Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Płonący Człowiek skrzywił się z bólu.
— Dość! — zawołał oślepiony hałasem i znowu nadleciała olśniewająca mozaika światła:
W łagodnych wzorach zórz polarnych doszedł jego oczu odległy tupot nóg:
To była grupa pościgowa ze szpitala Gouffre Martel, tropiąca Foyla i Jisbellę McQueen geofonem. Płonący Człowiek znikł, ale przedtem, nieświadomie, odciągnął ścigających z tropu zbiegów.
Był z powrotem pod gruzami św. Patryka, pojawiając się tam w chwilę po swym ostatnim zniknięciu. W swych dzikich wypadach w nieznane błąkał się po przypadkowych liniach hiperdezyjnych czasoprzestrzeni, które nieuchronnie sprowadzały go z powrotem do Teraźniejszości, od której pragnął uciec, bowiem na odwróconej krzywej siodłowej czasoprzestrzeni, jego Teraźniejszość była punktem położonym najniżej.
Mógł, wzdłuż linii hiperdezyjnych, poruszać się w górę w przyszłość i przeszłość, ale zawsze potem musiał spaść znowu do swej własnej Teraźniejszości, jak popchnięta po pochyłej ściance z dna dołka o nieskończonej głębokości piłka, która toczy się coraz to wolniej i wolniej, aby w końcu zatrzymać się na moment w bezruchu i stoczyć z powrotem w otchłań.
Ale zrozpaczony, wciąż miotał się w nieznane.
Znowu się jauntował.
Był na australijskim wybrzeżu, na plaży Jervis Beach.
Ruch bijących o brzeg fal wywrzaskiwał:
— LOGGERMIST CROTEHAVEN!
Szum przyboju oślepiał go światłami baterii reflektorów.
Przed nim stali Gully Foyle i Robin Wednesbury. Na piasku, który w ustach Płonącego Człowieka wywoływał smak octu, leżało ciało mężczyzny. Wiatr smagający mu twarz smakował jak szary papier.
Foyle otworzył usta i krzyknął. Dźwięk ten rozbłysnął w płonących, jasnych jak gwiazdy bąblach.
Foyle postąpił krok.
— GRASZ? — wrzasnął ruch.
Płonący Człowiek jauntował się.
Był w biurze Sergeia Orela w Szanghaju.
Przed nim znowu stał Foyle mówiący świetlnymi wzorami:
Mignął ponownie do katedry św. Patryka i znowu się jauntował.
BYŁ NA ROZWRZESZCZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH. BYŁ NA ROZWRZESZCZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH. BYŁ NA ROZ-WRZESZCZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH. BYŁ NA ROZWRZESZ-CZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH. BYŁ NA ROZWRZESZCZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH. BYŁ NA ROZWRZESZCZANYCH SCHODACH HISZPAŃSKICH.
Płonący Człowiek jauntował się.
Znowu było zimno smakiem cytryny i próżnią drapiącą mu skórę ohydnymi pazurami. Zaglądał przez iluminator srebrzystego jachtu. W tle wznosiły się postrzępione, księżycowe góry. Wewnątrz widział hałaśliwy szczek pompy krwi i pompy tlenu i słyszał ryk ruchu, który Gully Foyle wykonał w jego kierunku. Szponiasta próżnia ścisnęła go za gardło rozdzierającym chwytem.
Hiperdezyjne linie czasoprzestrzeni zepchnęły go z powrotem do Teraźniejszości, pod ruiny św. Patryka, gdzie od momentu, kiedy podjął swą szaleńczą walkę nie upłynęły jeszcze dwie sekundy. I znów rzucił się płonącą włócznią w nieznane.
Był w katakumbach Skopców na Marsie. Przed nim wił się biały ślimak, będący Lindseyem Joyce’em.
— NIE! NIE! NIE! — krzyczały jego ruchy. — NIE RAŃ MNIE. NIE ZABIJAJ MNIE. PROSZĘ CIĘ, NIE… NIE… NIE.
Płonący Człowiek otworzył swe tygrysie usta i roześmiał się.
— Ona cierpi — powiedział. Dźwięk własnego głosu poraził mu oczy.
— Kim jesteś? — szepnął Foyle.
Płonący Człowiek skrzywił się z bólu.
— Za jasno — powiedział. — Mniej światła.
Foyle postąpił krok naprzód.
— BLAA-GAA-DAA-MAŁŁ! — zawył ruch.
Płonący Człowiek zatkał sobie uszy dłońmi w śmiertelnej udręce.
— Za głośno! — krzyknął. — Nie ruszaj się tak głośno.
Ruch wijącego się Skopca wrzeszczał wciąż błagalnie:
— NIE RAŃ MNIE. NIE RAŃ MNIE.
Płonący Człowiek roześmiał się znowu. Była niema dla normalnych ludzi, lecz dla jego przemieszanych zmysłów treść jej błagań była jasna.
— Słuchaj jej; ona krzyczy. Błaga. Nie chce umierać. Nie chce cierpieć. Słuchaj jej.
— TO OLIVIA PRESTEIGN WYDAŁA TEN ROZKAZ. OLIVIA PRESTEIGN, NIE JA. NIE RAŃ MNIE. TO OLIVIA PRESTEIGN.
— Ona mówi kto wydał ten rozkaz. Czy nie słyszysz? Słuchaj oczyma. Ona mówi że to Olivia.
Połyskliwa szachownica pytania Foyla przekraczała już jego wytrzymałość. Płonący Człowiek ponownie zinterpretował drgawki Skopca.
— Ona mówi, że to Olivia Presteign. Olivia Presteign. Olivia Presteign.
Jauntował się.
Spadł z powrotem pod ruiny św. Patryka i nagle zamęt w głowie i bezgraniczna rozpacz powiedziały mu, że nie żyje. To był koniec Gully Foyla. To była wieczność, a piekło było realne. To co widział, było przeszłością przesuwającą się przed jego rozsypującymi się zmysłami w ostatnim momencie życia. To co znosił, musiał znosić po wsze czasy. Nie żył. Wiedział, że nie żył.
Nie chciał poddać się wieczności.
Znowu rzucił się na oślep w nieznane.
Płonący Człowiek jauntował się.
Był w roziskrzonej mgle, w śnieżnym obłoku gwiazd, pod prysznicem płynnych diamentów. Poczuł na skórze muśnięcie skrzydłem motyla. W ustach rozchodził się smak sznura zimnych pereł. Jego przemieszane jak w kalejdoskopie zmysły nie mogły mu powiedzieć gdzie się znajduje, ale wiedział, że chce pozostać w tym Nigdzie na zawsze.
— „Cześć, Gully.”
— Kto to?
— „To ja, Robin.”
— Robin?
— „Dawniej Robin Wednesbury.”
— Dawniej?
— „Teraz Robin Yeovil.”
— Nie rozumiem. Czy ja umarłem?
— „Nie, Gully.”
— Gdzie ja jestem?
— „Daleko, daleko od św. Patyka.”
— Ale gdzie?
— „Nie mogę tracić czasu na wyjaśnienia, Gully. Pozostaniesz tu tylko kilka chwil.”
— Dlaczego?
— „Bo nie umiesz jeszcze jauntować przez czasoprzestrzeń. Musisz wrócić i nauczyć się tego.”
— Ale ja umiem. Na pewno umiem. Sheffield powiedział mi, że kosmojauntowałem na „Nomada”… 600 000 mil.
— „To był przypadek, Gully, ale dokonasz tego znowu… kiedy się nauczysz… Teraz jeszcze nie umiesz. Nie wiesz jak się zatrzymać… jak odwrócić wszelką Teraźniejszość w rzeczywistość. Za chwile stoczysz się z powrotem do św. Patryka.”
— Robin, właśnie sobie coś przypomniałem. Mam dla ciebie złe wieści.
— „Wiem, Gully.”
— Twoja matka i siostry nie żyją.
— „Wiem o tym od dawna, Gully.”
— Od jak dawna?