Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Zaległa cisza.
— Kosmo-jaunting? — wykrzyknął wreszcie Dagenham. — To niemożliwe. Chyba jesteś w błędzie.
— Nie jestem w błędzie. Foyle dowiódł, że kosmo-jaunting jest możliwy. Jauntował się na odległość 600 000 mil z rajdera Satelitów Zewnętrznych na wrak „Nomada”. Jak już powiedziałem, jest to coś daleko większego niż PirE. Te sprawę chciałbym najpierw poruszyć.
— Każdy mówi tu czego chce — powiedziała wolno Robin Wednesbury — a czego chcesz ty, Gully Foyle?
— Dziękuję — odparł Foyle. — Chce zostać ukarany.
— Co?
— Chcę zmazać swe winy — powiedział zduszonym głosem. Na jego obandażowaną twarz zaczęło z wolna wypełzać szkarłatne piętno. — Chcę zapłacić za to co zrobiłem i wyrównać wszystkie rachunki. Chce się pozbyć tego cholernego krzyża, który dźwigam… tego bólu, od którego pękają mi plecy. Chcę wrócić do Gouffre Martel. Chcę, żeby poddano mnie lobotomii, jeśli na to zasłużyłem… a wiem, że zasłużyłem. Chcę…
— Chcesz uciec — przerwał mu Dagenham. — Nie ma drogi ucieczki.
— Chcę odzyskać wolność!
— Nie ma mowy — wtrącił się Yáng-Yeovil. — W twojej głowie zamkniętych jest zbyt wiele wartościowych rzeczy, aby stracić je poprzez lobotomię.
— Jesteśmy ponad takie dziecinne sprawy, jak zbrodnia i kara — dodał Dagenham.
— Nie — zaprotestowała Robin. — Zawsze tam gdzie istnieje wina, musi też istnieć wybaczenie. Nigdy nie jesteśmy ponad to.
— Korzyść i strata, wina i wybaczenie, idealizm i realizm — uśmiechnął się Foyle. — Wszyscy jesteście tacy wspaniałomyślni, tacy prostolinijni, tacy jednomyślni. Ja jeden mam wątpliwości. Zobaczymy jak wspaniałomyślni jesteście naprawdę. Oddasz Olivię, Presteignie? Oddasz mi ją, co? Czy wydasz ją również w ręce sprawiedliwości? Jest morderczynią.
Presteign spróbował wstać i opadł z powrotem na krzesło.
— Mówisz, że zawsze musi istnieć wybaczanie, Robin? A czy wybaczysz Olivii Presteign? Zamordowała twoją matkę i siostry.
Robin poszarzała na twarzy. Yáng-Yeovil spróbował zaprotestować.
— Satelity Zewnętrzne nie mają PirE, Yeovil. Wyjawił mi to Sheffield. Czy i tak użyłbyś go przeciwko nim? Czy uczyniłbyś z mego nazwiska popularną klątwę — tak jak to uczyniono z nazwiskami Lyncha i Boycotta?
Foyle zwrócił się do Jisbelli.
— Czy twój idealizm każe ci wrócić do Gouffre Martel i odbyć tam resztę kary? A ty, Dagenham, puścisz ją? Pozwolisz jej odejść?
Przesiąknięty goryczą, z trudem panując nad sobą, słuchał przez chwilę okrzyków oburzenia i obserwował ich zmieszanie.
— Życie jest takie proste — powiedział w końcu. — Tak łatwo podjąć decyzję, nieprawdaż? Czy mam respektować prawa własności Presteigna? Kierować się dobrem Planet? Podzielić idealizm Jisbelli? Realizm Dagenhama? Uszanować sumienie Robin? Naciśnijcie guzik i przyglądajcie się jak podskakuje robot. Ale ja nie jestem robotem. Jestem dziwolągiem Wszechświata — myślącym zwierzęciem — i staram się widzieć jasno swoją drogę przez to bagno. Czy mam zwrócić światu PirE i pozwolić na to, żeby sam siebie unicestwił? Mam nauczyć świat kosmo-jauntingu i umożliwić naszemu teatrzykowi dziwolągów rozprzestrzenienie się galaktyka po galaktyce po całym Wszechświecie? Jak brzmi odpowiedź?
Robot barman cisnął szklankę, w której jeszcze przed chwilą mieszał drinki. Przeleciała przez całą salę i roztrzaskała się o ścianę. W pełnej zdumienia ciszy, która zaległa po tym incydencie, Dagenham chrząknął:
— Cholera! Moje promieniowanie znowu rozstroiło twoje kukły, Presteignie.
— Odpowiedź brzmi: tak — odezwał się zupełnie wyraźnie robot.
— Co? — zapytał zaskoczony Foyle.
— Odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak.
— Dziękuję ci — powiedział Foyle.
— Cała przyjemność po mojej stronie, sir — odparł robot. — Człowiek jest przede wszystkim członkiem społeczeństwa, a dopiero potem indywidualną jednostką. Musisz iść ze społeczeństwem, niezależnie od tego, czy wybiera ono samozagładę, czy też nie.
— Całkowicie zbzikował — odezwał się niecierpliwie Dagenham.
— Wyłącz go, Presteignie.
— Poczekaj — rozkazał Foyle. Zerknął na wieczny uśmiech wygrawerowany na stalowej twarzy robota. — Ale społeczeństwo może być takie głupie. Takie podzielone. Byłeś przecież świadkiem tej rozmowy.
— Tak, sir, ma pan racje, ale musi pan je uczyć, a nie dyktować mu swoją wole. Musi pan uczyć społeczeństwo.
— Kosmo-jauntingu? Po co? Po co sięgać do gwiazd i galaktyk? Po co?
— Bo jest pan obdarzony życiem. Równie dobrze mógłby pan zapytać: po co jest życie? Niech pan o to nie pyta. Niech pan je przeżywa.
— Zupełnie oszalał — mruknął Dagenham.
— Ale to jest fascynujące — szepnął Yáng-Yeovil.
— W życiu musi być coś więcej niż samo tylko jego przeżywanie — powiedział Foyle do robota.
— A więc niech pan znajdzie w sobie to coś, sir. Niech pan nie zatrzymuje świata w jego ruchu tylko dlatego, że pan ma jakieś wątpliwości w tym względzie.
— Dlaczego wszyscy nie możemy posuwać się naprzód?
— Ponieważ wszyscy jesteście inni. Nie jesteście lemingami. Niektórzy z was muszą przewodzić i mieć tylko nadzieję, że reszta pójdzie za nimi.
— A kto przewodzi?
— Ludzie, którzy muszą… ludzie, którzy czują wewnętrzną potrzebę, ludzie dążący do jakiegoś celu.
— Ludzie-dziwolągi.
— Wszyscy jesteście dziwolągami, sir. Zawsze nimi byliście. Samo życie jest dziwolągiem. To jego nadzieja i chwała.
— Bardzo ci dziękuje.
— Cała przyjemność po mojej stronie, sir.
— Uratowałeś ten dzień.
— Zawsze gdzieś jest ładny dzień, sir — powiedział robot z nieodłącznym uśmiechem, po czym zasyczał, szczeknął i zwalił się na podłogę.
Foyle zwrócił się do pozostałych:
— To pudło ma racje — powiedział — a wy się mylicie. Kim my właściwie jesteśmy, kim jest każdy z nas, żeby podejmować decyzje w imieniu świata? Niech świat sam za siebie decyduje. Kim my jesteśmy, żeby mieć przed światem tajemnice? Niech świat dowie się wszystkiego i sam zadecyduje. Chodźcie do św. Patryka.
Jauntował się, a reszta podążyła za nim. Kwadratowa budowla była wciąż otoczona kordonem i do tego czasu zebrał się już wokół niej ogromny tłum. W dymiące ruiny wjauntowywało się tak wielu zuchwalców i odważnych, że policja zainstalowała ochronne pole indukcyjne, żeby ich tam nie wpuścić, ale i to nie powstrzymało łobuzów, ciekawskich i nieodpowiedzialnych od wjauntowywania się w dymiące zgliszcza po to tylko, aby po przypaleniu polem indukcyjnym odskakiwać ze skowytem.
Na sygnał dany przez Yáng-Yeovila pole wyłączono. Foyle przeszedł przez dymiące rumowisko do wschodniej ściany katedry, wznoszącej się na wysokość piętnastu stóp. Pomacał dymiące kamienie, coś nacisnął, coś podważył i ze zgrzytem uchyliła się kamienna płyta o wymiarach 3x5 stóp. Foyle chwycił ją oburącz i pociągnął. Płyta drgnęła, potem zardzewiałe zawiasy puściły, a sama płyta rozsypała się na kawałki.
Przed dwoma wiekami, kiedy to zniesiono zorganizowaną religie, a ortodoksyjnych wiernych zepchnięto do podziemia, jakieś pobożne owieczki zbudowały w katedrze św. Patryka te sekretną wnękę i urządziły w niej ołtarz. Złoto krucyfiksu błyszczało wciąż jasnością odwiecznej wiary, u stóp krzyża spoczywała mała, czarna kasetka z Obojętnego Izomeru Ołowiu.