Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Jedli i pili, niespodziewanie ciężkie wino zyskiwało w ich ustach niemal konsystencję mięsa. Zaraz też zaczęli się wygłupiać przy toastach na cześć sapera — „wielkiego zaopatrzeniowca” — i rannego Anglika. Pili też nawzajem swoje zdrowie, saper włączał się w te toasty swą szklaneczką wody. I wtedy właśnie zaczął opowiadać o sobie. Caravaggio go do tego zachęcał, choć nie przez cały czas słuchał, podnosząc się chwilami od stołu i przechadzając się wokół, nie mogąc się tym wszystkim nacieszyć. Pragnął tych oboje pożenić, namawiał ich do tego, ale wydawali się podlegać swym własnym dziwnym regułom określającym wzajemne stosunki. To, co robił, było jego rolą. Znowu zasiadł za stołem. Od czasu do czasu spostrzegał, że gasła któraś lampka. Skorupki łusek mieściły w sobie niewiele oliwy. Łosoś wstawał i dopełniał je różową parafiną.
— Musimy je utrzymać do północy. Rozmawiali o wojnie, tak już odległej.
— Kiedy skończy się już wojna z Japonią, wszyscy powrócą do domu — powiedział Łosoś.
— A ty, dokąd ty wrócisz? — spytał Caravaggio.
Saper odwrócił głowę, lekko nią pokiwał, lekko potrząsnął, usta rozchylił w uśmiechu. Więc Caravaggio zaczął mówić, zwracając się głównie do Łososia.
Pies nieśmiało podszedł do stołu i ułożył łeb na kolanach Caravaggia. Saper przymawiał się o dalsze opowieści z Toronto, jakby to było miejsce jakichś szczególnych cudów. Śniegu pokrywającego miasto, lodu skuwającego port, promów, którymi latem ludzie udawali się na koncerty. Ale naprawdę interesowało go życie Hany, tyle że ona wykręcała się od tematów, które wiązały się z jakimiś ważnymi dla niej momentami. Chciała, żeby Łosoś znał tylko ją teraźniejszą, osobę zapewne bardziej ułomną i bardziej porywczą lub też twardszą i bardziej zdecydowaną niż ta dziewczyna lub młoda kobieta, którą była niegdyś. W jej życiu istniała matka Alicja, ojciec Patryk, macocha Klara i Caravaggio. Wyznała już ich imiona Łososiowi, jakby byli jej wierzycielami albo jej wianem. Byli pozbawieni wad — nie było co do tego wątpliwości. Powoływała się na nich jak na autorytety, jak na poradnik zalecający właściwy sposób gotowania jajek albo doprawiania jagnięcia czosnkiem. Nie wolno było podważać tych autorytetów.
No i teraz, bo już był pijany, Caravaggio opowiedział historyjkę o Hanie śpiewającej „Marsyliankę”, którą już uprzednio ją uraczył.
— Tak, słyszałem tę pieśń — powiedział Łosoś i zaczął nucić własną jej wersję.
— Nie tak — przerwała Hana — masz ją odśpiewać na stojąco!
Wstała, zrzuciła tenisówki i weszła na stół. Już tylko cztery lampki dogasały w tle, za jej bosymi stopami.
— To dla ciebie, Łososiu, masz się nauczyć ją tak śpiewać! Śpiewam dla c i e b i e.
I wyśpiewała „Marsyliankę” w ciemność, poza wyszczerbiony rząd dogasających lampek, poza krąg światła padającego z okna pokoju rannego Anglika, w mroczne niebo przesłaniane falującymi cieniami cyprysów. Ręce wyjęła z kieszeni.
Łosoś słyszał już tę pieśń w obozach, czasem w dziwnych sytuacjach, jak wtedy, przed zaimprowizowanym meczem piłkarskim. Caravaggio zaś, kiedy w czasie wojny słuchał tej pieśni, przestał ją lubić. W pamięci zachował wersję Hany sprzed lat. Teraz znów poddawał się jej z przyjemnością, ponieważ to ona znów ją śpiewała, ale rychło spostrzegł różnicę, jaka się w tym śpiewie dokonała. Nie było już w nim uniesienia szesnastolatki, lecz odbicie niepewnego kręgu światła wokół niej, wśród ciemności. Śpiewała tak, jakby się coś w niej zabliźniło, jakby już nikt nie był w stanie zebrać w całość nadziei zawartej w tej pieśni. Jej śpiew nosił piętno tych pięciu lat, które przywiodły ją do tej nocy, nocy jej dwudziestych pierwszych urodzin w czterdziestym piątym roku dwudziestego stulecia. Był to śpiew utrudzonego wędrowca, osamotnionego w świecie. Był to nowy testament Nie było już w tej pieśni pewności, śpiew był tylko samotnym wyzwaniem rzuconym wyniosłym szczytom władzy. Był jedynym uwierzytelnieniem. Jedyną rzeczą niezniszczalną. Pieśnią oliwnej lampki. Caravaggio spostrzegł, że śpiewa wraz z saperem i że jego śpiew jest echem rytmu serca sapera.
W namiocie przeżywali noce milczenia i noce wypełnione rozmową. Nigdy nie umieli przewidzieć, co ich czeka, jaki fragment przeszłości wyłoni się z pamięci albo też jaki rodzaj milczącego porozumienia ustali się w ciemności. Każdej nocy zabiegał o pozyskanie bliskości jej ciała lub bliskości jej języka przy swym uchu — kiedy składali głowy na wspólnej poduszce. Oczarował go ten wynalazek Zachodu. Każdego ranka starannie wypuszczał z poduszki powietrze i składał ją potrójnie, tak jak postępował w czasie całego przemarszu przez Włochy.
W namiocie Łosoś wtulał głowę w jej szyję. Nadstawiał całą swą skórę na pieszczotę jej paznokci. Albo też przywierał ustami do jej ust, brzuchem do jej brzucha.
Śpiewała albo nuciła pod nosem. W nocnych rozmyślaniach pod płótnem namiotu uważała go za na poły ptaka — miał w sobie, w swym wnętrzu, jakby ptasie pióra, a chłód żelaza w dotyku dłoni. Kiedy przebywał z nią w ciemności, poruszał się na wpół sennie, nie tak żwawo, jak obracał się świat wokół nich, podczas gdy za dnia przenikał wzrokiem wszystkie te szybkie obroty rzeczy dokonujące się wokół i przystosowywał do nich, jak kolor dopasowuje się do koloru.
W nocy osuwał się w odrętwienie. Nie widząc jego wzroku, nie mogła się zorientować w zamiarach ani dyscyplinie jego poruszeń. Nie znała do nich klucza. Przystępu do niego szukała alfabetem Braille'a. Tak jakby jego narządy, serce, układ żeber mogły być widoczne przez skórę, jakby ślina na jej ręce nabierała koloru. Rodzaje jej smutków rozpoznawał wrażliwiej niż ktokolwiek inny. Tak jak ona rozumiała dziwną odmianę miłości, jaką żywił dla swego groźnego brata. „Mamy we krwi to, by być wędrowcami. Dlatego właśnie uwięzienie jest dla niego najtrudniejsze do zniesienia, jest gotów się zabić dla zdobycia wolności”.
W trakcie nocnych rozmów wędrują po jego krainie pięciu rzek. Sutlej, Jhelum, Ravi, Chenab, Beas. Wprowadza ją do wielkiej gurdwara, zdejmując jej buty, obmywa stopy, zakrywa głowę. Zbudowano ją w 1601 roku, zbezczeszczono w 1757 i natychmiast odbudowano. W 1830 ozdobiono zlotem i marmurami.
— Gdybym cię tam przyprowadził przed świtem, najpierw ujrzałabyś opary nad powierzchnią wody. Potem one się unoszą, wpuszczając do świątyni światło. I usłyszałabyś hymny na cześć świętych — Ramanandy, Nanaki i Kabira. Śpiew jest istotą nabożeństwa. Słuchasz śpiewu, wdychasz zapach owoców z ogrodów świątynnych — granatów, pomarańczy. Świątynia jest przystanią pośród nurtów życia dostępną wszystkim. Jest statkiem żeglującym po morzu niewiedzy.
Wędrują po nocy, przechodzą przez srebrne odrzwia do przybytku, gdzie chroniona zasłoną z brokatu leży Święta Księga ragis, odśpiewują jej wersety przy akompaniamencie muzyków. Granth Sahib otwiera się w dowolnym miejscu, wybiera cytat i przez trzy godziny, aż po chwilę, kiedy rozpraszające się mgły odsłonią Złotą Świątynię, wersety mieszają się z sobą i spływają w nieustannej recytacji.
Łosoś wiedzie ją, wzdłuż basenu, do świętego drzewa, pod którym pochowano Babę Guyhajiego, pierwszego kapłana świątyni. Drzewo otoczone kultem, liczące czterysta pięćdziesiąt lat.
— Moja matka pielgrzymowała tam i zawiązała węzeł wokół gałęzi, aby wyjednać przychylność świętego drzewa dla jej intencji urodzenia syna, a kiedy mój brat przyszedł na świat, udała się tam ponownie, prosić o błogosławieństwo, by mogła urodzić drugiego syna. W całym Pendżabie jest mnóstwo świętych drzew i cudotwórczych wód.