W 20 lat później
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1957
- Язык: польский
- Год: Państwowe Wydawnictwo “Iskry”
- ISBN: 83-207-1207-6
- Переводчик: Stefan Flukowski
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:
Wszelkimi sposobami znanymi podówczas próbowano przywrócić władzę jego członkom; lecząc zadano mu tyle cierpień, że oddalił wszystkich lekarzy oświadczając, iż najbardziej odpowiada mu choroba; następnie powrócił do Paryża, gdzie miał już ustaloną opinię człowieka lotnego dowcipu. Tu kazał sporządzić sobie krzesło własnego pomysłu. I kiedy pewnego dnia, siedząc w tym krześle złożył wizytę królowej Annie Austriaczce, ta, zachwycona jego dowcipem, zapytała, czy nie życzy on sobie jakiego tytułu.
— Tak jest, wasza królewska mość. Jest taki jeden, który bardzo pragnąłbym mieć — odparł Scarron.
— A jakiż to? — zapytała Anna Austriaczka.
— Tytuł chorego waszej królewskiej mości — odpowiedział ksiądz. I Scarron został mianowany chorym królowej z pensją tysiąca pięciuset liwrów.
Od tego czasu Scarron, pozbawiony troski o dzień jutrzejszy, wiódł wesoły tryb życia przejadając zarówno kapitały, jak i dochody.
Jednakże pewnego dnia wysłannik kardynała dał mu do zrozumienia, że postępuje niewłaściwie przyjmując u siebie koadiutora.
— A to czemu? — zapytał Scarron. — Czyż nie jest to człowiek dobrze urodzony?
— Dalibóg, w samej rzeczy.
— Przyjemny?
— Nie da się zaprzeczyć.
— Dowcipny?
— Na nieszczęście ma za wiele dowcipu.
— Więc dlaczegóż pan chcesz — odparł Scarron — abym przestał widywać podobnego człowieka?
— Ponieważ źle myśli.
— Doprawdy? A o kim?
— O kardynale.
— Jakżeż to? Widuję się ciągle z panem Gilles Despreaux, który o mnie źle myśli, a pan chcesz, abym przestał się widywać z panem koadiutorem, dlatego
że myśli źle o kimś innym? Niemożliwe!
Rozmowa utknęła, a Scarron, powodowany przekorą, widywał się z panem de Gondy jeszcze częściej.
Otóż rankiem tego dnia, w którym przybyliśmy wraz z Atosem do Paryża, przypadała wypłata kwartalna i Scarron, jak to miał we zwyczaju, posłał służącego z pokwitowaniem, aby podjął jego pensję kwartalną z kasy wypłat; tam jednak odpowiedziano:
“Państwo nie posiada już pieniędzy dla księdza Scarrona”.
Kiedy służący przyniósł tę odpowiedź Scarronowi, bawił właśnie u niego książę de Longueville, który z miejsca zaofiarował się z dwakroć wyższą pensją od skreślonej przez Mazariniego. Ale szczwany podagryk ani myślał jej przyjąć.
Zakrzątnął się tak żywo, że o czwartej po południu całe miasto wiedziało o odmowie kardynała. Był to właśnie czwartek, dzień przyjęć u księdza; przybyły doń tłumy, w całym mieście zaciekle krytykowano Mazariniego.
Na ulicy Saint-Honore Atos spotkał dwóch nieznanych szlachciców, jadących konno jak i on, ze służącym z tyłu jak jego służący, i zdążających tą samą drogą.
— Czy pan wie, że ten łajdak Mazarini skreślił pensję biednemu Scarronowi?!
— Toż to niedorzeczność — odparł Atos oddając ukłon obu kawalerom.
— Zaraz widać, żeś pan jest zacnym człowiekiem — odpowiedział ów, który zwrócił się był do Atosa. — Ten Mazarini to prawdziwa plaga.
— Niestety, panie — odrzekł Atos. — Nie mnie o tym mówić.
I rozstali się jak najuprzejmiej.
— Dobrze się składa, że mamy tam iść dziś wieczorem — zwrócił się Atos do wicehrabiego. — Wyrazimy nasze uszanowanie temu biednemu człowiekowi.
— Ale kto to właściwie jest ten pan Scarron, który poruszył tak cały Paryż? — zapytał Raul. — Czy to może jakiś minister, co popadł w niełaskę?
— Ależ na Boga, nic podobnego, wicehrabio — odparł Atos. — To po prostu mały szlachcic o wielkim umyśle, który popadł w niełaskę u kardynała za napisanie przeciw niemu jakiegoś czterowiersza.
— A czy ludzie szlacheckiego pochodzenia piszą wiersze? — spytał naiwnie Raul. — Sądziłem, że to przynosi ujmę.
— Tak, mój drogi wicehrabio — Atos zaśmiał się w odpowiedzi — ale tylko wówczas, kiedy wiersze są złe; gdy są pisane dobrze, przyczyniają jeszcze sławy. Weź takiego pana de Rotrou. Jednakże — ciągnął Atos tonem, jakim udziela się zbawczej rady — sądzę, że lepiej tego nie czynić.
— A więc — pytał Raul — ten pan Scarron jest poetą?
— Tak, uprzedziłem cię, wicehrabio, miej się więc na baczności w tym domu. Mów tylko gestami albo raczej tylko słuchaj.
— Tak, panie — odrzekł Raul.
— Będziesz mnie widział wiele rozmawiającego z jednym z moich przyjaciół; będzie to ksiądz d’Herblay, o którym często ode mnie słyszałeś.
— Przypominam go sobie, panie.
— Od czasu do czasu zbliż się do nas niby dla powiedzenia czegoś, lecz proszę cię nie mów nic. Również i nie słuchaj. Pomoże nam to uniknąć natrętów.
— Tak, panie, będę posłuszny w każdym calu.
Atos pojechał odbyć dwie wizyty na mieście. Po czym o godzinie siódmej skierowali się w stronę ulicy des Tournelles. Była ona zapchana tragarzami, końmi i pieszą służbą. Atos utorował sobie przejście i wszedł do środka, a za nim młodzieniec. Pierwszą osobą, której widok uderzył go zaraz przy wejściu, był Aramis; przysiadł obok fotela na kółkach, bardzo obszernego, posiadającego baldachim z tkaniny używanej na obicia, pod którym poruszała się owinięta brokatową kołdrą, drobna postać o twarzy dość młodej, pełnej uśmiechów, lecz od czasu do czasu pokrywającej się bladością, przy czym oczy jej nie traciły bynajmniej żywego, bystrego czy ujmującego wyrazu. Był to ksiądz Scarron, zawsze roześmiany, pełen kpiny, prawiący komplementy, cierpiący i drapiący się małą pałeczką.
Wokół tego jakby ruchomego namiotu cisnął się tłum szlachty i dam. Komnata utrzymana była bardzo czysto i przyzwoicie umeblowana. Z dużych okien spadały wielkie, wzorzyste w kwiaty draperie, niegdyś o żywych barwach, teraz już nieco spłowiałych; obicie ścian skromne, ale w dobrym guście. Dwaj lokaje, uprzejmi, wymusztrowani, pełnili swą służbę z dystynkcją.
Zoczywszy Atosa, Aramis zbliżył się ku niemu, ujął za dłoń i przedstawił Scarronowi, który okazał nowemu gościowi tyleż grzeczności co i szacunku, wicehrabiego zaś obdarzył dowcipnym komplementem. Raul zdumiał się, gdyż nie był przygotowany na taki majestat dowcipnisia. Skłonił się jednak z wielką gracją. Atosa jęli komplementować dwaj czy trzej panowie, którym przedstawił go Aramis, po czym hałas spowodowany wejściem hrabiego powoli się uciszył i potoczyła się ogólna rozmowa.
Po czterech czy pięciu minutach, które pozwoliły Raulowi dojść do siebie i rozejrzeć się w topografii zgromadzenia, otworzyły się drzwi i lokaj oznajmił przybycie panny Paulet.
Atos ujął wicehrabiego za ramię.
— Raulu, spójrz na tę kobietę, jest ona bowiem osobistością historyczną; do niej to właśnie jechał Henryk IV, kiedy został zamordowany.
Raul zadrżał; od kilku dni co chwila podnosiła się jakaś kurtyna, odsłaniająca przed nim jakiś heroiczny aspekt: oto weszła kobieta jeszcze młoda i piękna, która znała Henryka IV i z nim rozmawiała.
Wszyscy stłoczyli się wokół nowo przybyłej, gdyż była ona jeszcze wciąż bardzo w modzie. Wysoka, o smukłej, giętkiej figurze, miała bujne, złociste włosy, w jakich lubował się Rafael i w jakie Tycjan przystrajał wszystkie swoje Magdaleny. Ten płowy kolor, a może królewska władczość, która stanowiła o jej przewadze nad innymi kobietami, nadały jej przezwisko Lwicy.
Niechaj nasze piękne panie pretendujące do tego światowego tytułu wiedzą, że nie przypadł on im, jak być może sądziły, z Anglii, ale od ich pięknej, pełnej dowcipu rodaczki, panny Paulet.
Panna Paulet skierowała się wprost do Scarrona wśród szmeru głosów, jaki podniósł się zewsząd na jej przybycie.