Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Czyżby to był znak? — szepnął zdyszany Foyle. — Czy to odpowiedź, której szukam?
Porwał ciężki sejf i zanim ktokolwiek zdołał go pochwycić, jauntował się o sto jardów na szczątki katedralnych schodów wychodzących na Piątą Aleje. Tam, na oczach gapiącego się tłumu, otworzył kasetkę. Z ust agentów Wywiadu, którzy znali prawdę o jej zawartości, wyrwał się okrzyk przerażenia.
— Foyle! — krzyknął Dagenham.
— Foyle, na miłość boską! — krzyknął Yáng-Yeovil.
Foyle wyjął z kasetki pałeczkę PirE koloru kryształków jodyny i wielkości papierosa — jeden funt izotopów transplutonowców w roztworze stałym.
— PirE! — ryknął w stronę tłumu. — Bierzcie to! Trzymajcie! To wasza przyszłość! — cisnął pałeczkę w tłum i wrzasnął przez ramie: — San Fran, rampa Rosyjskie Wzgórze.
Jauntował się trasą St. Louis — Denver do San Francisco, przybywając na rampę Rosyjskie Wzgórze, gdzie była akurat czwarta po południu i ulice roiły się od jauntowców załatwiających spóźnione sprawunki.
— PirE! — zawył Foyle. Jego diabelska twarz pałała krwawoczerwoną barwą. Stanowił przerażający widok. — PirE! To niebezpieczeństwo! To śmierć! Jest wasze. Wymuście na nich, żeby wam powiedzieli co to jest. Nome! — zawołał w stronę pościgu, który przybył za nim i jauntował się.
W Nome była akurat pora obiadowa i drwalami zjauntowującymi się z okolicznych tartaków na kiełbaski z rożna zakrapiane piwem wstrząsnął widok mężczyzny o tygrysiej twarzy, który cisnął miedzy nich jednofuntowy kawałek stopu koloru jodyny i zaczął krzyczeć żargonem:
— PirE! Słyszycie mnie, ludzie? Słuchajcie mnie, kurczę! PirE to dla was plugawa śmierć. Dla was wszystkich! Nie wytężajcie waszych mózgownic, kurczaki. Przyciśnijcie ich do muru, żeby wam wyśpiewali wszystko o PirE i kropka!
Do Dagenhama, Yáng-Yeovila i innych, przyjauntowujących za nim jak zwykle o parę sekund za późno, krzyknął:
— Tokio. Rampa Cesarska! — Znikł na ułamek sekundy przed tym, zanim dosięgnęły go ich kule.
O godzinie dziewiątej rześkiego, czystego poranka w Tokio, kłębiący się w tej godzinie porannego szczytu wokół Rampy Cesarskiej tłum sparaliżowany został pojawieniem się samuraja o twarzy tygrysa, który cisnął w sam jego środek kawałkiem niezwykłego metalu oraz zasypał obecnych lawiną niezapomnianych przestróg i upomnień.
Foyle przeniósł się następnie do Bangkoku, gdzie lał deszcz oraz do Delhi, gdzie szalał monsun… cały czas ścigany trop w trop jak wściekły pies. W Bagdadzie była akurat trzecia rano i tłum bywalców nocnych klubów i piwiarni, który jauntując bez przerwy naokoło świata wyprzedzał o wieczne trzydzieści minut godzinę zamknięcia swych przybytków, zgotował mu pijacką owacje. W Paryżu, a następnie w Londynie była północ, kiedy gawiedź z Pól Elizejskich i Piccadily Circus zelektryzowana została pojawieniem się Foyla i jego żarliwym nawoływaniem.
Przeprowadziwszy swych prześladowców w ciągu pięćdziesięciu minut trasą równą co do długości trzem czwartym obwodu kuli ziemskiej, Foyle pozwolił im się wreszcie dopaść w Londynie. Dał się znokautować, wyrwać sobie z rąk sejf, przeliczyć pozostałe bryłki PirE i zatrzasnąć wieko.
— Zostało wystarczająco dużo na prowadzenie wojny. Sporo tylko czeka na zniszczenie… na anihilację… jeśli się na to odważycie. — Śmiał się i płakał w histerycznym tryumfie.
— Miliony na obronę, ale ani centa na przetrwanie.
— Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś, ty cholerny morderco? — krzyknął Dagenham.
— Wiem co zrobiłem.
— Dziewięć funtów PirE rozsiane po całym świecie! Jedna myśl i wszyscy… Jak możemy to odzyskać nie wyjawiając im prawdy? Yeo, na miłość boską, zepchnij ten tłum do tyłu. Nie pozwól, żeby słyszeli o czym rozmawiamy.
— To niemożliwe.
— Zatem jauntujmy się stąd.
— Nie — ryknął Foyle — niech słyszą. Niech wszystko słyszą.
— Człowieku, jesteś szalony. Wręczyłeś dzieciom naładowany pistolet.
— Przestańcie ich straszyć tak, jakby byli dziećmi, a przestaną zachowywać się jak dzieci. Kim wy, u diabła, jesteście, żeby odstawiać mądrzejszych od nich.
— O czym ty mówisz?
— Przestańcie ich straszyć tak, jakby byli dziećmi. Wyjaśnijcie im, czym grozi zabawa naładowanym pistoletem. Wyjawcie im wszystko. — Foyle roześmiał się okrutnie. — Zakończyłem ostatnią w dziejach konferencję w Komnacie Gwiaździstej. Wyrwałem na światło dzienne ostatnią tajemnicę. Od teraz koniec z tajemnicami… koniec z pouczaniem dzieci co jest dla nich najlepsze… Niech wreszcie dorosną. Najwyższa na to pora.
— Chryste, on oszalał.
— Oszalałem? Zwróciłem życie i śmierć ludziom, którzy żyją i umierają. Przeciętny człowiek już wystarczająco długo był poganiany i prowadzony za rączkę przez ludzi nawiedzonych, podobnych nam… ludzi żądnych władzy… Ludzi-tygrysów, którzy nie mogą się powstrzymać przed pędzeniem świata przed sobą. Wszyscy jesteśmy tygrysami, wszyscy trzej, ale kim, u diabła, jesteśmy, żeby podejmować za świat decyzje tylko dlatego, że pragniemy władzy? Niech świat sam dokona wyboru miedzy życiem, a śmiercią. Dlaczego to zawsze my mamy być obarczeni odpowiedzialnością?
— My nie jesteśmy obarczeni — powiedział Yáng-Yeovil. — My jesteśmy nawiedzeni. Jesteśmy zmuszeni, aby wziąć na swe barki odpowiedzialność, przed którą uchyla się przeciętny człowiek.
— Niech się więc przestaną przed nią uchylać, niech przestaną zwalać swoje obowiązki i przewinienia na barki pierwszego lepszego dziwoląga, który tylko na to czeka. Czy na zawsze mamy pozostać kozłami ofiarnymi świata?
— Niech cię cholera! — Dagenham wściekł się — Czy nie zdajesz sobie spawy, że ludziom nie można ufać? Nie są informowani o wszystkim dla ich własnego dobra.
— Niech się więc nauczą odpowiadać za swe czyny, albo umrą. To dotyczy nas wszystkich. Żyjmy razem, albo razem umierajmy.
— Czy chcesz umrzeć przez ich ciemnotę? Musisz znaleźć sposób na pozbieranie okruchów, które porozrzucałeś, bez wysadzenia wszystkiego w powietrze.
— Nie. Ja w nich wierzę. Zanim stałem się tygrysem, byłem jednym z nich. On wszyscy mogą otrząsnąć się z przeciętniactwa, jeżeli tylko ktoś rozbudzi ich solidnym kopniakiem, tak jak rozbudzono mnie.
Foyle drgnął i nagle jauntował się na brązową głowę Erosa spoglądającą na Piccadily Circus z wysokości 50 stóp. Usadowił się na niej w niebezpiecznej pozycji i zawył:
— Hej wy tam, słuchajcie mnie! Słuchajcie, kurczę! Teraz będzie kazanie, kurczaki. Ciszaa! Odpowiedział mu ryk.
— Wy świnie, kurczę. Jesteście tępi jak świnie. Mając w sobie tyle, prawie z tego nie korzystacie. Słyszycie mnie, kurczę? Mając w sobie miliony, wydajecie marne pensy. Mając w sobie geniusz, rozumujecie jak głupcy. Mając w sobie serce, czujecie w środku pustkę. Wy wszyscy. Każdy z was.
Wygwizdano go. Ciągnął dalej z histeryczną pasją opętanego:
— Trzeba wam wojny, żebyście dali coś z siebie. Trzeba wam nieszczęścia, żebyście zaczęli myśleć. Trzeba wam rywalizacji, żebyście stawali się wielkimi. Resztę czasu wylegujecie się jak leniwe prosiaki, kurczę! Świnie, kurczę! Bo tak jest, cholera z wami! Ja rzucam wam wyzwanie, kurczaki. Żyjcie i bądźcie wielcy, albo zdychajcie. Idźcie tam, gdzie odszedł Chrystus, albo przyjdźcie do mnie, Gully Foyla, a ja zrobię z was ludzi. Ja uczynię was wielkimi. Ja dam wam gwiazdy.
Znikł.