Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Naprawdę podejrzewali, że jest kryminalistką. Kurierką narkotykową. Świat wciąż nie wierzył, że kobieta, która dużo podróżuje samotnie, to czasem ktoś więcej niż zwykła mrówka.
Instynktownie rozglądała się na boki, szukając wyjścia (chociaż nie zrobiła nic złego, a przynajmniej nic nielegalnego), ale zanim zdążyła uciec, celniczka (agentka Cody, ochrzciła ją natychmiast Wendy) podeszła i wyciągnęła rękę.
– Mogę zobaczyć pani deklarację celną? – Było to polecenie, a nie prośba.
– Naturalnie. – Wendy nerwowo przekładała kufer z ręki do ręki.
Agentka Cody uważnie obejrzała deklarację.
– Tędy, proszę.
Wendy podeszła za nią do długiego stołu. Już się czuła na widoku, jakby maszerowała nago na oczach tłumu obcych ludzi.
– Charakter podróży? – spytała agentka Cody.
– Interesy – odparła Wendy pewnym tonem, choć miała wysuszone usta.
– A charakter pani interesów? – Agentka Cody położyła kufer na blacie i zaczęła go przeszukiwać.
– Jestem producentką filmową… A właściwie szefową wytwórni filmowej. Właśnie byłam na planie.
– Jaki to film?
– Nosi tytuł Pielgrzym w łachmanach…
– Pielgrzym w łachmanach ? Widziałam to?
– Nie, jesteśmy w trakcie zdjęć… Wejdzie na ekrany na Gwiazdkę – powiedziała ze skruchą Wendy.
Podszedł do nich inny urzędnik, mężczyzna po czterdziestce, metr siedemdziesiąt pięć. Miał usta jak dwa sznurki. Wendy pomyślała, że teraz ją otoczyli. Zaczęła się pocić.
– Słyszałeś kiedyś o filmie Pielgrzym w łachmanach? - zapytała agentka Cody.
– Nie – odparł Sznurkowe Usta.
– Twierdzi, że jest producentką filmową. – Agentka Cody wyjęła z kufra kosmetyczkę i podała ją Sznurkowym Us- tom. Sznurkowe Usta rozpiął kosmetyczkę i wyciągnął z niej szczoteczkę do zębów, tak zużytą, że włoski były rozpłaszczone na boki niczym bezwładne palce.
– Czy… czy mogę zadzwonić? – zapytała Wendy. – Muszę zadzwonić do dzieci.
– Nie – oświadczyła agentka Cody. – Co?
– Nie. Nie wolne dzwonić podczas odprawy.
– Mogę zobaczyć? – spytał Sznurkowe Usta.
Wendy oddała mu telefon. Sznurkowe Usta uniósł go i nim potrząsnął.
– To tylko telefon… Naprawdę. – Odważyła się okazać zniecierpliwienie. Jak długo zamierzali ją jeszcze dręczyć? Lada moment pewnie trail na rewizję osobistą…
– Mogę zobaczyć pani paszport? – Sznurkowe Usta przejrzał go strona po stronie. – Dużo pani podróżuje – powiedział surowo, jakby to była podejrzana czynność, od której należy trzymać się z daleka – Powinna pani wiedzieć, że celnicy mają prawo przeszuka; każdego pasażera, w dowolnym czasie i z dowolnego powodu.
Skruszona, zwiesiła głowę.
– Tak, proszę pana. Ma pan rację.
I dopiero wtedy, ostatecznie upokorzywszy Wendy, puścili ją.
Bogu dzięki. Była wolna! Pospieszyła przez wahadłowe drzwi do poczekalń… Kłębił się tam tłum ludzi, ale z przodu, tak jak mu kazano, stał szofer w uniformie i z tabliczką „Pani Healy". Ruszyła ku niemu, machając ręką… I wtedy drogę zagrodził jej innv mężczyzna w brudnym trenczu. Był łysy, miał tylko kilka tftustych czarnych kosmyków zaczesanych na czaszkę.
– Wendy Healy? – zapytał.
O Boże, pomyślała, to on. Posłaniec złych wieści. Miała rację od samego początku, coś strasznego stało się Shane'owi i dzieciom. Jej kolana zaczęły dygotać ze strachu.
Nie mogła wykrztusić ani słowa.
– Czy pani Wendy Healy? – powtórzył mężczyzna. Miał przytłumiony głos, taki, jakim mogłoby się posługiwać wypchane zwierzę, gdyby potrafiło mówić. W milczeniu pokiwała głową.
– Dziękuję – powiedział i wręczył jej kopertę.
Odwrócił się i zniknął w tłumie. Oszołomiona Wendy otworzyła kopertę.
„Stan Nowy Jork, Spadki i Rozwody, Healy kontra Healy", przeczytała szybko, opuszczając linijki tekstu. „Pozew o rozwód… Powód: porzucenie… Dzieci pozostaną pod opieką ojca, Shane'a Healy'ego, do wyroku sądu… "
Poczuła oszałamiającą ulgę. A więc dzieci żyły, przynajmniej nic nie świadczyło o tym, że jest inaczej. To była pestka, jeszcze jeden idiotyczny wygłup Shane'a.
Niech go szlag.
Kierowca nagle ruszył do niej i odciągnął ją na bok.
– Cios poniżej pasa – zauważył ze złością. – Wręczać żonie papiery rozwodowe w chwili, gdy wysiada z samolotu. Gdybym wiedział, co knuje ten gość, na pewno bym do tego nie dopuścił.
– Uhm – mruknęła niezobowiązująco. Przecież to nie mogło być na serio, prawda? – To nic – oświadczyła tonem, w którym pobrzmiewał zapewne niestosowny i upiorny chłód. – To nic – powtórzyła. – Jeszcze jedna rzecz, którą muszę załatwić. Mój mąż jest nienormalny.
Szofer ostrożnie zaprowadził ją do auta.
– Jeśli potrzebuje pani chusteczek, pudełko jest w szafce.
Z lekceważeniem pokręciła głową. Nie zamierzała płakać.
Zdumiewające, że w takich chwilach nigdy nie płakała. Zamiast tego jej głowę zasnuwała mętna, chorobliwie żółtawa mgiełka. No no no, pomyślała. To dlatego Shane nie odbierał telefonu. Bał się.
To wszystko było zdumiewające i żałosne.
Nocny strażnik popatrzył na nią dziwnie, kiedy weszła do budynku.
– Czy mój mąż jest w domu? – zapytała.
Strażnik odwrócił wzrok, a kiedy znów na nią spojrzał i wzruszył ramionami, miał nieco wrogą minę, jakby oczekiwał awantury i usiłował ostrzec Wendy, żeby jej nie rozpętywała.
– Nie wiem – odparł. – Chyba wyjechali na weekend.
Wyjechali? To niemożliwe. Jeszcze tego brakowało. Jej serce znowu zaczęło bić szybciej.
– Chyba czy na pewno? – zapytała, wciskając guzik windy.
– Nie widziałem ich dzisiaj. Wczoraj po południu wychodzili z walizkami. Ale nic nie wiem.
Winda otworzyła się na pogrążony w półmroku korytarz o ścianach pomalowanych strukturalną farbą. Po obu stronach znajdowały się drzwi, te z prawej należały do Healych. Idąc korytarzem, miała wrażenie, że opuściła swoje ciało, że gra według scenariusza napisanego przez inną osobę. Jej własne drzwi wyglądały na nieznane, i to również wydawało się nieuchronne, nie zaskakujące. Kiedy wyjęła klucz i usiłowała wetknąć go do zamka, dostrzegła, że nawet klamka jest inna niż zwykle: lśniąca, nowa i mosiężna. Oczyma duszy ujrzała całą tę straszną scenę: będzie usiłowała włożyć klucz do zamka, a klucz się nie obróci, potem, oszołomiona, pomyśli, że to nie te drzwi, i spróbuje otworzyć drugi z zamków, a dopiero potem ją oświeci, że Shane je zmienił. Mimo to włożyła klucz i stało się tak, jak przewidziała: wszedł do połowy, dalej już nie chciał, a ponieważ wykorzystała każdą możliwość, faktycznie poszła na drugi koniec korytarza, żeby włożyć klucz do innych drzwi. To też nic nie dało, więc w jeszcze jednej beznadziejnej próbie wepchnęła go w nowy zamek.
Utknął tam, jakby się z niej nabijał.
Przetoczyła się przez nią fala rozpaczy i beznadziei, a z niej zrodziła się irracjonalna, acz niekwestionowana pewność, że coś odeszło i nigdy, przenigdy się nie odnajdzie. A więc przyszedł ten dzień, pomyślała, dzień którego obawiała się przez całe życie. Poniosła całkowitą, druzgocącą klęskę. Nie dało się temu zaprzeczyć. Wszystko zrobiła źle. Wszystkich zawiodła, a już najbardziej swoje dzieci.