Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7337-719-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
Colon spadł i wylądował na czymś miękkim — no, a w każdym razie bardziej miękkim od bruku; to coś powiedziało „muu-r-r-r-r-m”. Odbił się od tego i spadł na coś niższego, bardziej miękkiego, co zrobiło „baaarp”. Stoczył się dalej na coś jeszcze niższego i najwyraźniej zrobionego z pierza, co zaczęło go dziobać.
Ulicę wypełniały kręcące się niepewnie zwierzęta. Kiedy zwierzęta znajdą się w stanie niepewności, zaczynają się denerwować, a uliczka była już — można to tak określić — wybrukowana ich niepokojem. Dzięki temu okazała się nieco bardziej miękka, niż byłaby w innym przypadku.
Racice deptały Colonowi po rękach. Bardzo duże i mokre nosy sapały mu w kark.
Jak dotąd nie miał zbyt wielkiego doświadczenia ze zwierzętami, chyba że podzielonymi na porcje. Kiedy był mały, miał różową pluszową świnkę nazwaną Panem Okropą; doszedł też do szóstego rozdziału „Chowu zwierząt”. Były tam ryciny. Nigdzie nie wspomniano o gorących, cuchnących oddechach ani o wielkich, depczących stopach, podobnych do talerzy na kiju. Krowy, według książki sierżanta Colona, powinny robić „muuu”. Każde dziecko to wie. Nie powinny robić „muu-r-r-r-r-m”, niczym jakiś morski potwór, i pryskać na niego śliną.
Spróbował wstać, pośliznął się na chwili kryzysu jakiejś krowy i usiadł na owcy. Zabeczała „blaaaart”! Czy taki głos powinna wydawać porządna owca?
Wstał znowu i usiłował przedostać się do krawężnika.
— A sio! Zejdźcie mi z drogi, przeklęte owce! Wynocha!
Gęś syknęła na niego i wyciągnęła stanowczo za dużo szyi.
Colon cofnął się i zatrzymał, kiedy coś szturchnęło go w plecy. To była świnia.
Ale nie Pan Okropa. Nie mała świnka, która chodziła z nim na zakupy, ani mała świnka, która zostawała w domu. Trudno sobie wyobrazić, jakie miała racice, ale prawdopodobnie w rodzaju tych, na których rośnie szczecina, łuski i szpony jak orzechy nerkowca.
Ta świnka była wielkości kucyka. Ta świnka miała kły. I nie była różowa. Jej ostra sierść miała barwę czarną z odcieniem błękitu, ale świnka miała też — bądźmy sprawiedliwi, pomyślał Colon — czerwone świńskie oczka.
Ta świnka sprawiała wrażenie takiej, która wybiła psy gończe, wypruła flaki koniowi i pożarła myśliwego.
Colon odwrócił się i stanął twarzą w twarz z bykiem, podobnym do mięsnego sześcianu na nogach. Byk przesunął wielką głowę z boku na bok, żeby każde z oczu mogło się dobrze przyjrzeć sierżantowi. Jednak szybko stało się jasne, że żadnemu z nich sierżant się zbytnio nie podoba.
Opuścił łeb. Nie miał dość miejsca, by szarżować, ale na pewno mógł popychać.
Gdy zwierzęta tłoczyły się wokół, Colon wybrał jedyną możliwą drogę ucieczki.
Ludzie siedzieli nieruchomo na całej uliczce.
— Witam, witam, dobry wieczór, cóż my tu mamy? — odezwał się Marchewa.
Mężczyzna podtrzymujący własną rękę jęknął.
— Zostaliśmy brutalnie zaatakowani.
— Nie mamy czasu — odezwał się Vimes.
— Możemy mieć — zauważyła Angua. Klepnęła go w ramię i wskazała ścianę po drugiej stronie, gdzie ktoś znajomym pismem wypisał:
NIE MA WŁAŚCICIELA…
Marchewa przykucnął obok ofiary.
— Zostaliście napadnięci przez golema?
— Tak! Wściekły łajdak! Ledwie wyszedł z tej mgły i od razu się na nas rzucił! Sami wiecie, jakie one są!
Marchewa uśmiechnął się szeroko. Jego wzrok przebiegł wzdłuż ciała mężczyzny do leżącego w rynsztoku wielkiego młota; potem przemieścił się ku innym narzędziom rozrzuconym na scenie starcia. Niektóre miały połamane uchwyty. Był też długi łom wygięty w równy pierścień.
— Mieliście szczęście, że byliście tak dobrze uzbrojeni.
— Był spokojny, a potem nas zaatakował. — Jeden z mężczyzn spróbował pstryknąć palcami. — Ot, tak… Auć!
— Chyba uszkodził pan sobie palce.
— Zgadza się.
— Nie rozumiem tylko, jak mógł być spokojny, a potem się na was rzucić, a równocześnie ledwie wyjść z mgły i od razu…
— Wszyscy wiedzą, że im nie wolno się bronić!
— Się bronić… — powtórzył Marchewa.
— Nie powinno tak być, że one chodzą sobie po ulicy i w ogóle — wymamrotał mężczyzna z bolącym palcem, odwracając wzrok.
Z tyłu rozległ się tupot nóg i do strażników podbiegło kilku ludzi w poplamionych krwią fartuchach.
— Tędy poszedł! — wrzasnął jeden. — Dogonicie go, ale musicie się pospieszyć!
— No dalej, nie stójcie tak! Za co płacimy podatki? — ponaglił drugi.
— Przeszedł po wszystkich zagrodach i wypuścił zwierzęta. Wszystkie! Na Świńskiej Górce nie można się ruszyć!
— Golem wypuścił zwierzęta? — nie dowierzał Vimes. — Po co?
— Skąd mogę wiedzieć? Zabrał judascapa z rzeźni Socka, więc połowa tych bestii biegła za nim! A potem wziął i wsadził starego Fosdyke’a w maszynę do kiełbas…
— Co?
— Nie, nie pociągnął za dźwignię. Wepchnął mu tylko do ust pęczek pietruszki, wrzucił do spodni cebulę, posypał płatkami i wcisnął do podajnika!
Angui zadrżały ramiona. Nawet Vimes się uśmiechnął.
— Potem poszedł do handlarza drobiem, złapał pana Terwilliego i… — Rzeźnik przerwał, świadom obecności damy, nawet jeśli dama wydawała z siebie zduszone parskania i usiłowała nie wybuchnąć śmiechem. — I skorzystał z szałwii i cebuli. Jeśli wiecie, o co mi chodzi…
— Znaczy, że on… — zaczął Vimes.
— Tak!
Jego kolega pokiwał głową.
— Biedny Terwillie, długo nie będzie mógł spojrzeć z bliska na szałwię i cebulę.
— Zapewne to ostatnia rzecz, jaką by zrobił — rzekł Vimes.
Angua musiała odwrócić się plecami.
— Powiedz, co się zdarzyło u waszego handlarza wieprzowiny — zaproponował rzeźnik.
— Nie jest to chyba konieczne — stwierdził Vimes. — Dostrzegam już wzorzec zachowań.
— No właśnie! A biedny Sid jest dopiero uczniem i nie zasłużył na to, co mu zrobił!
— Ojej — zmartwił się Marchewa. — Eee… Mam chyba taką maść, która mogłaby…
— Pomoże na jabłko? — upewnił się rzeźnik.
— Wepchnął mu jabłko do ust?
— Źle!
— Ouć! — skrzywił się Vimes.
— I co z tym zrobić? — zapytał groźnie rzeźnik, zbliżając nos na kilka cali do twarzy komendanta.
— No, jeśli da się je złapać za ogonek…
— Mówię poważnie! Co zamierzacie z tym zrobić? Płacę podatki i znam swoje prawa! — Dźgnął palcem w napierśnik Vimesa.
Komendant zmartwiał. Spojrzał na wyciągnięty palec, potem na wielki czerwony nos rzeźnika.
— W takim przypadku sugeruję, żeby wziął pan drugie jabłko…
— Ehm… przepraszam bardzo — wtrącił głośno Marchewa. — Pan Maxilotte, prawda? Ma pan sklep przy Rzeźniczej?
— Zgadza się. I co z tego?
— Bo nie przypominam sobie, żebym widział pańskie nazwisko w rejestrze płatników podatku, co jest bardzo dziwne, bo powiedział pan przecież, że pan płaci, a przecież by pan nie kłamał w takiej sprawie, a zresztą i tak kiedy pan płaci, dają panu pokwitowanie, bo takie są przepisy, i jestem pewien, że je pan znajdzie, jak się pan rozejrzy…
Rzeźnik opuścił palec.
— E, no tak…
— Jeśli pan chce, mogę odwiedzić pana i pomóc — zaproponował Marchewa.