Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 94
Перейти на страницу:

— Nasze więzy — rzekł. — Pomyśl, mój teynie. Mój honor, twój i naszego schronienia.

Jego głos brzmiał bardzo poważnie.

— A co z jej honorem? — zapytał Vikary. Skinął niecierpliwie laserem, zmuszając Janacka do odsunięcia się od niego. Potem znowu spojrzał na Myrika.

Osamotniony, zbity z tropu Braith najwyraźniej nie wiedział, czego od niego chcą. Opuścił go szał, choć nadal dyszał ciężko. Z kącika ust spływała mu kapka śliny, zabarwiona na różowo krwią. Otarł ją grzbietem dłoni i popatrzył niepewnie na Garse’a Janacka.

— Pierwszy z czterech wyborów — zaczął pełnym oszołomienia głosem. — Decyduję się na wybór trybu.

— Nie — przerwał mu Vikary. — Nie będziesz niczego wybierał. Spójrz na mnie, niby-człowieku.

Myrik przenosił spojrzenie z Vikary’ego na Janacka i z powrotem.

— Wybór trybu — powtórzył tępo.

— Nie — zaprzeczył ponownie Vikary. — Nie dałeś wyboru Gwen Delvano, choć chciała się z tobą zmierzyć w uczciwym pojedynku.

Twarz Myrika wykrzywiła się w wyrazie szczerego zdumienia.

— Ona? W pojedynku? Ona… ona jest kobietą, niby-człowiekiem. — Kiwnął głową, jakby to wszystko rozstrzygało. — Ona jest kobietą, Ironjade. Oszalałeś? Szydziła ze mnie. Kobieta się nie pojedynkuje.

— I ty też się nie pojedynkujesz, Myrik. Rozumiesz? Rozumiesz? Ty…

Wystrzelił i półsekundowy impuls trafił Myrika nisko między nogami. Mężczyzna krzyknął z bólu.

— Się…

Wystrzelił znowu, przypalając Myrika na szyi poniżej podbródka. Braith padł na ziemię, a Vikary czekał spokojnie, aż jego laser znowu się naładuje.

— Nie… — podjął po piętnastu sekundach. Impuls światła trafił wijącą się z bólu postać w pierś. Vikary odsunął się do tyłu, w stronę autolotu.

— Pojedynkujesz! — dokończył, do połowy wysunięty z maszyny. Poruszył błyskawicznie nadgarstkiem i wypuścił kolejny impuls światła. Lorimaar high-Braith padł na ziemię, z ręką na nie do końca wyciągniętym z kabury pistolecie.

Potem drzwi się zatrzasnęły, Dirk włączył grawitor i pomknęli naprzód. Pokonali już połowę drogi do bramy, gdy pancerz pojazdu zasyczał, palony ogniem laserów.

Rozdział 10

Nad Błoniami zapadła już noc. Powietrze było krystalicznie czarne, czyste i zimne. Dął silny wiatr i Dirk cieszył się, że siedzi w opancerzonym autolocie Braithów. W szczelnie zamkniętej kabinie było ciepło.

Leciał jakieś sto metrów nad równiną i łagodnymi wzgórzami, rozwijając największą możliwą prędkość. W pewnej chwili, nim jeszcze Wyzwanie zniknęło za nimi, obejrzał się za siebie, by sprawdzić, czy nikt ich nie ściga. Nikogo nie zauważył, lecz jego wzrok przyciągnęło emerelskie miasto. Wysoka, czarna włócznia, która za chwilę miała zniknąć na tle jeszcze czarniejszego nieba, z jakiegoś powodu przywodziła mu na myśl ogromne drzewo ogarnięte pożarem lasu. Jego gałęzie i liście spłonęły, został jedynie zwęglony, osmalony pień, blade echo niegdysiejszej chwały. Przypomniał sobie Wyzwanie, jakim pokazała mu je Gwen, gdy chciał zobaczyć miasto, w którym jest życie: jaśniejące na tle wieczornego nieba, niewiarygodnie wysokie, gorejące srebrnym blaskiem i ukoronowane wspinającymi się ku szczytowi falami światła. Teraz została z niego tylko martwa skorupa. Marzenia jego budowniczych również przepadły. Łowcy z Braithu zabili nie tylko ludzi i zwierzęta.

— Wkrótce zaczną nas ścigać, t’Larien — odezwał się Jaan Vikary. — Nie musisz ich wypatrywać.

Dirk ponownie spojrzał na instrumenty.

— Dokąd lecimy? Nie możemy całą noc krążyć na oślep nad Błoniami, nie kierując się w żadne konkretne miejsce. Do Larteynu?

— Tam nie możemy się udać — odparł Vikary. Schował pistolet do kabury, lecz jego twarz miała tak samo nieubłagany wyraz jak wtedy, gdy przypalał Myrika. — Czy jesteś aż takim głupcem, że nie zdajesz sobie sprawy, co przed chwilą uczyniłem? Złamałem kodeks, t’Larien. Jestem teraz bezwięzowcem, zbrodniarzem, zdrajcą kodeksu. Będą mnie ścigać i zabiją z równą swobodą jak niby-człowieka. — Splótł w zamyśleniu dłonie, wspierając na nich podbródek. — Jedyną nadzieją dla nas jest… nie wiem. Być może w ogóle nie mamy nadziei.

— Mów za siebie. Ja mam w tej chwili znacznie więcej nadziei niż wtedy, gdy byłem tam!

Vikary spojrzał na niego i uśmiechnął się mimo woli.

— To prawda. Chociaż to bardzo egoistyczny punkt widzenia. Nie zrobiłem tego dla ciebie.

— Dla Gwen?

Vikary kiwnął głową.

— On… on nawet nie zaszczycił jej odmową. Jakby była zwierzęciem. A przecież… przecież według kodeksu miał rację. Według kodeksu, w zgodzie z którym żyłem. Mogłem go za to zabić. Garse miał zamiar to zrobić, sam widziałeś. Wściekł się, ponieważ Myrik… uszkodził jego własność, splamił honor. Pomściłby tę zniewagę, gdybym mu na to pozwolił. — Westchnął. — Rozumiesz, dlaczego nie mogłem mu na to pozwolić, t’Larien? Rozumiesz? Spędziłem pewien czas na Avalonie i kochałem Gwen Delvano, a ona leżała na podłodze, żywa tylko dzięki uśmiechowi fortuny. Myrika Braitha nic by nie obeszło, gdyby umarła, i pozostałych też nie. A mimo to Garse chciał przyznać człowiekowi, który to zrobił, czystą, przyzwoitą śmierć, obdarzyłby go pocałunkiem wspólnego honoru, zanim odebrałby mu jego nic nie warte życie. Garse jest… jest mi bliski. Ale nie mogłem do tego dopuścić, t’Larien. Nie, kiedy Gwen leżała taka… taka nieruchoma i zlekceważona. Nie mogłem.

Vikary umilkł, pogrążając się w ponurych myślach. Gdy zapadła cisza, Dirk usłyszał dobiegające z zewnątrz zawodzenie worlorńskiego wichru.

— Jaan — odezwał się po chwili — musimy zdecydować, dokąd lecimy. Musimy poszukać dla Gwen jakiegoś schronienia. Miejsca, gdzie będzie jej wygodnie, gdzie nikt nie będzie jej niepokoił. Może znajdziemy też jakiegoś lekarza, żeby ją obejrzał.

— Nie znam na Worlornie żadnych lekarzy — odparł Vikary. — Ale i tak musimy zawieźć Gwen do jakiegoś miasta. — Przez chwilę zastanawiał się nad tym. — Najbliżej jest do Esvoch, ale ono leży już w gruzach. Sądzę, że najlepszym wyborem będzie Kryne Lamiya. Po Esvoch, ono znajduje się najbliżej Wyzwania. Skręć na południe.

Dirk zatoczył autolotem szeroki łuk, wznosząc się w górę, a potem skierował się ku odległej ścianie gór. Niejasno przypominał sobie kurs, jakim leciała Gwen ze świetlistej emerelskiej wieży do położonego na pustkowiach, wypełnionego posępną muzyką miasta Mroczniaków.

Gdy mknęli ku górom, Vikary ponownie zatopił się w myślach, wpatrując się niewidzącymi oczyma w czarną worlorńską noc. Dirk, który potrafił sobie wyobrazić cierpienia Kavalara, nie próbował wyrwać go z melancholii, lecz powrócił do własnych myśli i milczenia. Czuł się bardzo kiepsko. Ból głowy powrócił, uświadomił też sobie nagle, że czuje w ustach i gardle palącą suchość. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś pił albo jadł, lecz nie udało mu się to. Z jakiegoś powodu całkowicie stracił rachubę czasu.

Ogromne, czarne jak węgiel góry Worlornu majaczyły tuż przed nimi. Dirk wzbił się wyżej, by przelecieć nad nimi. Ani on, ani Vikary nadal się nie odzywali. Kavalar powiedział coś dopiero wtedy, gdy już zostawili za sobą góry i znowu znaleźli się nad lasem, a i wówczas tylko udzielił Dirkowi zwięzłych wskazówek odnoszących się do kierunku dalszego lotu. Potem znowu umilkł i przez długie kilometry samotnej wędrówki towarzyszyła im jedynie cisza.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)