Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 104
Перейти на страницу:

— Tędy, jeśli łaska — powiedział urzędnik skręcając w lewo, gdy dotarł na szczyt schodów. Poprowadził Rzymianina wzdłuż ciągu dużych pokoi, przez których otwarte drzwi Skaurus mógł zobaczyć całe manipuły mężczyzn zajętych rylcami i woskowymi tabliczkami, piórami, atramentem, pergaminem oraz ramkami z ruchomymi paciorkami, dzięki którym wprawieni Videssańczycy mogli rachować z niewiarygodną szybkością. Trybun daleko swobodniej czuł się z władzą, której podlegały koszary, lecz obserwując biurokratów, pracujących w tym nerwowym centrum Videssos, nie mógł zaprzeczyć, że tutaj również zamieszkiwała władza.

Para krępych koczowników z równin Pardraji trzymała wartę pod drzwiami, do których zmierzał urzędnik. Ich twarze, zobojętniało w wyrazie nudy, nagle stały się czujne, gdy spostrzegli urzędnika, a chmurne i zacięte, kiedy rozpoznali podążającego za nim Rzymianina. Skaurus ani chciał, ani nie musiał mieć wiele do czynienia z Khamorthami od czasu swego przybycia do Videssos, lecz nie ulegało wątpliwości, iż uważali, że zostali przez niego upokorzeni na skutek zdemaskowania jednego z nich jako narzędzia Avshara.

Z mrocznych spojrzeń, jakie mu rzucali, Marek wywnioskował, że woleliby, aby ich rodakowi udało się wbić w Rzymianina aż po rękojeść nawiedzony przez demona sztylet.

— Szef chce to widzieć? — zapytał jeden z nich przewodnika trybuna, rozmyślnie obraźliwym gestem wskazując kciukiem na Skaurusa. — Jesteś pewien?

— Oczywiście, że jestem — warknął urzędnik. — A teraz odsuńcie się, dobrze? Nie zyskacie wdzięczności zamieszanie się w tę sprawę.

Bezczelnie wolno, Khamorthci odsunęli się od drzwi. Gdy Skaurus wkroczył pomiędzy nich, któryś wydał z siebie okropny bulgot, jak śmiertelne rzężenie człowieka z rozpłatanym gardłem. Zabrzmiało to tak straszliwie autentycznie, że trybun odwrócił gwałtownie głowę, nim zdołał zapanować nad sobą. Koczownik uśmiechnął się paskudnie.

Wściekły z powodu utraty twarzy przed barbarzyńcami, Skaurus wszedł do biura Sevastosa w maksymalnej gotowości do odparcia wszelkich ataków. Kiedy towarzyszący mu urzędnik oznajmił jego przybycie, skłonił się z taką samą skrupulatnością, jaką okazałby Imperatorowi; tak by przez jakiekolwiek zaniedbanie nie dać Sphrantzesowi moralnej przewagi nad sobą.

— Chodź, chodź, witamy cię najserdeczniej — rzekł Sevastos. Jak zawsze, jego gładki, dźwięczny głos nie ujawniał nic prócz tego, czego życzył sobie Sphrantzes; teraz akurat uprzejmość dobrze wychowanego człowieka. Nim Marek zdołał do końca skupić swoją pełną podejrzeń uwagę na Sevastosie, drugi przebywający w biurze mężczyzna — chudy jak tyka, niezgrabny młody człowiek z rzadką brodą, mający niewiele ponad dwadzieścia lat — poderwał się ze swego miejsca i podbiegł do trybuna, by potrząsnąć jego dłonią.

— Olśniewający pokaz sztuki wojennej, naprawdę olśniewający! — zawołał, dodając: — Widziałem, jak pobiliście Namdalajczyków. Gdyby to była prawdziwa walka, a nie tylko sport, ziemia musiałaby być spragnioną gąbką, by wchłonąć ich krew. Olśniewający! — powtórzył.

— Ee… tak, oczywiście — wydukał Skaurus, nie potrafiąc pogodzić z pozoru wcale nie wojowniczego młodzieńca z jego krwiożerczą przemową.

Vardanes Sphrantzes kaszlnął sucho.

— Jednym z powodów, dla których zaprosiłem cię tutaj, mój przyjacielu z obcej krainy, była chęć przedstawienia ciebie mojemu bratankowi, spathariosowi Ortaiasowi Sphrantzesowi. Od chwili twego zwycięstwa nad wyspiarzami nie robił nic innego, jak tylko zawracał mi głowę zorganizowaniem tego spotkania.

Choć w dosłownym tłumaczeniu spatharios oznaczał „nosiciela miecza”, to w rzeczywistości był to dość pojemny tytuł, często znaczący niewiele więcej niż „pomocnik”. Jak się wydawało, odnosiło się to również do młodego Ortaiasa; wyglądał jak gdyby uniesienie miecza przekraczało jego siły.

Jednak aż tryskał entuzjazmem.

— Byłem zafascynowany widząc, jak z powodzeniem przeciwstawiliście się Namdalajczykom i to jako piechota — powiedział. — W swej Sztuce Dowodzenia Mindes Kalokyres zaleca zasypywanie ich strzałami z daleka i wyraźnie daje do zrozumienia, że w bezpośrednim starciu są niezwyciężeni. Wielka szkoda, że od wieku spoczywa już w grobie; chciałbym usłyszeć, jak komentuje obalenie przez ciebie jego tezy.

— Jestem pewien, że byłoby to interesujące, wasza ekscelencjo — przytaknął Skaurus, zastanawiając się, ile zrozumiał z przemowy Ortaiasa. Młody szlachcic mówił bardzo szybko; w powiązaniu z jego afektowanym akcentem i wyraźnym upodobaniem do długich słów zrozumienie go stanowiło ciężką próbę dla kogoś, kto tak jak trybun jeszcze niedoskonale władał videssańskim.

— Kalokyres jest naszym największym komentatorem spraw militarnych — wyjaśnił grzecznie stryj Ortaiasa.

— Usiądźcie jednak, obaj — zwrócił im uwagę. — Skaurus — w videssańskim zabrzmiało to bardziej jak Skavros — poczęstuj się winem, jeśli masz ochotę. To dobry rocznik, z zachodniej prowincji Raban, i dość trudny do zdobycia w tych smutnych czasach.

Blade wino polało się jedwabistym strumieniem z wytwornej, alabastrowej karafki. Marek pociągnął raz z samej grzeczności, potem drugi raz z prawdziwym uznaniem; to wino smakowało mu bardziej niż jakiekolwiek z tych, które dotychczas kosztował w Videssos.

— Spodziewałem się, że będzie ci smakować — rzekł Vardanes, popijając wraz z nim. — Jest dla mnie odrobinę zbyt pikantne, by lubić je na co dzień, lecz z pewnością stanowi miłą odmianę. — Skaurus musiał z niechęcią przyznać, że go podziwia. Z pewnością niełatwo było mu dowiedzieć się, w jakim winie gustuje Rzymianin, a potem specjalnie załatwić je dla niego. Oczywisty wysiłek, na jaki zdobył się Sphrantzes, by mu się przypodobać, kazał tylko trybunowi zastanawiać się dalej, jaki też może być prawdziwy cel tego spotkania.

Bez względu na to, jaki był ten cel, Sevastos nie spieszył się, by go odsłonić. Z wdziękiem i rozsądnie mówił o plotkach, z jakimi zetknął się w ciągu paru ostatnich dni, i nie oszczędzał przy tym swych kolegów biurokratów.

— Są tacy — zauważył — którzy sądzą, że oznaczenie jakiejś rzeczy w rejestrze jest samą tą rzeczą. — Unosząc puchar do ust, mówił dalej: — Wystarczy tylko skosztować tego wina, by zrozumieć, jak bardzo są głupi.

Trybun musiał się z tym zgodzić, lecz zauważył, jak zachłannie ręka Sphrantzesa zamykała się na polerowanym pucharze.

Biuro Sevastosa było urządzone z o wiele większym przepychem niż prywatne apartamenty Mavrikiosa Gavrasa. Ściany zdobiły draperie z jedwabnego brokatu, migoczące złotymi i srebrnymi nićmi; pod ścianami stały wyściełane tapczany i krzesła z hebanowymi poręczami, inkrustowanymi kością słoniową i półszlachetnymi kamieniami. Jednak całość sprawiała wrażenie nie sybaryckiej dekadencji, a raczej siedziby człowieka, który kocha wygody, nie pozwalając, by nim zawładnęły.

W Rzymie Marek znał ludzi, którzy cieszyli się posiadaniem sadzawek z rybami w ogrodach swych willi, lecz nigdy nie widział ozdoby podobnej do tej, jaka stała na biurku Sphrantzesa — kulisty zbiornik z przezroczystego szkła z kilkoma małymi, jaskrawo ubarwionymi rybkami, śmigającymi wśród wodorostów zakorzenionych w warstwie leżącego na dnie żwiru. W jakiś dziwny sposób przyglądanie im się uspokajało. Oczy trybuna nieustannie wracały ku nim, a i Sphrantzes spoglądał czule na swe małe pieszczoszki w ich przezroczystym więzieniu.

Kiedy zauważył, że Skaurus patrzy na nie, powiedział:

— Jeden z moich służących ma obowiązek łapania tylu komarów, much i innych podobnych stworzeń, by miały co jeść i nie zginęły z głodu. Jest pewien, że straciłem rozum, lecz płacę mu na tyle dużo, że tego nie mówi.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)