Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
– Ja się boję intymności? – zapytał z furią w głosie. – To ty uciekasz na jakieś kretyńskie spotkanie w Paryżu.
Teraz to ona wpadła w furię. Odwróciła się do niego, zaczerwieniona, a jej serce waliło jak oszalałe.
– To nie jest żadne kretyńskie spotkanie, rozumiesz? To moja praca! To, że nie zarabiam miliarda dolarów rocznie, nie znaczy, że moja praca jest mniej ważna od twojej.
To ostatnie wywrzeszczała tak głośno, że jej gardło wysiadło w proteście.
– Jezu – powiedział, zdumiony. – Spokojnie, mała. Jeśli chcesz, weź mój samolot i leć na JFK. To tylko cztery godziny stąd. Jeśli zbierzesz się teraz, wyruszysz o piątej…
No i znowu, pomyślała irracjonalnie, jego rozkład.
– Czy ty nic nie rozumiesz? – Z wściekłością cisnęła majtki na podłogę. Ten dramatyczny gest nie wywołał jednak zamierzonego efektu. Majtki łagodnie opadły i tylko leżały na ziemi, jak porzucona chusteczka. – Nie potrzebuję twojego samolotu…
– Jak sobie chcesz. – Wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju, jak zawsze, gdy sprawy nie układały się po jego myśli.
Kiedy przyjechała taksówka, żeby zabrać ją na maleńkie lotnisko, Lyne zdążył się już oddać następnemu hobby – nurkowaniu. Raz jeszcze, stojąc na płycie lotniska w pełnym słońcu i czekając na rozklekotany, jednosilnikowy, pięcioosobowy samolot pasażerski, który wyczarterowała na lot mający się skończyć na lotnisku Islip na Long Island, żałowała, że nie przyjęła propozycji Lyne'a. Ale naprawdę nie mogła. Czarter kosztował trzy tysiące, jazda taksówką na JFK dwieście, dzięki temu zdążyła na lot do Paryża, bilet powrotny za następne trzy tysiące. W sumie spotkanie w Paryżu kosztowało ją blisko osiem tysięcy dolarów, ale warto było, zwłaszcza że po powrocie wpadła na Lyne'a w Michael's i powiedziała od niechcenia:
– Wygląda na to, że B et C złoży mi poważną propozycję.
Niemal zakrztusił się swoim jagnięcym kotletem.
Uśmiechnęła się na to wspomnienie i wychyliła, żeby przejrzeć się w lustrze u Sotheby'ego. Obracała głowę z boku na bok, zachwycona blaskiem światła na brylantowych klipsach. Może powinna sobie kupić jakiś drobiazg, żeby to uczcić. Może…
Nagle zadzwonił jej telefon.
– No tak – zaczął Lyne, jakby od tego, na czym skończyli parę minut wcześniej. – Utknąłem na noc w Waszyngtonie. Może wskoczysz w samolot i przylecisz tu na kolację?
Westchnęła.
– Lyne, jestem zajęta.
– A co robisz?
– Żyję.
– Czyli nie przylecisz na kolację do Waszyngtonu. – Nie.
– W porządku. Cześć. – Rozłączył się.
Nagle pojawiła się Nico, mokra, rozczochrana i bez tchu. Miała zarumienione policzki, jakby przed chwilą biegła.
– Coś mi wypadło…
– W porządku. Właśnie sobie oglądałam.
– Lyne? – Nico spojrzała na komórkę w dłoni Victory i na zirytowaną minę przyjaciółki.
Victory wzruszyła ramionami i wywróciła oczyma.
– Chciał, żebym przyleciała dziś wieczorem do Waszyngtonu i zjadła z nim kolację. Odmówiłam. Nie sądzisz, że to takie tandetne – latać prywatnym samolotem jakiegoś faceta po to, żeby zjeść z nim kolację?
– Tak? Nie wiem. Podobają mi się te klipsy.
– Kosztują dwadzieścia dwa tysiące dolarów – wyszeptała Victory i wręczyła klipsy pani Smith.
Podeszły do gablotki z błękitnozielonym brylantem, własnością dżentelmena.
– Przymierzę go – oświadczyła Nico.
– Ale cię nie stać…
– Nigdy nie wiadomo, Vic. Któregoś dnia być może będziemy sobie mogły na to pozwolić – odparła Nico pewnym tonem. Zdjęła futro, a pani Smith podeszła, żeby otworzyć gablotkę.
– Piękny, prawda? – Pani Smith zdjęła brylant ze stojaka. Wyciągnęła rękę z brylantem na cienkim platynowym łańcuszku. – Kupuje go pani dla siebie? – zapytała. – A może to prezent? Czyżby od męża?
– Boże, nie – odparła Nico błyskawicznie. Oblała się rumieńcem. – Mój mąż nigdy…
Victory gapiła się na Nico. Znały się od lat, ale nie miała pojęcia, że Nico darzy biżuterię taką namiętnością. Ale pewnie każdego dnia można dowiedzieć się o przyjaciołach czegoś nowego.
– Mój mąż nie interesuje się… biżuterią. – Nico uniosła włosy, żeby pani Smith mogła zapiąć łańcuszek na jej szyi.
– Tak to ostatnio bywa, prawda? – przytaknęła pani Smith. – Coraz częściej widujemy panie kupujące sobie biżuterię. Ale tak jest lepiej. Przynajmniej ma się to, czego się chce.
– Właśnie – powiedziała Nico. Odwróciła się, żeby obejrzeć swoje odbicie w lustrze.
Brylant wyglądał oszałamiająco na białej skórze Nico. Co za szkoda, pomyślała nagle Victory, że nie są bogatsze, bo brylant był kwintesencją Nico – chłodny, elegancki i pełen mocy, jak ona. Pasował do niej. To skandal, że nie może go mieć.
Ale samo przymierzenie brylantu pomogło Nico zebrać się w sobie, bo chwilę później pochyliła się ku Victory i niskim, spokojnym głosem wyszeptała od niechcenia:
– Przy okazji, mam romans.
Rozdział 10
Telefon dzwonił z bardzo, bardzo daleka, najprawdopodobniej z innego kraju.
Przynajmniej tak to brzmiało we śnie Wendy. Nagle uświadomiła sobie, że to wcale nie sen, że telefon naprawdę dzwoni tuż przy jej głowie. Nie był to sygnał domowego telefonu. Otworzyła oczy, rozejrzała się po małym pokoju w kolorze złamanej bieli i przypomniała sobie, że nie jest w swoim mieszkaniu.
Tylko w firmowym apartamencie w hotelu Mercer.
Oskarżono ją o straszną zbrodnię, której nie popełniła, choć wszyscy myśleli inaczej. Nagle powróciły przerażające wspomnienia z ubiegłej nocy: Shane usiłował się z nią rozwieść…
O Boże! Telefon. Może dzwoni Shane, żeby powiedzieć, że popełnił straszny błąd.
Rzuciła się do aparatu i obiema rękoma złapała słuchawkę.
– Halo? – Wydobył się z niej skrzek.
– Wendy Healy? – usłyszała entuzjastyczny, oficjalny męski głos. Natychmiast uderzyło ją, że to nie Shane. Elektroniczny zegar wskazywał piątą dwie, cyframi, które były tak czerwone jak zapewne jej oczy.
– Tak?
– Mówi Roger Pomfret, członek komitetu nagród Akademii. Gratulujemy. Prosię w sosie otrzymało sześć nominacji do Oscara.
– Bardzo dzięki – powiedziała sennie i odłożyła słuchawkę.
Eeeee. Kompletnie zapomniała. Dziś był dzień nominacji do Oscara. Zęby był całkiem wyjątkowy, dzwonili do człowieka o piątej rano.
Opadła na poduszki. Co czuła? Nakryła oczy rękoma. Nic mnie to nie obchodzi, pomyślała. Herezja.
Usiadła i zapaliła światło. Za kilka minut rozdzwoni się jej komórka, a ona powinna być podniecona i radosna. Nie za bardzo jednak wiedziała, z jakiego powodu. Odłożyła słuchawkę, zanim Roger Pomfret zdołał jej powiedzieć, za co te nominacje. Zresztą tak naprawdę nie robiło to żadnej różnicy.
Trrrr. Jej telefon ćwierknął na krześle, gdzie rzuciła go koło pierwszej w nocy. Musiała go podnieść i zachowywać się normalnie. Sypialnia była maleńka, krzesło stało zaledwie metr od łóżka. Usiłowała sięgnąć po telefon, nie wstając z łóżka, ale pościel w tych luksusowych hotelach bywa śliska i Wendy zleciała na podłogę, boleśnie tłukąc się w kolano.
Au. Kurwa.
– Halo?
– Gratulacje! – oznajmiła Jenny Cadine.
– Tobie się należą. – Wendy założyła, że Jenny została nominowana za najlepszą rolę żeńską.
– Czy to nie cudowne? Jestem bardzo podekscytowana.
– Zasłużyłaś na to. To był kawał dobrej roboty.
– I komedia romantyczna – ciągnęła Jenny. – Zwykle nie dostają nominacji.