Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 138
Перейти на страницу:

Po następnej krótkiej wieczności poduszka odsunęła się od niej, uniósł się dymiący garnek. Odrzuciła pasy bezpieczeństwa i zerwała się z fotela, by stanąć pomiędzy miejscami pilotów. Nad Silkym ciągle wznosiła się szara tarcza, kręcił głową w bardzo ludzkim geście oszołomienia. Przed Moon morze waliło o właz z wściekłym oburzeniem; kropelki lodowatej wody przenikały w szczelinki wyryte upadkiem na wzmocnionej, przezroczystej ściance. Pod nogami ciążyła jej cała struktura statku kosmicznego, wokół huczał napór gniewnych odmętów.

Nad siedzeniem Elsevier wisiał pewnie kaptur; jak gdyby nigdy… Moon zerknęła nagle na twarz kobiety, bojąc się jej widoku, lecz nie mogąc patrzeć gdzie indziej.

Ciemną barwę górnej wargi Elsevier przecinała czerwona kreska, lecz ona sama uniosła głowę i położyła ją na oparciu fotela.

— To nic, moja droga… to tylko z nosa… muszę dokończyć wiadomość, Ngenet przybywa. — Zamknęła oczy, oddychając płytko, jakby ciężka łapa grawitacji nadal ją dławiła… już zdławiła. Siedziała nieruchomo, niezdolna nawet do podniesienia palca, jak kobieta posiadająca cały czas świata. Moon dotknęła jej ramienia z lękliwą czułością.

— Wylądowaliśmy, Elsevier. Ocaliłaś nas. Już po wszystkim.

— Tak. — Fioletowoniebieskie oczy wypełniły się zdumieniem; Elsevier patrzyła zaskoczona na coś poza ich zasięgiem. — Tak mi zimno. — Dreszcz przeszedł mięśnie jej twarzy.

I nagle jej oczy stały się puste.

— Elsie. Elsie? — Moon zacisnęła dłoń na jej ramieniu, potrząsnęła puściła, gdy nie doczekała się żadnej reakcji. — Silky… — Moon odwróciła się nieco, nie chcąc zrobić tego do końca — …ona nie… Elsie! — powiedziała błagalnie.

Silky stanął obok w ciasnej przestrzeni między fotelami. Wyciągnął zimne wężo-palce swej szarozielonej ręki i dotknął ciepłego ciała Elsevier, jej gardła… Nie wzdrygnęła się pod tym dotykiem, patrzyła dalej na coś poza oczami, aż nasunęły się na nie płaskie paski szarości, zamykając je na zawsze.

— Martwa.

Statek osiadł głębiej i zakołysał się, wytrącając ich z równowagi. Moon spojrzała na nie słuchające jej stopy. Woda otaczała nogawki jej skafandra, morska woda, wlewająca się do kabiny.

— Martwa? — Pokręciła głową. — Nie, to niemożliwe. Ona żyje. Elsie. Elsie, toniemy! Obudź się! — Potrząsnęła bez władny m, nie odpowiadającym ciałem. Macki objęły jej ramiona, odciągnęły bezceremonialnie.

— Martwa! — Nigdy jeszcze nie widziała u Silky'ego równie czystych i głębokich oczu. Dotknął kolejno różnych symboli świetlnych na tablicy, powtórzył to. — Luk skoczył. Toniemy. Wyjdź… — Wskazał jej śluzę; zachwiała się, gdy nowa, głęboka do kolan fala złapała ją w połowie drogi.

— Nie! Nie jest martwa. To niemożliwe! Nie możemy jej zostawić. — Moon złapała się za oparcie fotela.

— Chodź! — Silky wpadł na nią, oderwał ją, podciągnął się do luku. Potknęła się i upadła, zalała ją następna fala; wstała dysząc, w oczy paliła ją sól. Dobrnęła do wejścia do śluzy, złapała za futrynę, jeszcze raz obejrzała się za siebie; zobaczyła Silky'ego klęczącego w wirującej wodzie obok Elsevier, pochylił głowę i położył ją na chwilę na jej ramieniu w geście hołdu i pożegnania.

Zaraz wstał i doszedł z trudem do Moon.

— Wyjdź! — Macki znowu objęły jej ramię i wciągnęły do śluzy. Niezdolna do oporu, puściła skraj wejścia i ruszyła w ślad za nim. Zobaczyła stojący otworem, pijący morze jak bezradny topielec luk…

— Mój hełm! Utonę… — Zawróciła do wnętrza kabiny, lecz chwyciła ją w ramiona głęboka po pas fala, zbiła z nóg. Lodowata woda znów ją zalała; na wpół płynąc, Moon walczyła o powstanie, zaparło jej dech, gdy zimny strumień otoczył kołnierz jej skafandra. Statek nachylił się pod naporem morskich bałwanów, skierował do luku zalewającą go wodę, wylał wraz z nią i Moon. Uderzyła o brzeg luku, trzasnęła głową o metal, aż pojazd wypluł ją i Silky'ego na otwarty ocean.

Krzyk dziewczyny zgasł jak płomień, gdy morze zamknęło się nad jej głową. Ruszyła ku powierzchni, wyskoczyła na powietrze, gdzie zacinany wiatrem deszcz wbijał ją w ocean. Palce oślepiającego gorąca i chłodu szarpały ją pod niezgrabnym strojem.

— Silky! — zawołała jego imię, lecz porwał je wiatr, zabrzmiało samotnie i żałośnie jak krzyk merów.

Nagle pojawiła się obok niej pokryta pianą głowa Silky'ego, podparł ją, starającą się pozostać na powierzchni, ściąganą w dół wypełnionym wodą skafandrem ciśnieniowym. Sam zdjął swój i pływał swobodnie. Poczuła, jak szarpie za zapięcia na przedzie jej kombinezonu, starając się go ściągnąć.

— Nie! — Złapała jego śliskie macki, lecz umykały jej niby węgorze. — Nie, zamarznę! — Szarpanie ją pogrążyło, wypłynęła, rzucając się i plując. — Nie przeżyję w tym… bez tego! — Wiedziała, że nie ma szans ocalenia, bo wciągał ją w głąb skafander pełen płynnego balastu. Zrozumiała wreszcie całkowicie, tak jak jest to możliwe tylko raz w życiu, trującą ironię Wyboru Żeglarza — zamarznąć lub utonąć.

Silky puścił jej skafander, starając się tylko ją podtrzymać. Pierwszy wstrząsający ból zimna przeszedł w przenikającą do szpiku kości mękę, pozbywającą ją sił i rozsądku. Pomiędzy wznoszącymi się płynnymi górami widziała w dali zanurzający się statek kosmiczny — aż nie zostało nic, poza płynącymi razem morzem i niebem. Elsevier. Ofiara dla Morza… Moon poczuła, jak słona woda łez miesza się z morską i spadającą z chmur.

Po nieokreślenie długim czasie zrozumiała, że szkwał przeszedł. Niebo otarło łzy i przestało się gniewać, twarz morza nie wzdymała się już złością, wyczerpanie wysuszyło jego łzy, a między rozchodzącymi się chmurami mignęło Moon blade, skute lodem słońce. Silky nadal mocno ją podtrzymywał, pomagając się unosić; jej ciało rozrywały nieopanowane drgawki. Czasami zdawało się jej, że widzi brzeg, nieosiągalnie daleki, zawsze niepewna, czy to nie zwid mgły albo jej umysłu. Nie miała siły mówić, a jedyną odpowiedzią Silky'ego była milcząca otucha jego obecności. Wyraźniej niż kiedykolwiek czuła jego obcość i świadomość, że to bez znaczenia…

Powinna mu powiedzieć, by ją zostawił, oszczędzał swe siły, że nie ma nadziei, by Ngenet znalazł ich w porę. Koniec i tak będzie jednakowy. Nie mogła jednak ułożyć tych słów, w głębi serca wiedziała, że nie chce tego uczynić. Umrzeć samotnie… umrzeć… zasnąć tu na zawsze. Miała wrażenie, że czuje, jak w kościach tężeje jej szpik. Była taka zmęczona, tak boleśnie wyczerpana; zapadnie w sen, ulula ją nieubłagana kołysanka Matki Morza. Kilka tygodni na innej planecie było tylko snem. Jest Tiamatanką, Letniaczką, wiedzącą rozpaczliwie to, co każdy Letniak wie od urodzenia — że Pani jest jednocześnie stworzycielką i niszczycielką, że życie każdej kobiety czy mężczyzny nie więcej znaczy w Jej wielkim wzorze, aniżeli istnienie najdrobniejszego raczka wlokącego się po mulistym dnie…

Przed nimi coś przebiło powierzchnię wody, zalewając twarz Moon zimną pianą. Jęknęła, gdy ręce Silky'ego zacisnęły się na jej piersiach, zerknęła skutymi lodem oczami na patrzący się na nich pysk, pokryty lśniącą sierścią. Wyłoniły się dwa, trzy następne nieludzkie oblicza, za i obok pierwszego, spoczywały jak rybackie boje na uspokajającej się wodzie. Zrozumienie przychodziło powoli, wznosiło się z głębin jak banieczka powietrza, przebijało nieczułe otępienie — mery…

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)