Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
— Pokaż mi ręce — zażądał Vikary.
Zawahała się, lecz po chwili wyciągnęła ręce zza pleców i wyciągnęła je przed siebie, zwrócone wewnętrznymi powierzchniami dłoni do dołu. Na jej lewym przedramieniu lśniły nefryt i srebro. Nie zdjęła ich.
Vikary popatrzył z góry na Myrika, który siedział ze skrzyżowanymi nogami, nie spuszczając z Gwen spojrzenia małych oczek.
— Wstań.
Mężczyzna podniósł się i spojrzał na Ironjade’a, po raz pierwszy od chwili przybycia odwracając wzrok od Gwen. Vikary otworzył usta.
— Nie — powstrzymała go Gwen.
Przestała rozcierać nadgarstki i zatrzymała prawą dłoń na bransolecie.
— Nie rozumiesz, Jaan? — zaczęła spokojnym głosem. — Nie. Jeśli go wyzwiesz, jeśli go zabijesz, wtedy ją zdejmę. Daję słowo.
Po raz pierwszy na twarzy Jaana pojawiło się jakieś uczucie, a jego wypowiedziane imię sprawiało mu ból.
— Jesteś moją betheyn — zaprotestował. — Jeśli tego nie zrobię… Gwen…
— Nie — powtórzyła.
Jeden z Braithów wybuchnął śmiechem. Garse Janacek skrzywił się, słysząc ten dźwięk. Dirk spostrzegł, że twarzą mężczyzny zwanego Myrikiem targnął gwałtowny spazm.
Jeśli nawet Gwen to zauważyła, nie zwróciła na to uwagi. Spojrzała na Myrika.
— To ja zabiłam twojego teyna — oznajmiła. — Ja. Nie Jaan. Nie biedny Dirk. Ja go zabiłam i przyznaję się do tego. Polował na nas, tak samo jak ty. I zabijał też Emerelczyków.
Myrik nic nie mówił. Wszyscy znieruchomieli.
— Jeśli koniecznie musisz się pojedynkować, jeśli naprawdę chcesz mojej śmierci, to bij się ze mną! — ciągnęła Gwen. — Ja to zrobiłam. Walcz ze mną, jeśli zemsta jest dla ciebie aż tak ważna.
Pyr ryknął tubalnym śmiechem. Po chwili przyłączył się do niego jego teyn oraz Roseph, a potem kilku pozostałych: grubas, masywnie zbudowany towarzysz Rosepha o surowej twarzy, żelaznoręki starzec. Wszyscy głośno rechotali.
Twarz Myrika pociemniała od napływającej krwi, później zbielała, a wreszcie znowu pociemniała.
— Suka-betheyn — wykrztusił. Jego twarz ponownie wykrzywił taki sam grymas. Tym razem wszyscy to zauważyli. — Szydzisz ze mnie. Pojedynek to… mój teyn… jesteś kobietą!
Zakończył krzykiem, który zaskoczył wszystkich. Psy znowu zaczęły wyć. Potem coś w nim pękło.
Uniósł ręce nad głowę, zacisnął pięści, otworzył je i uderzył w twarz cofającą się przed jego furią Gwen. Potem rzucił się na nią. Zacisnął palce na szyi kobiety i runął do przodu. Gwen przewróciła się na plecy i oboje zaczęli się tarzać po podłodze, aż wreszcie uderzyli mocno o bok autolotu. Myrik wylądował na górze, unieruchomił kobietę pod sobą i zatopił palce głęboko w jej szyi. Uderzyła go mocno w żuchwę, lecz w swym gniewie niemal tego nie zauważył. Tłukł raz po raz jej głową o autolot, cały czas krzycząc po starokavalarsku.
Dirk podniósł się z wysiłkiem, lecz nie mógł nic zrobić, bo miał związane ręce. Garse postąpił dwa kroki naprzód i Jaan Vikary wreszcie również ruszył się z miejsca. To jednak Bretan Braith Lantry pierwszy dobiegł do napastnika i odciągnął go od Gwen, otaczając ramieniem jego szyję. Myrik miotał się szaleńczo, aż do chwili, gdy Lorimaar dołączył do Bretana. We dwóch zdołali go uspokoić.
Gwen leżała bez ruchu, wsparta głową o metalową płytę drzwi, o którą uderzał nią Myrik. Vikary przyklęknął na jednym kolanie u boku kobiety i spróbował otoczyć ręką jej barki. Na skroni od strony autolotu miała plamę krwi.
Janacek klęknął pośpiesznie obok nich i sprawdził jej tętno. Usatysfakcjonowany, wstał i zwrócił się w stronę Braithów, zaciskając mocno usta z gniewu.
— Nosiła nefryt i srebro, Myrik — oznajmił. — Jesteś trupem. Wyzywam cię.
Myrik przestał wrzeszczeć, choć nadal dyszał ciężko. Jeden z psów zawył krótko, a potem ucichł.
— Czy ona żyje? — zapytał Bretan ostrym jak papier ścierny głosem.
Jaan Vikary uniósł ku niemu twarz, wykrzywioną grymasem równie dziwnym jak ten, w którym przed chwilą zastygła twarz Myrika.
— Żyje.
— To uśmiech fortuny — stwierdził Janacek — ale nie ma w tym twojej zasługi, Myrik. Czyń swoje wybory!
— Rozwiążcie mnie! — zawołał Dirk. Nikt się nie poruszył. — Rozwiążcie mnie! — krzyknął głośniej.
Ktoś przeciął mu więzy.
Podszedł do Gwen i ukląkł obok Vikary’ego. Spojrzeli sobie przelotnie w oczy. Dirk obmacał tył jej głowy, gdzie ciemne włosy pokrywała już skorupa krzepnącej krwi.
— Ma co najmniej wstrząs mózgu — orzekł. — Może złamanie czaszki albo gorzej. Nie wiem. Jest tu jakiś punkt medyczny? — zapytał, spoglądając kolejno na każdego z zebranych. — Jest? — zapytał.
— W Wyzwaniu żaden już nie działa, t’Larien — odpowiedział mu Bretan. — Głos ze mną walczył. Miasto nie chciało reagować na polecenia. Musiałem go zabić.
Dirk skrzywił się.
— W takim razie nie powinno się jej ruszać. Może to tylko wstrząs. Wydaje mi się, że powinna leżeć.
O dziwo, Jaan Vikary zostawił Gwen w ramionach Dirka. Wstał. Wskazał ręką na Lorimaara i Bretana, którzy trzymali między sobą Myrika.
— Puśćcie go.
— Puśćcie…?
Janacek obrzucił Vikary’ego zdziwionym spojrzeniem.
— Jaan — odezwał się Dirk. — Mniejsza z nim. Gwen…
— Zanieś ją do autolotu — rozkazał Vikary.
— Nie sądzę, by należało ją ruszać…
— Tu nie jest bezpiecznie, t’Larien. Zanieś ją do autolotu.
Janacek zmarszczył brwi.
— Mój teynie?
Vikary ponownie spojrzał na Braithów.
— Powiedziałem wam, żebyście wypuścili tego człowieka. — Przerwał. — Tego niby-człowieka, jak wy byście go nazwali. Zasłużył na to miano.
— Co zamierzasz, high-Ironjade? — zapytał surowym tonem Lorimaar.
Dirk uniósł Gwen i ułożył ją delikatnie na tylnym siedzeniu najbliższego z autolotów. Była bezwładna, lecz nadal oddychała regularnie. Potem wsunął się na siedzenie kierowcy i czekał, masując nadgarstki, by przywrócić w nich obieg krwi.
Wydawało się, że wszyscy o nim zapomnieli.
— Uznajemy twoje prawo do wyzwania Myrika, ale musicie walczyć w pojedynkę, bo Teraan Nalarys Braith leży martwy — mówił Lorimaar.
— Ponieważ twój teyn wyzwał go pierwszy… Jaan Vikary trzymał w dłoni pistolet laserowy.
— Puśćcie go i odsuńcie się.
Zdumiony Lorimaar wypuścił z rąk ramię Myrika i odszedł pośpiesznie na bok. Bretan zawahał się.
— High-Ironjade — wychrypiał. — Pomyśl o swoim i jego honorze, o swoim schronieniu i swoim teynie. Odłóż broń.
Vikary wycelował w pozbawionego połowy twarzy młodzieńca. Bretan ponownie wykrzywił twarz, puścił Myrika i cofnął się z groteskowym wzruszeniem ramion.
— Co tu się dzieje? — zapytał przenikliwym głosem jednoręki staruszek. — Co on chce zrobić?
Wszyscy go zignorowali.
— Jaan — odezwał się Garse Janacek pełnym przerażenia głosem. — Pomieszało ci się w głowie. Opuść pistolet, mój teynie. Wyzwałem go. Zabiję go dla ciebie.
Położył dłoń na ramieniu Jaana.
Jaan Vikary wyszarpnął rękę i wycelował w Garse’a.
— Nie. Odsuń się. Nie wtrącaj się, nie tym razem. To dla niej.
Twarz Janacka pociemniała. Już się nie uśmiechał. Opuścił go zjadliwy humor. Zacisnął prawą dłoń w pięść i uniósł ją powoli przed twarz. Żelazo i świecik zalśniły w przestrzeni między dwoma Ironjade’ami.