Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 138
Перейти на страницу:

SN zatknął ręce za pas, wyglądał na zmartwionego.

— Co złego z tym niebem? — Moon niechętnie opuściła wzrok. — Pełno na nim świateł. — Jak powinno być. — Jest piękne.

Pierwszy z obcych spojrzał na nią, skrzywiony, potem uśmiechnął się wbrew sobie. Pokręcił głową bardziej z żalem niż gniewem.

— Niewiedza jest błogosławieństwem, obywatelko. Cieszcie się, że nie jesteście Kharemoughi. — Przed nimi stanął statek powietrzny i miejscowi wsiedli.

— Witamy na Kharemough — powiedział Cress po tiamatańsku — gdzie bogowie mówią w sandhi. — Uśmiechnął się do niej.

Elsevier zatrzymała następną taksówkę; Nietech za sterami spojrzał na nich z lekkim zdziwieniem, gdy poprosiła o lot do posiadłości KR Aspundtha. Wyciągnęła piękną rękę, pokazując mu noszony na kciuku sygnet z rubinem. Kharemoughi bez słowa odwrócił się do sterów i zaczął okrążać obwód lądowiska.

— Co złego z niebem? — spytała Moon, wyglądając przez kopułę taksówki, rozjaśniało się, jutrzenka blakła w świetle dnia.

— Zanieczyszczenie przemysłowe — powiedziała spokojnie Elsevier. — “Czy jesteśmy skazani na wieczne powtarzanie błędów naszych przodków? Czy historia jest dziedziczna, czy też wymuszają środowisko?”

— Ładnie powiedziane — stwierdził Cress, odwracając się ze swego miejsca obok pilota.

— Słowa TJ. — Elsevier odegnała komplement jak komara. — Kharemough był dość dobrze rozwinięty nawet po rozpadnięciu się Starego Imperium. Zachował swój przemysł, choć tak jak wszędzie, odcięcie od międzygwiezdnego handlu wywołało tu wielką biedę. Nauczono się w końcu wyrabiać towary na własne potrzeby, lecz sposobami prymitywniejszymi i znacznie bardziej rozrzutnymi. Po tysiącleciu planeta niemal uległa zniszczeniu, uratowało ją przeniesienie zakładów w kosmos. Teraz jednak stare kłopoty zastąpiły nowe — na razie mniej poważne, lecz kto wie, czym się okażą dla przyszłych pokoleń? Przyczyna i skutek, nie ma przed tym ucieczki.

Moon dotknęła tatuażu ukrytego pod emaliowanym kołnierzem, spojrzała na leżące w dole morze zielonych liści. Patrząc w dół, odsunęła się od siedzącego obok Silky'ego. Wiedziała, że obawia się jej dotyku, sama też skrywała wstręt, jaki w niej budził lśniącą obcością. Lecieli nad i przez wąskie pasmo miasta, składającego się przeważnie, jak jej się zdawało, z magazynów i składów wszelkich możliwych rodzajów, które jeszcze nie obudziły się do życia. Innych budynków było mało. Teraz unosili się nad otwartą zalesioną przestrzenią, w której znajdowały się małe parkowe polany z prywatnymi domami.

— Elsie, mówiłaś chyba, że jest tu nadal za wielu ludzi, a nie są tak stłoczeni jak wyspiarze.

— Są, moja droga — lecz tylu ich pracuje w kosmosie, że mieszkańcy powierzchni mają dla siebie miejsca, ile chcą i na ile ich stać. Gromadzą się wokół takich ośrodków jak ten, który właśnie opuściliśmy. Im kto bogatszy, tym dalej od niego mieszka. KR ma do pokonania kawał drogi.

— Jest więc bogaty?

— Bogaty? — zachichotała Elsevier. — Och, obrzydliwie bogaty… Wszystko powinno należeć do starszego TJ, został jednak potępiony i pozbawiony pozycji w karze za skandaliczne zachowanie. Jestem pewna, że zrobił to celowo, gardził całym systemem kastowym. W przeciwieństwie do KR, który zawsze popierał status quo. Obaj nawet ze sobą nie rozmawiali.

— Dlaczego więc miałby się z nami zobaczyć? — Spytała z niepokojem Moon.

— Spotka się z nami, nie bój się. — Na jej twarzy znów pojawił się tajemniczy uśmiech. — Nie myśl o nim źle, to bardzo dobry człowiek, po prostu uznaje inne wartości.

— Wszyscy Kharemoughi są nietolerancyjni — powiedział Cress. — Różnią się tylko przedmiotem swej nietolerancji.

— KR przybył na pogrzeb TJ i powiedział mi, że wie, iż wszystko, co ma, zawdzięcza jemu. Dodał też, że jeśli będę czegoś potrzebować, wystarczy, jak go poproszę.

— Jak zmarł TJ? — zapytała z wahaniem Moon.

— Na serce. Przejście przez Czarne Wrota jest wysiłkiem dla ciała człowieka, zwłaszcza serca. Obciążają je także rozczarowania. — Rozejrzała się wokół na zieleń i zakurzoną czerwień pofałdowanego, zalesionego kraju. Nad drzewami wystawały ogromne guzy szarych skał, niby grube, pękate paluchy, do ich szczytów i boków kleiły się ryzykownie domy. — Było to bardzo nagłe. Mam nadzieję, że też zostanę zaskoczona.

Znowu opadali, na teren wielkiej posiadłości. Mijali malowidło złożone z klombów wspaniałych kwiatów, krzewów nasiadujących dziwne postacie, kruchych altan otoczonych labiryntami z żywopłotów. Pilot wysadził ich na wybrukowanym tarasie przed głównym budynkiem mającym wielkość hali zebrań. Wszystkie jego obłości, garby i łagodne ściany pokrywały pnącza. Dom miał wiele okien, przeważnie wypełnionych kolorowymi szybami powtarzającymi kształty i barwy wspaniałego ogrodu. Przyglądająca się z podziwem Moon zauważyła, jak zaczynają się otwierać wielkie, pokryte freskami drzwi.

— Obywatele, czy mam zaczekać? — Pilot przerzucił rękę przez oparcie swego fotela, patrząc na nich sceptycznie.

— To niepotrzebne. — Elsevier chłodno przekazała mu należność z karty kredytowej. Moon wysiadła z innymi.

— Niezłe miejsce na dzień na wsi — przeciągnął się Cress.

— Wiele. — Silky obrócił się wolno, przypatrując się rzędom ogrodów.

Elsevier poprowadziła ich do drzwi. Czekała tam na nich pełna godności kobieta w średnim wieku, mająca blade szramy i srebrne kółko w jednym nozdrzu. Ubrana była w prostą białą szatę przepasaną szeroką szarfą, nabijaną ciężką turkusową biżuterią.

— Ciocia Elsevier, co za niespodzianka! — Moon nie była pewna, czy łaskawy uśmiech, którym obdarzyła wszystkich, nie był jedynie przylepiony do warg.

— Żadne zaskoczenie — mruknęła Elsevier. — Jednym z wynalazków, które przyniosły memu teściowi fortunę, był układ elektronicznie prześwietlający dzwoniących… Witajcie, droga ALV — powiedziała w sandhi. — To miłe, że nasze odwiedziny się nałożyły. Przywiozłam ze sobą gościa. — Dotknęła ramienia Moon. — Mam nadzieję, że wasz ojciec ma się dobrze. — Moon zauważyła, że nie użyła rodzinnego twój.

— Znakomicie, dziękuję, teraz jednak konsultuje się z nim fizyk Darjeeng-eshkrad. — Wprowadziła ich do chłodnego wnętrza i zamknęła drzwi. Światło wpadające z obu stron przez barwne szklane tafle rozbijało wrażenia Moon, osłabiało jej nagłe poczucie niespoistości grupki. — Postaram się, by było wam wygodnie, dopóki nie skończy. — Wskazała na salę. Moon zauważyła, że ma długie, rzeźbione paznokcie.

Przez szereg wznoszących się pokoi doszli do ostatniego, jego szerokie barwne okna wychodziły na malowane ogrody. ALV wcisnęła kilka klawiszy na płytce wstawionej w drzwi; wielkie malowidło z kilkoma Kharemoughi ucztującymi pod drzewami zmieniło się w ekran trójwymiarowego telewizora, pełen spierających się ludzi. Skinęła w stronę stosów czerwonych i purpurowych poduch oraz oaz niskich drewnianych stolików, pokrytych złotem i ametystem.

— Proszę tutaj. Serwo tu i na zewnątrz… będą na wasze usługi. Mam nadzieję, że mi teraz wybaczycie. Tkwię nad zestawieniami podatkowymi Ojca, to straszna robota. Dołączy do was, gdy tylko będzie mógł. — Zostawiła ich samych z dyskutantami na ścianie.

Cress założył ręce, sapiąc z oburzenia.

— “Czujcie się jak w domu, ukradnijcie trochę sreber.” Więzy rodzinne nic nie znaczą na Wielkiej Niebieskiej. Wszyscy moi rodzice…

— Zostaw, Cress. — Elsevier pokiwała nad nim głową. — Zaledwie dwa razy spotkałam tę dziewczynę… kobietę — raz, gdy miała osiem lat, drugi na pogrzebie TJ. W tym czasie nie słyszała o nas zbyt wiele dobrego. Wiesz też, co dobrze urodzeni myślą o… — Spojrzała na siebie — …o mieszanych małżeństwach.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)