Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— „Od trzydziestu lat.”
— To niemożliwe.
— „Mylisz się, to jest możliwe. Jesteś daleko, daleko od św. Patryka. Czekałam tu na ciebie, żeby ci powiedzieć jak uratować się z pożaru, Gully. Posłuchasz?”
— To ja nie umarłem?
— „Nie.”
— Dobrze, posłucham.
— „Wszystkie twoje zmysły są przemieszane. To zaraz przejdzie, ale nie będę ci podawała wskazówek w rodzaju na prawo, w lewo, w górę, czy w dół. Powiem ci wszystko tak, żebyś mógł mnie zrozumieć w tej chwili, wstanie w jakim teraz się znajdujesz.”
— Dlaczego mi pomagasz? Po tym, co ci zrobiłem?
— „Wszystko ci wybaczyłam i zapomniałam, Gully. Słuchaj mnie teraz. Kiedy wrócisz do św. Patryka obracaj się, dopóki nie staniesz twarzą do najgłośniejszego cienia. Rozumiesz?”
— Tak.
— „Idź w stronę skąd będzie dochodził hałas, aż poczujesz na skórze silne ukłucie. Wtedy zatrzymaj się.”
— Wtedy mam się zatrzymać.
— „Zrób pół obrotu tak, żeby poczuć ucisk i odnieść wrażenie spadania. Idź w tamtą stronę.”
— Mam tam pójść.
— „Miniesz lite tafle światła i poczujesz smak chininy. To będzie w rzeczywistości kłąb drutu. Przeciskaj się przez chininę, dopóki nie zobaczysz czegoś co będzie brzmiało jak uderzenie młotów. Wtedy będziesz ocalony.”
— Skąd to wszystko wiesz, Robin?
— „Pouczył mnie ekspert, Gully.” — Poczuł śmiech. — „Teraz w każdej chwili możesz spaść w przeszłość. Są tu że mną Peter i Saul. Mówią ci au revoir i życzą powodzenia. Jiz Dagenham również. Powodzenia, drogi Gully…”
— Spadnę w przeszłość? A więc to jest przyszłość?
— „Tak, Gully.”
— Czy ja tu jestem? Czy jest tu… Olivia…?
I wtedy zaczął się staczać coraz to niżej i niżej po liniach hiperdezyjnych czasoprzestrzeni z powrotem do straszliwej jamy Teraźniejszości.
Zmysły rozplatały mu się w wyłożonej kością słoniową i złotem Komnacie Gwiaździstej Zamku Presteigna. Wzrok stał się znowu wzrokiem i Foyle ujrzał lustra oraz witrażowe szyby okien i bibliotekę książek o tłoczonych złotem grzbietach z androidem bibliotekarzem na bibliotecznej drabinie. Słuch stał się słuchem i Foyle usłyszał androida sekretarza stukającego na ręcznym mnemorejestratorze przy biurku w stylu Ludwika XV. Smak stał się smakiem, a on sączył koniak podany mu przez robota barmana.
Wiedział, że jest osaczony, że stoi przed swą życiową decyzją, nie zwracał jednak uwagi na otaczających go nieprzyjaciół, przyglądając się nieustającej promienności wyrzeźbionej na robocim obliczu barmana — klasycznemu, irlandzkiemu uśmiechowi.
— Dziękuję — odezwał się Foyle.
— Cała przyjemność po mojej stronie, sir — odparł robot i czekał na dalsze zamówienia.
— Ładny mamy dziś dzień — zauważył Foyle.
— Zawsze gdzieś jest ładny dzień, sir — promieniał robot.
— Okropny dzień — powiedział Foyle.
— Zawsze gdzieś jest ładny dzień, sir — odparł robot.
— Dzień — rzucił Foyle.
— Zawsze gdzieś jest ładny dzień, sir — powiedział robot.
Foyle zwrócił się do pozostałych:
— To cały ja — powiedział wskazując robota ruchem głowy. — Tacy właśnie wszyscy jesteśmy. Bajdurzymy o nieprzymuszonej woli, ale nie jesteśmy w istocie niczym innym jak mechaniczną odpowiedzią… rutynową reakcją w utartych schematach. No więc… jestem tutaj. Jestem tutaj i czekam, żeby zareagować. Naciśnijcie guzik, a podskoczę — naśladował blaszany głos robota. — Czego ode mnie chcecie?
Poruszyli się niespokojnie. Foyla palono, poniewierano, karano…, a jednak przejmował inicjatywą.
— Na początek zastanówmy się nad pogróżkami, jakie mogą za chwile tu paść — powiedział Foyle nie doczekawszy się odpowiedzi z ich strony. — Powiedzmy, że zostanę powieszony, wypatroszony, poćwiartowany, że cierpieć będę piekielne męki, jeżeli nie… no właśnie, jeżeli nie co? Czego chcecie?
— Żądam zwrotu mojej własności — powiedział Presteign uśmiechając się zimno.
— Osiemnastu z kawałkiem funtów PirE. Tak. Co w zamian oferujesz?
— Nic w zamian nie oferuję. Żądam zwrotu tego, co należy do mnie.
Yáng-Yeovil i Dagenham zaczęli coś mówić równocześnie. Foyle uciszył ich ruchem dłoni.
— Jeden guzik naraz, panowie. Teraz Presteign próbuje wprawić mnie w podskoki. — Zwrócił się do Presteigna. — Naciśnij mocniej, krew i pieniądze, albo poszukaj innego guzika. Kim obecnie jesteś, aby wysuwać jakieś żądania?
Presteign zacisnął usta.
— Prawo… — zaczął.
— Co prawo? Straszysz? — Foyle roześmiał się. — Czy nadal uważasz mnie za kogoś, kogo można zmusić do czegokolwiek straszeniem? Nie rób z siebie imbecyla. Mów do mnie w sposób, w jaki to czyniłeś w Sylwestra, Presteignie… bez litości, bez wybaczenia, bez hipokryzji.
Presteign skłonił się, wziął głęboki oddech i przestał się uśmiechać.
— Proponuje ci władzę — rzekł. — Proponuję ci adopcję, co uczyni z ciebie mego dziedzica, wspólnictwo w prowadzeniu przedsiębiorstwa Presteigna oraz objecie szefostwa klanu i septy. Działając razem, możemy zawładnąć światem.
— Czy przy pomocy PirE?
— Tak.
— Twoja propozycja zostaje odnotowana i odrzucona. Czy zaoferujesz swoją córkę?
— Olivię? — Presteign żachnął się i zacisnął pieści.
— Tak, Olivię. Gdzie ona jest?
— Ty lumpie! — krzyknął Presteign. — Ty łachudro… złodziejaszku… Jak śmiesz?
— Czy w zamian za PirE zaoferujesz swoją córkę?
— Tak — odparł ledwie dosłyszalnym głosem Presteign.
Foyle zwrócił się do Dagenhama:
— No, teraz twoja kolej, trupia główko. Naciskaj swój guzik.
— Jeśli dyskusja ma być prowadzona na takim poziomie… — warknął Dagenham.
— Będzie. Bez litości, bez wybaczenia, bez hipokryzji. Co oferujesz?
— Sławę.
— Co ty powiesz?
— Nie możemy zaoferować ci władzy, ani pieniędzy. Możemy natomiast zapewnić ci sławę. Gully Foyle — człowiek, który ocalił Planety Wewnętrzne przed anihilacją. Możemy zaoferować ci bezpieczeństwo. Usuniemy z akt całą twoją kryminalną przeszłość. Unieśmiertelnimy twoje nazwisko, zagwarantujemy miejsce w alei zasłużonych.
— Nie — ucięła krótko Jisbella McQueen. — Nie zgadzaj się na to. Jeśli chcesz być zbawicielem, zniszcz tę tajemnicę. Nie oddawaj PirE nikomu.
— Czym jest to PirE?
— Cisza! — warknął Dagenham.
— To termonuklearny materiał wybuchowy, detonowany samą myślą… poprzez psychokinezę — powiedziała Jisbella.
— Jaką myślą?
— Żądaniem zdetonowania skierowanym wprost do niego. To sprowadza go do masy krytycznej, jeśli nie jest odizolowany od otoczenia Obojętnym Izomerem Ołowiu.
— Mówiłem przecież, żebyś była cicho — burknął Dagenham.
— Jeśli wszyscy mamy mieć jakiś udział w przekonywaniu go, to ja też chce mieć swój.
— To więcej niż idealizm.
— Nic nie jest większe od idealizmu.
— Jest tajemnica Foyla — mruknął Yáng-Yeovil — Wiem jak stosunkowo mało znaczące jest teraz PirE -uśmiechnął się do Foyla. — Aplikant Sheffielda podsłuchał fragment waszej krótkiej dyskusji u św. Patryka. Wiemy już o kosmo-jauntingu.