Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Ale się starała. Gdy wróciła do domu, dwa tygodnie temu, przez pięć dni znajdowała czas na ponadplanowe trzygodzinne sesje z doktor Vincent. Doktor Vincent zażądała stojaka i bloków białego papieru, takiego, na jakim scenarzyści telewizyjni piszą szkice fabuły odcinków serialu. Naturalnie okazało się, że doktor Vincent sama kiedyś była scenarzystką filmową, ale uświadomiła sobie, że więcej zdziała, jeśli pomoże ludziom z Branży Lepiej Rozumieć Związki i Samych Siebie.
– E – napisała niebieskim flamastrem. Zakreśliła tę literę. – Co wam przywodzi na myśl litera E?
– Ego – oświadczyła Wendy i pomyślała, że jest całkiem niezła.
– Bardzo dobrze. Shane?
– Ekskalibur – wykrztusił Shane. Popatrzył na Wendy wyzywająco, jakby sprawdzając, czy śmie się z niego nabijać.
– Ekskalibur – zapisała doktor Vincent i postawiła wielki znak zapytania. – Porozmawiajmy o tym. Ekskalibur był mieczem. Czy myślisz o swoim penisie, Shane?
– Bez przerwy myśli o swoim penisie – wtrąciła Wendy. Nic nie mogła na to poradzić, wyrwało się jej. Shane spojrzał na nią spode łba. Wzruszyła ramionami. – No, chyba jak wszyscy faceci? Przez większość czasu?
– Nie Wendy. Nie myślimy ciągle o penisie – powiedział.
– A co wy na to? – zapytała doktor Vincent. Napisała Eskapizm, drukowanymi literami.
– Eskapizm? – zapytała Wendy.
– Praca to eskapizm. – oświadczyła doktor Vincent i zapisała wniosek na tablicy.
– Nie da się ukryć – potwierdził Shane z założonymi rękoma.
– Nieprawda! – zaprotestowała Wendy z osłupieniem. – Ludzie muszą pracować. – Momentalnie zrozumiała, jaką gafę popełniła. Co ona wygaduje? Shane nie pracuje. Co to wszystko ma znaczyć? Nie mogła się w tym połapać.
– Praca to eskapizm – powtórzyła doktor Vincent z naciskiem. – Eskapizm, czyli ucieczka. Od czego często chcą uciekać małżonkowie, których związek przechodzi trudne chwile?
– Od teściów? – palnęła Wendy.
– Od siebie – burknął Shane i popatrzył na nią jak na idiotkę.
– Ale to nieprawda – zaprotestowała Wendy. – Shane i ja mamy swoje zasady, staram się ich trzymać. Nie wolno mi wyjeżdżać na dłużej niż dwa tygodnie, i tego nie robię. Powinnam była zostać w Rumunii, powinnam być tam właśnie w tej chwili, ale wróciłam. Przyjechałam. Prawda, Shane? Nie było mnie tylko przez dziesięć dni.
– Mówiłaś, że nie będzie cię przez trzy. Najwyżej – przerwał jej.
Wendy spojrzała na doktor Vincent, w poszukiwaniu pomocy.
– Musiałam zwolnić reżysera i zatrudnić nowego, a potem…
Pokonana, skuliła się w fotelu. Jak miała wyjaśnić cały męczący proces szukania nowego reżysera i pracy z nim? A potem na znak protestu zwolnił się drugi producent i teraz musiała wrócić i przejąć jego obowiązki, aż nowy producent (który właśnie kończył inny film) zrobi swoje i pojawi się na planie za, jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, cztery dni.
– Nie jedź. Nie waż się, Wendy – powiedział następnego dnia Shane, kiedy przygotowywała się do wyjazdu.
– Muszę.
– Nie słyszałaś, co mówiła doktor Vincent? Uciekasz. Wykorzystujesz swoje filmy, swoje fantazje, żeby uciec od prawdziwego życia.
W tamtej chwili miała ochotę zamordować doktor Vincent. Doszła do wniosku, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego od mężczyzny mającego odrobinę psychologicznej wiedzy, gdyż zawsze użyje jej przeciwko tobie. Może dawniej, kiedy mężczyźni byli jak neandertalczycy, nie rozumieli, dlaczego robią to, co robią, ani dlaczego kobiety robią pewne rzeczy, kobietom żyło się łatwiej.
– Ludzie potrzebują fantazji, Shane – powiedziała na swoją obronę. – Gdybyśmy widzieli świat taki, jaki jest, nikomu nie chciałoby się rano wstawać z łóżka.
– Mów za siebie, Wendy. Ja widzę świat taki, jaki jest. I jakoś sobie z nim radzę.
Była to tak niesprawiedliwa brednia, że Wendy straciła cierpliwość.
– Tylko dlatego, że nie musisz sobie z niczym radzić, Shane. Dzięki mojej ciężkiej pracy możesz sobie żyć w swojej małej bańce, gdzie nie musisz robić nic, na co nie masz ochoty!
I już – wreszcie to powiedziała. Pomyślała, że zapewne była to najbardziej bolesna kłótnia w trakcie kilkunastu lat ich małżeństwa. Tylko dlatego, że tym razem Wendy nie wyszła ani nie kłamała, żeby ukoić jego urażoną dumę. Doktor Vincent miała rację. Praca była jej ucieczką – od Shane'a!
Jezu. Czy ona go w ogóle jeszcze kocha?
Niby jak? Nawet gdyby chciała, nie mogłaby, nie po tym, co usiłował zrobić jej i jej rodzinie. Było to takie niewiarygodne, tak nikczemne, że ledwie była w stanie o tym myśleć. A teraz, siedząc w taksówce i wyglądając na ponury betonowy krajobraz (taksówka właśnie wyjeżdżała z tunelu Lincolna do New Jersey), poczuła falę wstydu i złości.
Czuła, że coś jest nie tak już na lotnisku w Paryżu, w drodze do domu z Rumunii. Tradycyjnie zawsze wracała z prezentami i zakupy to była jedyna część podroży, która faktycznie sprawiała jej przyjemność. Kupowanie rzeczy dla dzieci oznaczało, że już wkrótce je zobaczy. Kupiła małą płócienną walizkę na kółkach, żeby wypełnić ją podarkami, i chodząc po sklepach wolnocłowych, raz za razem usiłowała dodzwonić się do Shane'a. Nie odbierał ani komórki, ani domowego, ani nawet telefonu w mieszkaniu rodziców. Dzwoniła też na komórki dzieci, bezskutecznie. W Paryżu była czwarta po południu, w Nowym Jorku dziesiąta rano. Zapewne istniało jakieś logiczne wytłumaczenie, może dokądś pojechali. Na zakupy. Czy to możliwe, żeby Shane nie wiedział, że Wendy wraca w sobotni wieczór? Była pewna, że mu mówiła, ale może zwyczajnie jej nie uwierzył. Pilnowała, żeby dzwonić do niego i dzieci przynajmniej raz dziennie. Jej rozmowy z Shane'em były napięte i wymuszone, i nic dziwnego: nawet jeśli się nie kłócili, transatlantyckie rozmowy były nieznośne i już dawno nauczyła się nie przypisywać im większego znaczenia, inaczej by oszalała. Kiedy jednak nie mogła dodzwonić się do Shane'a z paryskiego lotniska, wpadła w panikę i przez następne dwie godziny co dziesięć minut wystukiwała numer jego i dzieci, dopóki nie wsiadła do samolotu i stewardesa nie poprosiła jej o wyłączenie komórki. Przerażenie nie chciało ustąpić, strach towarzyszył Wendy przez cały lot. Może zdarzył się wypadek. Może pożar. Może Shane nie żył. Coś jednak podpowiadało jej, że jest jeszcze gorzej.
(Gorzej byłoby jedynie, gdyby coś przytrafiło się dzieciom. Błagam, Boże. Tylko nie to).
Zaczęła wybierać ich numer natychmiast, gdy o dwudziestej trzy koła samolotu dotknęły pasa na JFK.
Nikt nie odbierał. Żadnej z komórek.
Naprawdę działo się coś złego. Zaczęła gwałtownie dyszeć, wlokąc kufer i płócienną walizę na kółkach przez rękaw ciągnący się od drzwi samolotu do budynku lotniska i wzdłuż denerwująco długiego przejścia, które prowadziło do kontroli celnej. Myślała tylko o tym, że musi natychmiast jechać do domu.
– Coś do oclenia? – zapytał celnik, przeglądając jej paszport.
Uśmiechnęła się z nadzieją.
– Nie. – Błagam, pozwól mi się szybko stąd wydostać, modliła się.
Celnik spojrzał na nią i wpisał „1" na deklaracji celnej, po czym je zakreślił. Psiakrew, psiakrew, psiakrew! Omal nie wybuchnęła płaczem. To oznaczało, że ją przeszukają. Dlaczego to się zawsze przydarzało samotnie podróżującym kobietom? Całkiem jakby cały świat chciał je ukarać.
Przy wyjściu czekała na nią celniczka. Znowu zły znak. Oznaczało to, że z jakiegoś powodu uznali ją – właśnie ją! – za potencjalną kryminalistkę (w sumie słusznie, skoro porzuciła męża i dzieci, żeby robić błyskotliwą, a teraz zapewne całkowicie nieistotną karierę) i potrzebowali kobiety, gdyby sytuacja wymagała rewizji osobistej. Nikt nie wierzył, kiedy Wendy opowiadała ludziom o tej drobnej, rutynowej kontroli naturalnych otworów ciała, przeprowadzanej wśród niektórych pasażerów, ale zbyt wiele podróżowała, żeby nie wiedzieć, na czym to wszystko polega.