Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 62
Перейти на страницу:

— Co ma znaczyć ten cały groch z kapustą?

Foyle odwrócił się do Sheffielda.

— Jedna z noworocznych bomb wchodzi do pańskiego biura i mówi: „Napraw to wszystko. Poskładaj mnie z powrotem do kupy i odeślij tam, skąd przyleciałam. Odbuduj miasto, które zrównałam z ziemią i ożyw ludzi, których rozszarpałam na strzępy”. Do tego chcę właśnie pana zaangażować. Nie wiem jak rozumuje większość kryminalistów, ale…

— Rozsądnie, jeśli o to chodzi. Jak dobrzy biznesmeni, którzy mieli pecha — odparł szybko Sheffield. — To jest właśnie zachowanie się zawodowego kryminalisty. Jest dla mnie oczywiste, że pan jesteś amatorem, jeżeli w ogóle można pana uważać za kryminalistę. Mój drogi panie, bądź pan rozsądny. Przychodzi pan tutaj, oskarżając się ekstrawagancko o rabunek, gwałt, morderstwo, ludobójstwo, zdradę i Bóg raczy wiedzieć o co jeszcze. Czy spodziewa się pan, że potraktuję go poważnie?

Do gabinetu wjauntował się Bunny, aplikant Sheffielda.

— Szefie! — krzyknął w podnieceniu. — Wyszło na jaw coś nowiutkiego. Lubieżny jaunting! Dwaj smarkacze z wyższych sfer przekupili kokotę C klasy, żeby… OOooop. Przepraszam. Nie zauważyłem, że ma pan… — Bunny urwał i gapił się na Foyla. — Fourmyle! — wykrzyknął w końcu.

— Co? Kto? — zawołał Sheffield.

— Nie zna go pan, szefie? — wyjąkał Bunny. -To Fourmyle z Ceres — Gully Foyle.

Przed ponad rokiem Regis Sheffield został, podczas seansu hipnotycznego, specjalnie zaprogramowany i uczulony na tę właśnie chwilę. Jego ciało przygotowano do odpowiedniego zareagowania bez udziału myśli i reakcja ta była piorunująca. Sheffield rozłożył Foyla w pół sekundy; skroń, krtań, krocze. Zdecydowano się nie uzależniać tej akcji od wszelkiego rodzaju broni, gdyż tej, w krytycznym momencie, mogło nie być akurat pod ręką.

Foyle upadł. Sheffield rzucił się na Bunny’ego i grzmotnął go z taką siłą, że biedak przeleciał przez cały pokój. Potem splunął w dłonie. Zdecydowano nie wykorzystywać w tym celu żadnych narkotyków, gdyż w krytycznym momencie mogło akurat nie być ich pod ręką. Gruczoły ślinowe Sheffielda spreparowano tak, aby zareagowały na bodziec nadczynnością wydzielania. Sheffield rozdarł rękaw marynarki Foyla i wbił paznokieć głęboko w zagłębienie łokcia swej ofiary, przecinając skórę. W powstałą ranę szarpaną wcisnął swoją ślinę i zacisnął mocno dwie krawędzie przecięcia.

Z ust Foyla wyrwał się dziwny wrzask; na jego twarzy wykwitł szkarłatny tatuaż. Zanim oszołomiony aplikant zdołał wykonać jakikolwiek ruch, Sheffield zarzucił sobie Foyla na plecy i jauntował się.

Przybył do św. Patryka, pojawiając się w samym środku Cyrku Four Mile. Było to śmiałe, ale i wyrafinowane posuniecie. Św. Patryk był ostatnim miejscem, w którym spodziewano by się go znaleźć, a zarazem pierwszym miejscem, w którym on mógł spodziewać się odnalezienia PirE. Był gotowy do rozprawienia się z każdym, kogo mógł napotkać w katedrze, ale w cyrku nie było żywego ducha.

Puste namioty nadymały się w nawie jak balony i wyglądały na zdewastowane; już je splądrowano. Sheffield dał nurka do pierwszego, który wpadł mu w oko. Była to przewoźna biblioteka Fourmyle’a, zapełniona setkami książek i tysiącami błyszczących powieścio-paciorków. Szaber-jauntowców nie interesowała literatura. Sheffield rzucił Foyla na podłogę i dopiero teraz wydobył z kieszeni pistolet.

Foyle zamrugał powiekami i otworzył oczy.

— Jesteś pod wpływem narkotyku — powiedział szybko Sheffield. — Nie próbuj jauntować. I nie ruszaj się. Ostrzegam cię, jestem gotowy na wszystko.

Foyle, półprzytomny, próbował wstać. Sheffield bez cienia wahania wystrzelił i osmalił mu ramię. Foylem rzuciło z powrotem o kamienną posadzkę. W uszach mu huczało, a wraz z krwią płynęła jego żyłami trucizna.

— Ostrzegam cię — powtórzył Sheffield. — Jestem gotowy na wszystko.

— Czego chcesz? — wyszeptał słabym głosem Foyle.

— Dwóch rzeczy. Dwudziestu funtów PirE i ciebie. Przede wszystkim ciebie.

— Ty wariacie! Ty cholerny maniaku! Przychodzę do twojego biura, żeby się ujawnić… oddać to…

— Satelitom Zewnętrznym?

— Sate… Co?

— Satelitom Zewnętrznym? Mam ci to przeliterować?

— Nie… — mruknął Foyle. — Mogłem się tego domyślać. Patriota Sheffield agentem Satelitów Zewnętrznych. Powinienem się tego domyślić. Głupiec ze mnie.

— Jesteś najcenniejszym głupcem na świecie, Foyle. Chcemy cię mieć nawet bardziej niż PirE. O PirE, nie wiemy nic, natomiast sporo wiemy o tobie.

— O czym ty mówisz?

— Mój Boże! To ty nie wiesz, co? Nadal niczego nie podejrzewasz?

— Co mam podejrzewać?

— Posłuchaj — powiedział grzmiącym głosem Sheffield. — Cofam się dwa lata wstecz, na „Nomada”. Rozumiesz? Z powrotem do momentu śmierci „Nomada”. Wykończył go jeden z naszych rajderów. Znaleźli cię na pokładzie wraka — ostatniego żywego człowieka.

— A więc to statek Satelitów Zewnętrznych rozwalił „Nomada”?

— Tak. Nie pamiętasz tego?

— Nie pamiętam nic, co się wtedy wydarzyło. Nigdy chyba sobie tego nie przypomnę.

— Zaraz ci wszystko opowiem. Rajderowi nasunął się chytry pomysł. Urządzili z ciebie wabika… taką siedzącą kaczkę, rozumiesz? Byłeś półżywy, ale zabrali cię na pokład i połatali. Potem ubrali cię w skafander próżniowy i wypchnęli w kosmos, żebyś tam dryfował z włączoną mikrofalówką. Nadawałeś sygnały alarmowe i jęczałeś o pomoc na wszystkich zakresach fal. Pomysł sprowadzał się do tego, że oni, czając się w pobliżu, ustrzelą statki Planet Wewnętrznych, które przylecą cię ratować.

Foyle zaczął się śmiać.

— Wstaję — powiedział zuchowato. — Strzelaj sobie, sukinsynu, a ja wstaję.

Podniósł się z wysiłkiem z podłogi, przyciskając dłonią zranione ramię.

— A więc „Vorga” słusznie zrobiła, że mnie nie zabrała — śmiał się Foyle. — Byłem wabikiem. Nikt nie powinien się do mnie zbliżać. Byłem przynętą, pułapką… Czy to nie szczyt ironii? Po pierwsze „Nomad” nie miał żadnego prawa żądać pomocy. Po drugie ja nie miałem żadnego prawa do zemsty.

— Wciąż nic nie rozumiesz — zagrzmiał Sheffield. — Oni, wypychając cię w kosmos, nie znajdowali się wcale w pobliżu „Nomada”. Byli wtedy w odległości 600 000 mil od „Nomada”.

— Sześćset ty…?

— „Nomad” dryfował zbyt daleko od szlaków komunikacyjnych. Chcieli wyrzucić cię tam, gdzie będą kursowały statki. Wywieźli cię 600 000 mil od „Nomada” i dopiero tam porzucili w próżni. Wypchnęli cię przez śluzę powietrzną i wycofali się obserwując jak dryfujesz. Światełka pozycyjne twojego skafandra mrugały, a ty skamlałeś o pomoc na mikrofalach. Nagle zniknąłeś.

— Zniknąłem?

— Nie było cię. Ani światełek, ani transmisji. Wrócili, aby sprawdzić co się stało. Nie pozostał po tobie żaden ślad. A potem dowiedzieliśmy się… że wróciłeś z powrotem na „Nomada”.

— Przecież to niemożliwe.

— Człowieku, ty jauntowałeś przez kosmos — krzyknął dziko Sheffield. — Byłeś cały połatany i majaczyłeś, ale kosmo-jauntowałeś. Jauntowałeś się przez próżnie, na odległość 600 000 mil, z powrotem na wrak „Nomada”. Dokonałeś czegoś, czego nikomu przed tobą nie udało się dokonać. Bóg jeden wie jak to zrobiłeś. Sam nawet tego nie wiesz, ale my to wyjaśnimy. Zabieram cię ze sobą na Satelity, a tam wydobędziemy od ciebie te tajemnicę, nawet gdybyśmy mieli ci ją wydrzeć.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)