wiedział, że gdzieś tam jesteśmy.
— Ale nie masz pojęcia skąd?
— Nie mam.
— W takim razie będziemy musieli żyć w strachu, że Braithowie mogą nas tu znaleźć. Jeżeli nie zdołają powtórzyć tego cudu, będziemy bezpieczni. Uświadom sobie jednak, że nasza pozycja jest dosyć trudna. Mamy dach nad głową i niewyczerpane zapasy wody, ale właściwie nie mamy nic do jedzenia. Nasza ostateczna ucieczka… musimy jak najszybciej dotrzeć do kosmoportu i opuścić Worlorn. Doszedłem do wniosku, że nasza ostateczna ucieczka będzie bardzo trudna. Braithowie będą na nas czekali. Mamy mój pistolet laserowy i dwa myśliwskie lasery, które znalazłem w autolocie. A także sam wehikuł, uzbrojony i solidnie opancerzony. Zapewne należy do Rosepha high-Braitha Kelceka…
— Prawdopodobnie można jeszcze uruchomić jeden z wraków stojących na parkingu — wtrącił Dirk.
— W takim razie mamy dwa autoloty, na wypadek gdybyśmy ich potrzebowali — stwierdził Vikary. — A przeciwko nam są łowcy z Braithu. Żyje jeszcze co najmniej ośmiu z nich, zapewne dziewięciu. Nie jestem pewien, jak poważnie zraniłem Lorimaara Arkellora. Niewykluczone, że go zabiłem, ale raczej w to wątpię. Braithowie zapewne mogą wzbić się w powietrze ośmioma autolotami jednocześnie, jeśli tylko zechcą, choć bardziej zgodne z tradycją jest latanie parami, jako teyn i teyn. Każdy wehikuł jest opancerzony. Mają zapasy, moc, prowiant. Przewagę liczebną. Ponieważ jestem teraz bezwięzowcem i zdrajcą kodeksu, niewykluczone też, że przekonają Kiraka Redsteela Cavisa oraz dwóch myśliwych ze Związku Shanagate, by przyłączyli się do łowów na mnie. Na koniec, jest też Garse Janacek.
— Garse?
— Mam nadzieję, modlę się o to, że wytnie świeciki z bransolety i wróci na Dumny Kavalaan. Będzie pogardzanym samotnikiem, noszącym puste żelazo. To nie jest łatwy los, t’Larien. Okryłem hańbą jego i Ironjade. Przykro mi, że sprawiłem mu ból, ale mam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Bo, wiesz, istnieje też inna możliwość.
— Inna?
— Może przyłączyć się do łowów na nas. Nie opuści Worlornu przed przybyciem gwiazdolotu, a to jeszcze sporo czasu. Nie wiem, co uczyni.
— Z pewnością nie przyłączy się do Braithów. To jego wrogowie. Ty jesteś jego teynem, a Gwen jego cro-betheyn. Nie wątpię, że może pragnąć zabić mnie, ale…
— Garse jest lepszym Kavalarem ode mnie, t’Larien. Zawsze tak było, a tym bardziej teraz, bo po tym, co uczyniłem, w ogóle już nie jestem Kavalarem. Dawne zwyczaje również od teyna zdrajcy kodeksu wymagają, by zadał mu śmierć. Jednakże tylko najsilniejsi potrafią to uczynić. Dla większości więzy żelaza i ognia są zbyt potężne. Dlatego pozwala się, by w spokoju oddali się żałobie. Ale Garse Janacek jest bardzo silnym człowiekiem, pod wieloma względami silniejszym ode mnie. Nie wiem. Nie wiem.
— A jeśli to zrobi?
— Nie użyję broni przeciw Garse’owi — oznajmił ze spokojem Vikary. — Jest moim teynem, bez względu na to, czy nadal uważa mnie za teyna. I tak już wyrządziłem mu wystarczająco wielką krzywdę. Zawiodłem go, okryłem hańbą. Przez większą część dorosłego życia nosił z mojego powodu bolesną bliznę. Kiedyś, gdy byliśmy młodsi, pewien starszy mężczyzna poczuł się urażony jednym z jego żartów i wyzwał go. Walczyliśmy parami teynów w trybie jeden strzał. W swej dosyć ograniczonej mądrości przekonałem Garse’a, że wymogi honoru zostaną spełnione, jeśli wystrzelimy w powietrze. Tak też zrobiliśmy, czego później żałowałem. Tamci postanowili udzielić Garse’owi nauczki w kwestiach honoru. Mnie nic się nie stało, on natomiast został okaleczony przez moją głupotę. Mimo to nigdy nie czynił mi wyrzutów. Kiedy pierwszy raz rozmawiałem z nim po pojedynku, nim jeszcze wrócił do zdrowia, powiedział mi: „Miałeś rację, Jaantony, rzeczywiście celowali w powietrze. Szkoda tylko, że chybili”.