Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
To poczucie winy było wręcz nie do zniesienia. Odeszła od drzwi, po czym zgięła się z bólu i oparła rękę o szorstki beton, żeby nie stracić równowagi. Co ma teraz zrobić? Chyba zadzwonić po ślusarza albo adwokata, a może policję? Nagle dopadł ją potworny bezwład na myśl o takim wysiłku. A może dać sobie z tym spokój i położyć się na korytarzu? W końcu Shane wróci i ją znajdzie.
Jest całkiem jak w moim śnie, pomyślała i przykucnęła. W tym śnie, kiedy leżała bezradna i umierała na korytarzu, niezdolna do żadnego ruchu. Przycisnęła ręce do oczu i otworzyła usta w niemym krzyku.
Odetchnęła głęboko i potarła twarz rękoma. Musi oddychać i musi myśleć. Najważniejsze to zadzwonić po ślusarza, tak by napisano w scenariuszu, a następnie dostać się do mieszkania i poszukać tropu, dokąd Shane zabrał dzieci. Wstała i wzięła do ręki torebkę. Teraz sztuczka polegała na tym, żeby czekać. Najpierw poczeka na ślusarza, a potem odnajdzie swoje dzieci.
Wyjęła telefon i spojrzała na ekran. Był pusty. Bateria się wyczerpała.
A więc to miała być tego rodzaju scena. Rozgorączkowana matka traci dzieci, a los rzuca jej kłody pod nogi.
No już, myśl, popędzała samą siebie. Zebrała swój żałosny dobytek i wróciła do recepcji.
– Ma pan klucz? – zapytała strażnika.
– Nie ma żadnych kluczy – burknął.
– Mój mąż zmienił zamek. Pod moją nieobecność. Musi pan mieć klucz.
– Nie trzymamy kluczy. Nie wolno nam.
– A kto trzyma?
– Nie wiem.
– Czy pański przełożony ma klucz?
– Nie wiem.
– Ma pan jego numer telefonu?
– Nie.
Pat. Miała ochotę zamordować tego faceta, który tylko wykonywał swoją pracę. Gdyby była mężczyzną, pewnie usiłowałaby go pobić.
– Jak się pan nazywa? – zapytała, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu długopisu.
– Lester James.
– Dziękuję, Lester. Jutro wylecisz z roboty.
– Tylko bez gróźb, paniusiu.
– To nie groźba.
Ta wymiana zdań sprawiła, że jej serce zaczęło tłuc się w piersi i Wendy wypadła z recepcji na ulicę. Furia, teraz uwolniona, nie chciała jej opuścić. Jak Shane śmiał porwać dzieci? Wyszła na jezdnię, żeby zatrzymać taksówkę. Niemal przejechał ją samochód, skręcił w ostatniej chwili, a kierowca nacisnął klakson w pełnej frustracji złości. Wendy pokazała mu środkowy palec, a jej gniew przeszedł w gwałtowną wściekłość.
Minęło ją kilka zajętych taksówek, i po paru minutach uświadomiła sobie, że będzie musiała poszukać postoju. Ruszyła ku Siódmej Alei, z kufrem, który zdawał się ważyć ze dwadzieścia kilo, i z zabrudzoną walizką na kółkach. Po kilku metrach zatrzymała się, żeby przełożyć bagaż z ręki do ręki. Ledwie mogła złapać oddech. Dlaczego nie ma żadnych taksówek? Na widok tłumów młodzieży na ulicy nagle uświadomiła sobie, że jest sobotni wieczór.
Sobotni wieczór w Chelsea, dziesiąta. Nie mogło być gorzej. Wszędzie w okolicy znajdowały się tanie restauracje i szykowne kluby; stanowiła mekkę weekendowych imprezowiczów. Nigdzie nie było taksówek, ale przy Dwudziestej Trzeciej Ulicy znajdowała się stacja metra. Przystając co chwila z ciężkim bagażem, Wendy wlokła się z trudem przez trzy ulice do wejścia do metra.
Kiedy dotarła do wyszczerbionej, pomalowanej na niebiesko poręczy, przystanęła. Zastanawiała się, dokąd pojechać. Przyszło jej do głowy, że sprawdzi mieszkanie rodziców Shane'a na Central Park West. Możliwe, że zostawił tam dzieci na weekend, a sam wyjechał. Z drugiej strony wcale nie musiały tam być, a w takim razie straciłaby pół godziny. Mogła pojechać do Victory albo Nico, ale być może i one wyszły z domu. Najlepiej byłoby zatrzymać się w jakimś hotelu… Nagle przypomniała sobie, że Parador Pictures ma firmowy apartament w Mercerze. Nigdy z niego nie korzystała, gdyż był pamiątką z czasów, gdy Paradorowi szefował Comstock Dibble i urządzał tam legendarne afterki oraz przyprowadzał kochanki. Była jednak pewna, że apartament wciąż należy do firmy. Za każdym razem, gdy o nim mówiono, ktoś zauważał, że z powodu tak niskich kosztów opłaca się go trzymać.
Na sytuacje awaryjne, pomyślała ponuro, pokonując schody. Walizka podskakiwała za nią. Minęła ją grupka dziewczyn i o mało jej nie przewróciły. Miały na sobie mini i tandetne szpilki i świergotały z podnieceniem, pełne młodzieńczej brawury. Czy wiedzą, co je czeka, zastanawiała się Wendy, patrząc na nie z irytacją i podziwem dla ich dziecięcego podniecenia. Jeśli nawet czuły na sobie jej spojrzenie, nic po sobie nie pokazały, bo i dlaczego? Dla nich była kompletnie nieważna, niewidzialna, a nawet gdyby wiedziały, że jest szefową Parador Pictures, czy w ogóle zrobiłoby to na nich wrażenie albo je obeszło? Bardzo w to wątpiła. W ich oczach była zwykłą, zrozpaczoną kobietą w średnim wieku, jedną z tych, na które patrzą młode dziewczyny, a potem odwracają się do swoich przyjaciółek i szepczą:
– Zastrzel mnie, jeśli kiedykolwiek będę taka jak ona, co?
Ale będą takie jak ona. Młodzi nie chcieli tego rozumieć. Wszyscy się starzeją i czeka ich gówno warta przyszłość. Zasrana. Której nie da się kontrolować.
Wsiadła do metra i pojechała do centrum, kompletnie anonimowa, wdzięczna losowi, że nikt na nią nie patrzy. Westchnęła i wysiadła na stacji Spring Street, po czym powlokła się na starą ulicę wybrukowaną kocimi łbami. Ze wszystkich sąsiednich dzielnic Manhattanu to przede wszystkim Soho miało pełną emocji atmosferę planu filmowego. Zapełniali je przechodnie, którzy wyglądali jak statyści z głównego castingu, tak doskonale pasowali do otoczenia. Można było odnieść wrażenie, że wszystko jest nie do końca rzeczywiste albo zbyt banalne, żeby być prawdziwe, i nagle z czarnego jak lakierowana skóra nieba zaczął padać kapuśniaczek.
W końcu dodzwoniła się do Shane'a piętnaście po jedenastej.
Odebrał telefon z szorstkim i podejrzliwym: „Halo?". Jak zbiegły kryminalista, pomyślała. Ulżyło jej na dźwięk jego głosu, poczuła też gniew i strach. Strach, że Shane nie powie jej, gdzie są dzieci, albo przerwie połączenie. Zapewne odebrał tylko dlatego, że zadzwoniła z hotelowego telefonu, a Shane nie rozpoznał numeru. Niesłuszność wszystkiego, co zrobił – zabrał dzieci, kazał dostarczyć jej papiery rozwodowe, wyrzucił ją z jej własnego mieszkania – nagle stała się tak przytłaczająca, że Wendy nie miała pojęcia, od czego zacząć. Bardzo sprawnie zmienił układ sił. Teraz on miał całą władzę, ona żadnej.
– Shane… – zaczęła stanowczo, ale niezbyt agresywnie.
Zawahał się, może z poczucia winy, ze strachu albo z zaskoczenia. Podejrzewała, że próbował rozgryźć jej ton i sprawdzić, czy może bezpiecznie rozmawiać.
– No cześć – odparł, jakby zbierał siły.
– Gdzie dzieci? – Mimowolnie podeszła do okna, ze zwieszoną głową, całkowicie skoncentrowana na tej cienkiej linie ratunkowej, którą trzymała przy uchu.
– Nic im nie jest. Są ze mną – burknął wrogo.
– A ty gdzie jesteś? – zapytała niemal beztrosko. Nagle przyszło jej do głowy, że najlepiej będzie rozegrać tę sytuację, postępując wbrew podszeptom intuicji, zachowując się jak gdyby nigdy nic.
– Jesteśmy w Palm Beach. – Wydawał się lekko zdumiony. – Przyjechaliśmy tu obejrzeć kucyki…
– To fajnie – oświadczyła. Pomyślała, że Shane musi być kompletnie zbity z tropu, i zastanawia się, skąd ona dzwoni, czy jej samolot miał opóźnienie i czy już dotarła do domu i odkryła, co zrobił.
– Tak – powiedział ostrożnie. – Przyjechali też moi rodzice…
– Świetnie – oświadczyła entuzjastycznie. – Rodzinne spotkanie. Przepraszam, że nie mogłam wam towarzyszyć. – W jej głosie pobrzmiewał sarkazm, ale niemal jęknęła, nagle pojąwszy powagę sytuacji. Wyjechali bez niej. Nie chcieli jej, nie potrzebowali, nie zależało im na niej, była im zbędna. Czuła się jak jedyne dziecko w klasie, którego nie zaproszono na uro- dzinowe przyjęcie, tylko tysiąc razy gorzej. Ból ją zaskoczył; wyssał z niej całą wolę walki.