Zatoka cykuty
- Автор: Коултер Кэтрин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zatoka cykuty». Краткое содержание книги:
– Zawsze fascynował mnie żołnierz na tym obrazie. Zastanawiałem się, czy ktoś by po nim rozpaczał, gdyby zginął.
– Tak, to wspaniały obraz. Czy Dillon powiedział panu, co się dzieje w sprawie Lily i Simona?
– Mówił mi, że agent Hoyt znalazł rozkład lotów prywatnego odrzutowca, który należy do Waldemarsudde Corporation. Ten learjet wystartował z lotniska Arcata do Goteborga. Na czele tej korporacji stoi Ian Jorgenson, syn Olafa Jorgensona, kolekcjonera, który zapewne jest z tą sprawą związany.
– Mówił panu, że jego syn też jest kolekcjonerem?
– Tak – odparł Jimmy. – Ciekawe, że Elcott i Charlotte Frasierowie zostali również porwani. Może zresztą polecieli dobrowolnie, wiedząc, że tutaj pętla się już zacieśnia. Tennyson jest nadal w Hemlock Bay. Nie ma jeszcze żadnych dowodów, które by pozwoliły włączyć go do sprawy zamachu na życie Lily czy zabójstwa pana Mońka. Wydaje mi się, że mąż Lily jest niewinną ofiarą swoich rodziców.
– To możliwe – odrzekła Sherlock. – Ale teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Lily się z nim rozwodzi. Aha, jeszcze coś. Dillon telefonował już do swoich przyjaciół z policji w Sztokholmie i w Uppsali. Wiemy, że Jorgensonowie mają olbrzymią posiadłość w Goteborgu. Nazywa się Slottsskogen, Leśny Zamek. Dillon mówił, że jeden z jego przyjaciół, Petter Tuomo, ma dwóch braci w policji w Goteborgu. Zajęli się sprawą, ale jeszcze nie mamy żadnych wiadomości.
– To dobrze, że rozpoczęto akcję – powiedział Jimmy. – Czy Savich ma przyjaciół na całym świecie?
– Prawie i chwała Bogu za to. – Sherlock westchnęła, pocałowała Seana i potrząsnęła głową. – Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie czyhają na nas jakieś okropieństwa. Strasznie się boimy o Lily i Simona. Możemy się tylko modlić, żeby Olaf Jorgenson ich nie zamordował.
– Po co by miał ich porywać, gdyby chciał zabić? To nie miałoby sensu. To wszystko musi być bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje.
Goteborg, Szwecja
Godzinę później Lily i Simon, po ciepłej kąpieli, przebrani w nowe ubrania, schodzili szerokimi, dębowymi schodami do holu. Alpo i Nikki szli za nimi. Przeszli przez hol, którego podłoga z białych i czarnych kwadratów marmuru tworzyła kolosalną szachownicę. Wzdłuż ścian stały wyrzeźbione z marmuru białe i czarne figury szachowe. Każda figura miała około dziewięćdziesięciu centymetrów wysokości.
Potem szli szerokim korytarzem i weszli do ogromnego, bardzo wysokiego pokoju. Na wszystkich ścianach były półki pełne książek i stało tam kilka wysokich bibliotecznych drabinek. W marmurowym kominku płonął ogień, a w rogu pokoju stało duże biurko. Siedział za nim około pięćdziesięcioletni mężczyzna. Był wysokim, szczupłym blondynem z niebieskimi oczami, bardzo opalonym. Kiedy wprowadzono Simona i Lily, wstał zza biurka i popatrzył na nich z wyrazem uprzejmego zainteresowania. Alpo i Nikki zostali przy drzwiach.
– Witam pana w Slottsskogen, panie Russo, i panią, pani Frasier. To nasz Leśny Zamek. Za naszym przykładem nazwano niegdyś Leśnym Zamkiem największy park w tym mieście. Może państwo usiądą.
– Jakie to miasto?
– Siadajcie. Ojciec prosił, żebym was przywitał.
– Mówi pan płynnie po angielsku – zauważył Simon.
– Studiowałem w Princeton. Skończyłem historię sztuki, jak łatwo się domyślić. Oczywiście ukończyłem również studia menedżerskie.
– Dlaczego tu jesteśmy? – spytała Lily.
– A oto ojciec. Nikki, podwieź go tutaj, żeby mógł się przyjrzeć pani Frasier.
Lily zesztywniała na krześle, kiedy Nikki pchał wózek inwalidzki w ich kierunku. Siedział w nim niesłychanie stary człowiek, z kilkoma kępkami siwych włosów na głowie. Wyglądał na słabowitego, rachitycznego staruszka, ale kiedy podniósł głowę, w jego zimnych, niebieskich oczach zobaczyła wybitną inteligencję. Była pewna, że nadal ma sprawny umysł.
– Bliżej – polecił starzec.
Nikki przysunął wózek inwalidzki tuż do Lily. Stary mężczyzna wyciągnął rękę i dotknął końcami palców jej policzka. Lily chciała się cofnąć, ale zastygła w miejscu.
– Jestem Olaf Jorgenson, a ty jesteś Lily. Mówię dobrze po angielsku, bo tak samo jak mój syn studiowałem w Princeton. Masz na sobie białą sukienkę, tak jak sobie życzyłem. Jest piękna. – Przesunął dłonią po jedwabnym rękawie. – Chcę, żeby zrobiono ci portret w tej sukni. Cieszę się, że tym amerykańskim durniom nie udało się zabić ani ciebie, ani pana Russa.
– My też się z tego cieszymy – powiedziała Lily. – Dlaczego oni chcieli nas zabić, panie Jorgenson?
– Oddałem tę sprawę w ręce Frasierów, ale oni ją pokpili. Teraz jestem z tego zadowolony. Nie wiedziałem, jak wyglądasz, Lily. Kiedy Ian pokazał mi twoją fotografię, kazałem Frasierom zostawić cię w spokoju. Wysłałem Alpa i Nikkiego do Kalifornii, żeby cię do mnie przywieźli. Oni też nie najlepiej się spisali. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i wreszcie tu jesteś, moja droga.
– Nie ma nic szczególnego w moim wyglądzie – powiedziała Lily. – Po prostu jestem sobą.
Wiedziała jednak, że jest podobna do kogoś, na kim mu zależy, więc czekała, wstrzymując oddech.
– Wyglądasz jak Sarah Jameson – odezwał się wreszcie – gdy poznałem ją w Paryżu bardzo dawno temu, jeszcze przed drugą wojną światową, kiedy kwitło tam życie artystyczne. Francuscy burżuje wściekali się na nasze ekscentryczne, hulaszcze życie, bo nie potrafili go zrozumieć. Do dziś pamiętam te długie godziny, które spędzaliśmy u Gertrudy Stein. To była niezwykle inteligentna kobieta. Picasso uwielbiał ją, i malował. Pamiętam też Matissa, który był cichy i spokojny, dopóki nie napił się absyntu. Zaczynał wtedy malować, śpiewając niesłychanie sprośne piosenki.
Wszyscy najbardziej utalentowani ludzie zgromadzili się wtedy w Paryżu. Widziałem Hemingwaya, jak z Brakiem i Sherwoodem urządzali zawody w pluciu na odległość. Twoja babka też przy tym była. Jakże cudowne było życie cyganerii, która dała światu tak wspaniałą sztukę.
– Nie wiedziałem, że jest pan pisarzem czy też malarzem – odezwał się Simon.
– Niestety, nie jestem, chociaż próbowałem malować, uczyłem się u wielkich mistrzów i zmarnowałem wiele płócien. Tylu moich młodych przyjaciół chciało malować albo pisać. Przyjechaliśmy do Paryża, żeby podziwiać te wspaniałe talenty, licząc na to, że ich mistrzostwo choć trochę nas zainspiruje. Niektórzy z moich starych przyjaciół rzeczywiście stali się wielkimi artystami; inni wrócili do domu, żeby zająć się produkcją mebli albo sprzedażą znaczków na poczcie. Ale Sarah Jameson była najwspanialsza. Stein korespondowała z nią aż do śmierci.
– Jak dobrze znał pan moją babcię, panie Jorgenson? Cichy głos Olafa Jorgensona przywoływał wspomnienia, które wciąż żyły w jego pamięci.
– Sarah była trochę starsza ode mnie – piękna i utalentowana, gwałtowna i nieujarzmiona jak Sirocco wiejące od libijskich pustyń. Kochałem ją. Potem poznała jakiegoś cholernego Amerykanina, który przyjechał do Paryża w interesach, biznesmena w szarym flanelowym garniturze, i wolała go ode mnie. Opuściła mnie i pojechała z nim do Ameryki.
– To był mój dziadek, Emerson Elliott. Wyszła za niego za mąż w połowie lat trzydziestych, w Nowym Jorku.
– Tak, opuściła mnie i już jej nigdy więcej nie spotkałem W latach pięćdziesiątych zacząłem kolekcjonować jej obrazy. Początkowo nikt o tym nie wiedział, że swoje obrazy zapisała w testamencie wnukom. Zostawiła każdemu z nich osiem swoich pięknych płócien. Pragnąłem mieć je wszystkie w swojej kolekcji. Tak się złożyło, że jesteś pierwsza, ale udało się nam zdobyć tylko cztery oryginały, zanim Frasierowie przekonali się, że chcesz opuścić ich syna mimo leków, które ci podawali. Wiedzieli, że zabierzesz stamtąd obrazy, więc postanowili cię zabić. Po śmierci twojej córki cały spadek przypadłby mężowi.