Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
To, że jego uczucia stały się powszechnie znane, że być może — nie, z pewnością — były przedmiotem plotek krążących wśród wojskowej społeczności Videssos, mogło tylko przerazić trybuna, który nie chciał odsłaniać się przed kimkolwiek z wyjątkiem swoich przyjaciół.
Odetchnął z ulgą, kiedy Gajusz Filipus powrócił do pierwotnego tematu ich rozmowy.
— Wystarczy wzmocnić własną linię pikarzami i poczęstować ich gęstą salwą pilą, gdy tylko znajdą się w zasięgu, a nasi wspaniali namdalajscy koniarze przeżyją naprawdę gorące chwile. Konie mają więcej rozumu w głowie, niż biec na cokolwiek ostrego.
Viridoviks spojrzał na centuriona z rozdrażnieniem.
— Niech cię wszyscy diabli wezmą za to, że upierasz się przy najbardziej bezsensownym pomyśle, jaki kiedykolwiek słyszałem. Mogliśmy sprawić, że wiłby się jak robaczek w kuflu piwa, a ty dalej bajdurzysz o biednych konikach, oby je Epona miała w swojej opiece. — Wymierni imię głównej galijskiej bogini, opiekunki koni.
— Któregoś dnia, być może, to ty wpadniesz do kufla z piwem — rzekł Gajusz Filipus, spoglądając mu w oczy. — Wówczas zobaczymy, czy ucieszysz się, gdy zmienię temat.
Kiedy Mavrikios przygotowywał swój atak, by raz na zawsze skończyć z Yezd, zachodni wróg Imperium nie pozostawał bezczynny. Jak zawsze potok dzikich koczowników spływał stepem; znad rzeki Yegird, i dalej do północnozachodnich prowincji kraju zwanego niegdyś Makuranem. W taki to właśnie sposób przed pięćdziesięciu laty Yezda wkroczyli do tego kraju. Khagan Wulghash, dla Marka nie ulegało to wątpliwości, nie był głupcem. Zamiast pozwalać przybyszom na osiedlanie się i sianie zamętu we własnym państwie, pchał ich dalej na wschód przeciwko Videssos, nęcąc obietnicami walki, łupów i wsparcia armii Yezd.
Koczownicy, ruchliwsi od swych przeciwników, przemykali przez górskie doliny Vaspurakanu i wdzierali się na leżące za nimi żyzne równiny, niosąc ze sobą okrucieństwo i grabieże, pozostawiając zabitych i okaleczonych. Najeźdźcy byli jak woda; gdy zatkało się jeden przeciek, przeciskali się innym, zawsze wyszukując słabe miejsca i aż nadto często znajdując je.
A na ich czele stał Avshar. Marek przeklinał, a Nephon Khoumnos przysięgał, że pierwsze doniesienia o nim są kłamstwami, lecz szybko musieli uznać je za prawdziwe. Zbyt wielu uciekinierów przybywających do Videssos z tym tylko, co zdołali unieść, opowiadało rzeczy, które nie pozostawiały miejsca na wątpliwości. Wódz-czarodziej z Yezd nie próbował ukryć swej obecności. Przeciwnie, chełpił się nią, by jeszcze bardziej przerazić swych wrogów.
Pozostając wiernym białym szatom, jakie zawsze nosił, na wierzchowca wybrał sobie ogromnego, czarnego rumaka, o połowę większego od stepowych kuców swych podwładnych. Jego miecz zrąbał tych paru na tyle odważnych, by mu się przeciwstawić, a jego potężny łuk słał strzały śmierci, dolatujące dalej niż strzały, które jakikolwiek normalny człowiek — jakikolwiek człowiek z krwi i kości — zdołał wystrzelić ze swego łuku. Powiadano, że każdy, kogo trafią te strzały, musi umrzeć, choćby był tylko draśnięty. Powiadano też, że żadna strzała ani dzida nie mogą go zranić i że sam jego widok pozbawia odwagi nawet największego bohatera. Pamiętając czar, jaki odparowało jego wspaniałe galijskie ostrze, Marek z łatwością mógł uwierzyć w to ostatnie.
Zbliżała się pełnia lata, a Imperator wciąż gromadził wojska. Na zachodzie miejscowe oddziały walczyły z Yezd bez wsparcia armii, którą koncentrowano w stolicy. Żaden z Rzymian nie potrafił zrozumieć, dlaczego Mavrikios, z pewnością człowiek czynu, nie wyruszył jeszcze w pole. Kiedy Skaurus zapytał o to Neilosa Tzimiskesa, ów odpowiedział: — Zbyt szybko może okazać się gorsze niż zbyt późno, rozumiesz.
— Sześć tygodni temu — nawet trzy tygodnie temu — odpowiedziałbym na to „tak”. Lecz jeśli szybko nie weźmiemy się do roboty, to niewiele pozostanie z Imperium do uratowania.
— Uwierz mi, przyjacielu, sprawy nie przedstawiają się tak prosto, jak to się wydaje. — Jednak kiedy Marek próbował wyciągnąć od Tzimiskesa coś więcej, Neilos wycofał się w niejasne obietnice, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Rzymianin nabrał pewności, że Tzimiskes wie więcej, niż chce powiedzieć.
Następnego dnia Skaurus palnął się w czoło, że nie próbował dowiedzieć się tego, co chciał, od Phostisa Apokavkosa. Prawda, dawny wieśniak wtopił się tak dobrze w szeregi Rzymian, że trybun często zapominał, iż Apokavkos nie wędrował razem z legionistami przez galijskie puszcze. Jego nowe otoczenie — rozumował Marek — może uczyniło go bardziej rozmownym od Tzimiskesa.
— Nie wiesz, dlaczego nie wyszliśmy w pole? Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę tego nie wiesz? — Apokavkos wytrzeszczył oczy na trybuna. Szarpnął za powietrze w miejscu, gdzie niegdyś była jego broda, a potem roześmiał się sam z siebie. — Wciąż nie mogę przywyknąć do tego golenia. Odpowiedź na twoje pytanie jest bardzo prosta; Mavrikios nie opuści miasta, dopóki nie zdobędzie pewności, że wciąż będzie Imperatorem, kiedy tu wróci.
Markowi przyszło jeszcze raz uderzyć się w czoło.
— Zaraza na tych polityków! Stawką jest przecież całe Imperium, a nie to, kto siedzi na tronie.
— Patrzyłbyś na to odrobinę inaczej, gdybyś to ty na nim siedział.
Skaurus zaczaj protestować, a potem cofnął się myślami do ostatnich dziesięcioleci historii Rzymu. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że wojny przeciwko królowi Mitrydatesowi z Pontu ciągnęły się tak długo tylko dlatego, że walczące z nim legiony raz przechodziły na stronę Sulli, a raz Mariusza. Bieda polegała nie tylko na braku współpracy pomiędzy obiema tymi frakcjami; obie grupy nieustannie wracały z Azji Mniejszej do Italii, by brać udział w kolejnym etapie wojny domowej. Videssańczycy byli takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Nie można było od nich wymagać, by nie byli takimi głupcami jak wszyscy inni.
— Zrozumiałeś, to dobrze — powiedział Apokavkos, widząc niechętne przytaknięcie Marka. — Poza tym, jeśli wątpisz w moje słowa, to jak wyjaśnisz fakt, że w zeszłym roku Mavrikios pozostał w mieście i nie wyruszył walczyć z Yezd? Wówczas sprawy miały się jeszcze gorzej niż teraz; po prostu nie ośmielił się wyjechać.
Komentarz adoptowanego Rzymianina wyjaśnił coś, nad czym Skaurus łamał sobie głowę już od pewnego czasu. Nic dziwnego, że Mavrikios wyglądał tak ponuro, kiedy przyznawał, że wcześniej nie mógł wyruszyć przeciwko Yezd! W ciągu ubiegłego roku potęga Imperium niezmiernie wzrosła i, w obliczu zagrożenia ze strony Yezd, również jego jedność. Teraz trybun lepiej rozumiał podpuchnięte i zaczerwienione oczy Mavrikiosa; dziwne było, że w ogóle ośmielał się sypiać.
Jednak potęga i jedność wciąż nie maszerowały ręka w rękę w Videssos, jak to Marek odkrył kilka dni później. Trybun nalegał na Apokavkosa, by ten podtrzymywał uliczne znajomości, jakie pozawierał podczas pobytu w mieście. Marek widział, jak nieustannie kipiący potok wieści i pogłosek omijał Namdalajczyków, i nie chciał, by z Rzymianami stało się podobnie. Meldunek, jaki mu złożył Phostis sprawił, że trybun podziękował sobie za przezorność.
— Gdyby to nie dotyczyło i nas, pewnie bym ci tego nie powiedział — rzekł Apokavkos — ale myślę, że dobrze zrobimy, jeśli przez kilka następnych dni nie będziemy zbyt często opuszczać koszar. Szykują się kłopoty dla przeklętych wyspiarzy, a zbyt wielu w mieście stawia nas i ich w jednym rzędzie.
— Dla Namdalajczyków? — zapytał Marek. Kiedy Phostis skinął głową, powiedział: — Ale dlaczego? Wojowali z Imperium, to prawda, lecz wszyscy Namdalajczycy, którzy są teraz w mieście, są tutaj po to, by walczyć z Yezd.