Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Ubrani byli w srebrzyste lub purpurowe bluzy z krezowymi kołnierzami i krótkimi, szerokimi rękawami, wąskie, błyszczące paski, kilty i sandały. Wszyscy, mężczyźni i kobiety, mieli pomalowane paznokcie u rąk i nóg, umalowane wargi i oczy, wszyscy też nosili kolczyki.
Nad głową każdego z nich, niemal dotykając włosów, unosiła się wielobarwna kulą średnicy mniej więcej jednej stopy. Kule te wirowały i połyskiwały, zmieniały kolory poprzez wszystkie odcienie widma. Od czasu do czasu wybiegały z nich sześciokątne promienie, zielone, błękitne, czarne lub lśniąco białe. Potem znikały, by ustąpić miejsca kolejnym sześciokątom.
Burton spojrzał w dół. Miał na sobie tylko czarny ręcznik, spięty w pasie.
— Uprzedzę twoje pierwsze pytanie i powiem, że nie udzielony ci żadnych informacji na temat miejsca, w którym się znalazłeś.
Tym, który się odezwał, był rudowłosy mężczyzna. Uśmiechnął się do Burtona odsłaniając nieludzko białe zęby.
— Znakomicie — odparł Burton. — A na jakie pytania mi odpowiesz, jak Cię tam zwać? Na przykład, jak mnie znaleźliście?
— Na imię mi Loga — wyjaśnił rudzielec. — Udało się nam dzięki połączeniu działań detektywistycznych i szczęścia. Była to dość złożona operacja, lecz dla ciebie postaram się ją uprościć. Mieliśmy pewną ilość agentów, którzy cię szukali, żałośnie małą w porównaniu z trzydziestu sześcioma miliardami, sześcioma milionami, dziewięcioma tysiącami sześćset trzydziestoma siedmioma kandydatami żyjących nad Rzeką.
Kandydaci? pomyślał Burton. Kandydaci do czego? Do wiecznego życia? Czyżby było prawdą to, co do celu Zmartwychwstania twierdził Spruce?
— Nie mieliśmy pojęcia — mówił dalej Loga — że uciekasz przed nami poprzez samobójstwa. Nic nie podejrzewaliśmy nawet wtedy, gdy wykryto cię na terenach tak bardzo od siebie odległych, że nie mógłbyś do nich dotrzeć inaczej niż drogą zmartwychwstania. Uważaliśmy, że zostałeś zabity i przeniesiony. Mijały lata. Wciąż nie wiedzieliśmy, gdzie jesteś. Mieliśmy inne sprawy, ściągnęliśmy więc wszystkich agentów ze Sprawy Burtona, jak to nazywaliśmy, z wyjątkiem kilku umiejscowionych po obu końcach Rzeki. Jakoś zdobyłeś informację o istnieniu wieży w pobliżu bieguna. Później dowiedzieliśmy się skąd. Twoi przyjaciele Goring i Collop okazali się bardzo pomocni, choć naturalnie nie podejrzewali nawet, że rozmawiają z Etykami.
— Kto was zawiadomił, że jestem niedaleko końca Rzeki? — zainteresował się Burton.
— Nie musisz tego wiedzieć — uśmiechnął się Loga. — Zresztą i tak byśmy cię złapali. Widzisz, przy każdej pozycji w bąblu odtwarzającym — to miejsce, gdzie z niewyjaśnionych przyczyn przebudziłeś się w trakcie fazy przedwskrzeszeniowej — wmontowany jest automatyczny licznik. Służy on celom badawczym i statystycznym. Lubimy wiedzieć, co się dzieje. Na przykład prędzej czy później byśmy się zainteresowali każdym kandydatem z liczbą śmierci wyższą niż przeciętna. Raczej później, gdyż brakuje nam ludzi. Przy twojej 777 śmierci akurat rozglądaliśmy się za wyższymi częstotliwościami zmartwychwstań. Ty miałeś najwyższy wynik. Chyba można ci pogratulować.
— Są także inni?
— Nie ścigaliśmy ich, jeżeli o to ci chodzi, jest ich zresztą stosunkowo niewielu. Nie mięliśmy pojęcia, że to właśnie ty uzyskałeś tę oszałamiającą liczbę. Twoje miejsce w bąblu PW było puste, kiedy pojawiliśmy się tam w trakcie badań statystycznych. Dwaj technicy, którzy widzieli, jak obudziłeś się w komorze PW, zidentyfikowali cię na… fotografii. Ustawiliśmy system wskrzeszający tak, że przy kolejnym odtwarzaniu twojego ciała miał nas zaalarmować, byśmy mogli przenieść cię tutaj.
— A gdybym nie zginął? — zapytał Burton.
— Ależ musiałeś zginąć. Planowałeś dotrzeć do morza polarnego poprzez ujście Rzeki, prawda? To niemożliwe. Ostatnie sto mil Rzeki płynie podziemnym tunelem. Każda łódź rozpadnie się na kawałki: Zginąłbyś jak inni, którzy próbowali tej trasy.
— Moja fotografia — zaciekawił się Burton. — Ta, którą odebrałem Agneau. Najwyraźniej zrobiono ją na Ziemi, kiedy byłem oficerem w John Company w Indiach. Jak to się stało?
— Badania, panie Burton — odparł Loga, wciąż się uśmiechając.
Burton zapragnął zetrzeć z jego twarzy ten wyraz wyższości. Na pozór nic nie ograniczało jego ruchów; zdawało się, że bez przeszkód mógłby podejść do Logi i uderzyć go. Wiedział jednak, że Etycy nie siedzieliby z nim w jednym pomieszczeniu, gdyby nie mieli jakichś zabezpieczeń. Prędzej już wypuściliby na wolność wściekłą hienę.
— Dane wskazują — mówił dalej Loga — że potencjalnie mógłbyś uniemożliwić realizację naszych planów. Dlaczego miałbyś to zrobić i jak, tego nie wiemy. Lecz cenimy nasze źródło informacji — nawet nie wiesz, jak wysoko.
— Jeżeli w to wierzycie — rzekł Burton — to czemu nie wsadzicie mnie do chłodni? Nie zawiesicie między tymi dwoma prętami i nie zostawicie unoszącego się w przestrzeni, obracającego się jak pieczeń na rożnie, dopóki nie zrealizujecie tych planów?
— Nie możemy! — oświadczył Loga. — Ten czyn zniszczyłby wszystko! Jak mógłbyś wtedy osiągnąć zbawienie? Poza tym byłaby to niewybaczalna przemoc z naszej strony! To nie do pomyślenia!
— Stosujecie przemoc zmuszając mnie, bym uciekał i ukrywał się przed wami. Stosujecie przemoc, trzymając mnie tutaj wbrew mej woli. Przemocą będzie zniszczenie moich wspomnień z tego małego tete — a — tete z wami.
Loga niemal załamał ręce. Jeżeli to on był Tajemniczym Przybyszem, owym zdrajcą wśród Etyków, to był też wielkim aktorem.
— Tylko po części jest to prawda — powiedział zasmuconym głosem, — Musieliśmy podjąć pewne środki dla własnej ochrony. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, zostawilibyśmy go w spokoju. To fakt, pogwałciliśmy własny kod etyczny badając cię i zmuszając do ucieczki. To było konieczne. I wierz mi, drogo za to płacimy psychicznym cierpieniem.
— Możecie częściowo wynagrodzić mi krzywdy. Wytłumaczyć, dlaczego wszystkie istoty ludzkie, jakie kiedykolwiek żyły na Ziemi, zostały wskrzeszone. I jak tego dokonaliście.
Loga zaczął mówić. Czasem przerywał mu ktoś z pozostałych. Złotowłosa kobieta wtrącała się najczęściej. Po pewnym czasie Burton, obserwując zachowanie jej i Logi, doszedł do wniosku, że albo jest jego żoną, albo zajmuje wysoką pozycję w grupie.
Od czasu do czasu wtrącał kilka słów jeden z mężczyzn, którego pozostali słuchali z uwagą i szacunkiem. Burton uznał, że musi to być przywódca. W pewnej chwili mężczyzna odwrócił głowę tak, że światło rozbłysło w jego lewym oku. Burton patrzył na to zdumiony, gdyż do tej chwili nie zauważył, że człowiek ten ma wstawiony do oczodołu klejnot.
Uznał, że urządzenie to daje pewnie właścicielowi zmysł, lub zmysły, jakich inni nie mają. Później czuł się niepewnie, ilekroć to fasetowe, lśniące oko zwracało się ku niemu. Co dostrzegał ten wielokątny pryzmat?
— Czy wiecie już, dlaczego przebudziłem się przed czasem? — zapytał. — Albo w — jaki sposób inni odzyskali świadomość?
Loga drgnął. Z pozostałych kilkoro na moment wstrzymało oddech.
Loga otrząsnął się pierwszy.
— Przeprowadziliśmy dokładne badania twojego ciała — powiedział. — Nawet nie masz pojęcia, jak dokładne. Przestudiowaliśmy też każdą ze składowych twego… sądzę, że nazwałbyś to psychomorfem. Albo aurą, jeśli wolisz to słowo — skinął na kulę nad swoją głową. — Nie znaleźliśmy niczego.