Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 104
Перейти на страницу:

Rzymianin zdecydował już, że za zaproszeniem Sphrantzesa nie kryło się nic bardziej złowieszczego jak towarzyska wizyta. Zaczął szukać usprawiedliwienia do wyjścia, kiedy Sevastos zauważył: — Cieszę się, że ta niedawna bójka nie zrodziła pomiędzy wami a Namdalajczykami żadnych uraz.

— Właśnie! To niezwykle pomyślne! — zawołał z entuzjazmem Ortaias. — Wytrwałość mieszkańców Księstwa jest legendarna, tak jak ich hart ducha. Gdyby połączyć to z umiejętnościami wyspecjalizowanej piechoty, którą macie wy, Rzyniamie…

— Rzymianie — poprawił go stryj.

— Wybacz — rzekł Ortaias, płonąc jak dziewczyna. Zbity z tropu, zakończył najprostszym zdaniem, jakie Skaurus miał okazję usłyszeć od niego: — Będziecie walczyć dla nas naprawdę dobrze!

— Mam nadzieję, wasza ekscelencjo — odparł Marek. Zainteresowany wzmianką Vardanesa o wyspiarzach, postanowił zostać nieco dłużej. Może Sevastos w końcu się odsłoni.

— Mój bratanek ma rację — rzekł starszy Sphrantzes. — Gdyby pomiędzy wami a Namdalajczykami pozostały jakieś trwałe urazy, należałoby uznać to za wielce niepomyślne. W przeszłości służyli nam dobrze i tego samego spodziewamy się po was. W naszej armii już teraz jest zbyt wiele niesnasek, zbyt wiele gadania o tym, że rodzimi żołnierze zwalczają najemników. Każdy żołnierz jest najemnikiem, tylko dla niektórych płatnik i król są jednym i tym samym.

Trybun nic na to nie odpowiedział, jedynie wsparł się na łokciach, złączywszy koniuszki palców. Ostatnie stwierdzenie Sevastosa było według niego bzdurą, i do tego niebezpieczną bzdurą. Nie sądził też, by Sphrantzes wierzył w nie bardziej niż on sam — kimkolwiek był Vardanes Sphrantzes, z pewnością nie był głupcem.

Zastanawiał się też, w jakim znaczeniu Vardanes użył swego „nam” i „spodziewamy się”. Czy mówił jako przywódca frakcji biurokratów, jako pierwszy minister całego Imperium, czy też używał tego w znaczeniu pierwszej osoby królewskiej liczby mnogiej? Zastanowił się, czy sam Sphrantzes potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie.

— Godne pożałowania, lecz prawdziwe jest — mówił Sevastos — że żołnierze obcego pochodzenia nie cieszą się w Imperium najlepszą reputacją. Jednym z powodów jest to, że tak często musiano wykorzystywać ich przeciwko buntownikom z końca świata, ludziom, którzy nawet na tronie nie znajdują w sobie więcej godności, niż mieli w zbójeckich jaskiniach prostaków, z których się wywodzą. — Po raz pierwszy jego pogarda zabrzmiała wyraźnie.

— Nie mają wychowania! — zawołał Ortaias Sphrantzes. — Żadnego! Bo i skąd mają mieć; pradziadek Mavrikiosa Gavrasa był pastuchem kóz, podczas gdy my, ród Sphrantzesów… — Zimne spojrzenie, jakie posłał mu Vardanes, sprawiło, że umilkł zmieszany.

— Racz wybaczyć jeszcze raz mojemu bratankowi, proszę cię — rzekł gładko Sevastos. — Przemawia ze zwykłą młodzieńczą przesadą. Rodzina Jego Wysokości Imperatora cieszy się szlachectwem od niemal dwóch stuleci. — Lecz z ironii brzmiącej w jego głosie wynikało jasno, że wcale w to nie wierzy.

Rozmowa znowu skierowała się ku błahostkom, tym razem na dobre. Interesująco nie rozstrzygnięte spotkanie, pomyślał Marek w drodze powrotnej do koszar. Spodziewał się, że Sevastos ujawni mu więcej ze swych zamiarów, lecz po namyśle stwierdził, iż nie ma powodów, dla których powinien to uczynić wobec człowieka stojącego, w jego mniemaniu, po przeciwnej stronie. W takim razie, jego bratanek jednym chlapnięciem języka powiedział o wiele więcej, niż starszy Sphrantzes chciał wyjawić. Dwie inne rzeczy przyszły trybunowi do głowy. Pierwsza, że miał szczęście poznając Taso Vonesa. Mały Khatrish posiadał niesamowitą wiedzę o Videssos, jego mieszkańcach i ich sprawach, i chętnie się nią dzielił. Drugą był wniosek, do jakiego doszedł zastanawiając się, dlaczego wciąż tak bardzo nie ufa Sphrantzesowi. Stwierdził, że doskonale pasuje do Sevastosa czerpanie radości z trzymania małych, bezradnych stworzeń w przezroczystej klatce.

VIII

W miarę jak mijały tygodnie od chwili, kiedy Mavrikios Gavras obwieścił gromko o wojnie przeciwko Yezd, Videssos zapełniał się coraz bardziej wojownikami ściąganymi na wielką kampanię, jaką planował Imperator. Ogrody, sady i inne otwarte przestrzenie, które czyniły z imperialnej stolicy tak urocze miejsce, ujrzały całe miasta namiotów wyrastające na nich jak grzyby po deszczu. Zdawało się, że każda ulica ma swój oddział żołnierzy kroczących buńczucznie, spychających cywilów na bok w poszukiwaniu jedzenia, picia i kobiet… albo po prostu stojących i gapiących się z otwartymi ustami na cuda, jakie Videssos oferowało oczom przybyszów.

Wojsko napływało dzień po dniu. Imperator ściągał ludzi z garnizonów w miastach, które uważał za bezpieczne, by zwiększyć swoją siłę uderzeniową. Stu ludzi przybyło stąd, czterystu stamtąd, kolejne dwie setki jeszcze skądinąd. Marek dowiedział się, że przybył również garnizon z Imbros i zastanawiał się, czy wśród tamtejszych żołnierzy jest Skapti, syn Modolfa. Nawet ponury Halogajczyk miałby trudności z nazwaniem stolicy mniej przyjemnym miejscem niż Imbros.

Żołnierze Imperium nie byli jedynymi, którzy doprowadzali Videssos do wrzenia. Zgodnie ze swą obietnicą, Mavrikios skierował do swych sąsiadów wezwania o wojska zaciężne do walki z Yezd i otrzymał odpowiedź zgodną ze swymi oczekiwaniami. Videssańskie statki płynące z Prista, granicznego portu Imperium leżącego na północnym wybrzeżu Morza Videssańskiego, przywiozły na swych pokładach oddziały Khamorthów z równin, a wraz z nimi ich stepowe kuce. Na podstawie specjalnego zezwolenia inne jeszcze oddziały koczowników przekroczyły rzekę Astris. Przybyli do stolicy lądem od południa, idąc równolegle do wybrzeża morskiego, a na ostatnim etapie swej podróży wkroczyli na ten sam szlak, z którego niegdyś skorzystali Rzymianie, idąc z Imbros do Videssos. Oddziały videssańskiej jazdy pilnowały, by koczownicy nie łupili mijanych po drodze wiosek.

Khatrish, który graniczył z Videssos od wschodu, przysłał do Imperium oddział lekkiej konnicy. Pod względem uzbrojenia i wyglądu można go było umieścić mniej więcej w połowie pomiędzy imperialną kawalerią a mieszkańcami równin, z którymi zresztą łączyły Khatrishów więzy krwi. Większość z nich zdawała się cechować taką samą otwartą wesołością jak Taso Vones. Skaurus miał okazję poznać wielu z nich na hucznej zabawie, którą zorganizował ambasador Khatrish. Viridoviks upamiętnił tę noc wyrzucając jakiegoś Khamortha przez niezwykle solidne drzwi składu win, nie zawracając sobie głowy takim drobnym szczegółem jak to, by je przedtem otworzyć. Taso Vones pokrył koszty naprawy z własnej kieszeni, oświadczając:

— Taka siła zasługuje, by ją szanować.

— Daj spokój — zaprotestował Celt. — Ten człowiek był urodzonym głupcem, czego dowiodła twardość jego głowy. To właśnie dlatego tak wspaniale udawał szarżującego tryka.

Namdalajczycy również odpowiedzieli na wołanie Imperium o wojsko. Wąskie rejowce Księstwa dowiozły do Videssos dwa regimenty żołnierzy do walki z Yezd. Jednak wprowadzenie ich do stolicy było dość delikatną sprawą. Zbyt świeża była pamięć wojny pomiędzy Namdalen i Imperium, by obie strony okrzepły w zaufaniu do siebie. Mavrikios, choć zadowolony z dodatkowych sił, wcale nie pragnął ujrzeć okrętów wojennych Namdalajczyków zakotwiczonych u nabrzeży Videssos podejrzewając, że instynkty pirackie wyspiarzy mogą wziąć górę nad ich dobrymi zamiarami. Z tego też powodu Namdalajczycy odpłynęli na Klucz i weszli do portu pod osłoną imperatorskich oddziałów. Rzeczowość, z jaką przyjęli decyzję Imperatora, przekonała Marka, że podejrzenia Gavrasa były w pełni uzasadnione.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)