Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Statki czasu [The Time Ships - pl]
Statki czasu [The Time Ships - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statki czasu [The Time Ships - pl]

Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 128
Перейти на страницу:

Kiedy zwróciłem na to uwagę, Filby pociągnął nosem.

— Poparzenia wojenne — odrzekł. — Zawsze wyglądają tak samo... To prawdopodobnie pilot myśliwca, młody gladiator, którego wyczyny wszyscy podziwiamy, kiedy rozgłaszają je paplające maszyny! A jednak dokąd mogą potem pójść? — Zerknął na mnie i położył przywiędłą rękę na moim ramieniu. — Nie chcę, żebyś mnie uznał za nieczułego, drogi przyjacielu. Nadal jestem Piłbym, którego znałeś. Po prostu... Boże! Człowiek musi się zahartować.

Wydawało się, że większość starych budynków Londynu ocalała, choć dostrzegłem, że niektóre wyższe budowle zburzono, aby umożliwić budowę betonowej skorupy. Zastanawiałem się, czy kolumna Nelsona nadal stoi! Nowe budynki były małe i szare, pokryte groźnie zwisającymi dachami. Pozostały tam jednak blizny po początkowych wojennych zniszczeniach, nim ukończono budowę kopuły: wielkie leje po bombach, podobne do pustych oczodołów, oraz zwały gruzów, których nikt nie usunął, bo nie przyszło to nikomu do głowy lub nie starczyło na to sił.

Kopuła wznosiła się w najwyższym punkcie do wysokości mniej więcej dwustu stóp bezpośrednio nad Westminsterem w centrum Londynu. Kiedy zbliżyliśmy się do śródmieścia, zobaczyłem promienie jaskrawego światła, które migotało z centralnych ulic i padało na ten wszechobecny dach. Wszędzie z ulic Londynu oraz ogromnych tratw na rzece wyrastały te słupy: grubo ciosane, liczne, o rozłożystych i wzmocnionych podstawach — dziesięć tysięcy betonowych Atlasów wspierających dach, słupy, które przemieniły Londyn w olbrzymią, mauretańską świątynię.

Zastanawiałem się, czy złożone z kredy i miękkiej gliny podłoże, na którym spoczywał Londyn, wytrzyma ten olbrzymi ciężar! A co, gdyby to wszystko zatopiło się w błocie, wciągając ze sobą miliony cennych istnień ludzkich? Z pewną tęsknotą pomyślałem o tamtym przyszłym Wieku Budowli, kiedy opanowanie grawitacji uczyni z takiej konstrukcji jak ta kopuła błahostkę...

Jednak mimo prymitywności tej budowli i oczywistego pośpiechu, w jakim ją wykonano, mimo jej ponurego celu, stwierdziłem, że kopuła wywiera na mnie duże wrażenie. Mimo że wyciosano ją z prostego kamienia i umocowano w gliniastym podłożu Londynu z fachowością nie większą niż w moim własnym stuleciu, ta budowla była dla mnie bardziej niezwykła niż wszystkie cuda, które widziałem w roku Pańskim 657 208!

Jechaliśmy dalej, ale najwidoczniej zbliżyliśmy się do celu naszej podróży, gdyż pociąg poruszał się z prędkością niewiele większą od spacerowego kroku. Zobaczyłem otwarte sklepy, ale w ich oknach nie paliło się światło. Dojrzałem manekiny poubierane w rzeczy o nijakich kolorach tamtych czasów i kupujących, którzy spoglądali przez posklejane szyby. Wydawało się, że w tej długiej i pełnej goryczy wojnie nie pozostało zbyt wiele z luksusu.

Pociąg zatrzymał się.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmiła Bond. — To Canning Gate, zaledwie kilka minut drogi od Imperiał College.

Oldfield popchnął drzwi wagonu, które otworzyły się z wyraźnym trzaskiem, jakby ciśnienie w tej kopule było wysokie. Wokół nas podniósł się hałas. Zobaczyłem kolejnych żołnierzy, ubranych w zszarzałe oliwkowe mundury polowe piechoty, którzy czekali na nas na peronie.

Chwytając pożyczoną maskę przeciwgazową, wyszedłem na zewnątrz i znalazłem się w londyńskiej kopule.

Hałas był zdumiewający! Takie było moje pierwsze wrażenie. Przypominało to przebywanie w jakiejś ogromnej krypcie, w której znajdują się miliony innych ludzi. Gwar głosów, skrzypienie kół pociągów i warkot tramwajów dźwięczały pod tym olbrzymim, zaciemnionym dachem, i zalewały mnie. Było bardzo gorąco, goręcej niż w „Raglanie”. Rozchodziły się różne zapachy, nie wszystkie były przyjemne. Czuć było woń: gotowanego jedzenia, ozonu z jakiejś maszynerii, pary i oleju z pociągu, a przede wszystkim zapach milionów ludzi, którzy oddychali i pocili się w tej wielkiej, zamkniętej przestrzeni.

Tu i ówdzie w samej kopule rozmieszczono światła, które nie wystarczały, by oświetlić ulice, lecz pozwalały rozróżnić jej kształt. Zobaczyłem małe stworzenia, które przelatywały między światłami. Filby powiedział mi, że są to londyńskie gołębie, które przeżyły, choć zbladły wskutek wieloletniego przebywania w ciemności. Oprócz gołębi fruwało tam kilka kolonii nietoperzy, które w niektórych dzielnicach nie były zbyt mile widziane.

W jednym narożniku dachu na północy odbywał się jakiś pokaz świetlny. Usłyszałem też echa wzmocnionego głosu z tamtego kierunku. Filby nazwał to „paplającą maszyną”. Doszedłem do wniosku, że to coś w rodzaju publicznego kinematografu. Był jednak zbyt daleko, bym mógł rozpoznać jakiekolwiek szczegóły.

Zobaczyłem, że naszą nową linię kolejową dość prymitywnie wyżłobiono w powierzchni starej drogi. I że ta stacja stanowiła nie więcej niż betonową plamę na środku Canning Place. Wszystkie zmiany w tym nowym świecie świadczyły o pośpiechu i panice.

Żołnierze otoczyli nas formacją w kształcie rombu i poszliśmy ze stacji przez Canning Place w kierunku Gloucester Road. Moses miał zaciśnięte pięści. W jaskrawym stroju dandysa wyglądał na przestraszonego i bezbronnego, i poczułem się winny, że sprowadziłem go do tego bezwzględnego świata metalowych epoletów i masek przeciwgazowych.

Zerknąłem wzdłuż De Vere Gardens w kierunku Kensington Park Hotel, gdzie w szczęśliwszych czasach zwykłem jadać kolacje. Otoczone kolumnami portyki hotelu nadal stały, ale przód budynku zmarniał i wiele okien zabitych było deskami, a sam hotel wydawał się częścią nowego dworca kolejowego.

Skręciliśmy w Gloucester Road. Wielu ludzi przechodziło tu chodnikiem i ulicą, a dźwięk rowerowych dzwonków stanowił radosny kontrapunkt dla ogólnego nastroju przygnębienia. Naszą zwartą grupę — a zwłaszcza Mosesa w jego krzykliwym stroju — obrzucano wieloma przeciągłymi spojrzeniami, lecz nikt się do nas nie zbliżał i z nami nie rozmawiał. Wokół kręciło się wielu żołnierzy w szarawych mundurach, podobnych do tych, które nosiła załoga molocha, lecz większość ludzi miała na sobie stroje, które choć dość brzydkie i źle skrojone, nie raziłyby w roku 1891. Kobiety nosiły delikatne spódnice i bluzki, proste i funkcjonalne, a szokowało jedynie to, że większość spódnic kończyła się trzy lub cztery cale poniżej kolan, tak iż na tym krótkim odcinku drogi napatrzyłem się na więcej łydek i kostek niż kiedykolwiek w życiu! (W obliczu tak wielu zmian nie byłem tym zbytnio zainteresowany, ale najwyraźniej zafascynowało to Mosesa i zobaczyłem, że się gapi w sposób niegodny dżentelmena.)

Wszyscy piesi nosili jednak te dziwne, metalowe epolety, i pomimo letniego upału wszyscy taszczyli ciężkie, parciane torby z maskami przeciwgazowymi.

Wszyscy żołnierze z naszej eskorty mieli otwarte kabury. Uświadomiłem sobie, że to nie my byliśmy tego powodem, gdyż zobaczyłem ich zwężone oczy, kiedy obserwowali ciżbę otaczających nas ludzi.

Skręciliśmy na wschód, w Queen’s Gate Terrace. Była to część Londynu, którą znałem. Szliśmy szeroką, elegancką ulicą. Po obu jej stronach stały wysokie szeregowce i dostrzegłem, że tutejsze domy są nienaruszone przez ząb czasu. Na frontonach tych domów nadal znajdowały się kiczowate grecko-rzymskie ozdoby, które pamiętałem — kolumny z rzeźbionymi wzorami roślinnymi i tym podobne — a po obu stronach chodnika biegły te same barierki pomalowane na czarno.

Bond kazała się nam zatrzymać przy jednym z tych domów, w połowie ulicy. Wspięła się po schodach do frontowych drzwi i zastukała w nie ręką w rękawicy. Kolejny żołnierz — szeregowiec w mundurze polowym — otworzył je od wewnątrz.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)