Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
Stojące w pobliżu ciemne sylwetki rozstąpiły się nieco, aby zrobić mu przejście.
Severus spojrzał na otoczonego swoją potężną, ognistą barierą dyrektora.
Mężczyzna odwrócony był tyłem, nie mógł więc dostrzec stojącego wśród
Śmierciożerców Severusa.
Dumbledore... Owszem, dyrektor poznał go bardzo dobrze przez wszystkie te lata.
Potrafił dotrzeć swym przeszywającym wzrokiem w wyjątkowo ciemne rejony, potrafił
obedrzeć go niemal do naga. Ale zapomniał o jednym. Że kiedy zbyt mocno skupimy
się na obserwacji, możemy nie zauważyć, że sami jesteśmy obserwowani równie
skrupulatnie.
Dumbledore był manipulatorem. Był zaślepionym swą krucjatą przywódcą, który bez
mrugnięcia okiem wykorzystywał każdego, by zwyciężyć.
Usta Severusa wykrzywiły się szyderczo.
W gruncie rzeczy obaj byli do siebie podobni.
Ale z jedną, znaczącą różnicą...
Pochylił się do ucha stojącej przed nim Weasley, wskazując palcem odzianą w błękit
sylwetkę i szepcząc rozkazująco:
- Biegnij do niego.
Dumbledore nigdy nie był mordercą.
Dziewczyna ruszyła biegiem. Śmierciożercy rozstąpili się, patrząc z zaskoczeniem na
drobną, samotną figurę zmierzającą wprost w wirującą pożogę.
Nigdy nie miał na rękach krwi kogoś niewinnego. Nie patrzył w gasnące, błagające
oczy.
Nie. To inni musieli patrzeć w nie za niego.
Zbliżając się do ściany ognia, Ginny mimowolnie uniosła ręce, próbując osłonić się
przed kąsającym żarem.
Ogień zaatakował, wgryzając się w jej lewe ramię i pochłaniając połowę twarzy i
wtedy z jej ust wypłynął dźwięczny, przeszywający krzyk, a Dumbledore odwrócił się
gwałtownie. I w tej samej chwili pożoga opadła, wypuszczając ze swych szponów
ciało dziewczyny i nagle zapadła gęsta cisza, kiedy ciało upadło na ziemię,
odprowadzane wstrząśniętym spojrzeniem Dumbledore'a.
- AVADA KEDAVRA!
Ogłuszający ryk kilkudziesięciu gardeł i oślepiający zielony rozbłysk ze wszystkich
stron sprawił, że Severus musiał na chwilę przysłonić oczy, ale i tak doskonale
widział, jak klątwa za klątwą trafia w odziane w błękit ciało, uderzając w nie raz po
raz, jakby nie było niczym więcej, tylko uwiązaną na sznurkach kukiełką, podrygującą
spazmatycznie w palcach śmierci.
Severus opuścił rękę w tej samej chwili, w której wokół niego rozbrzmiał ryk triumfu.
Jego czarne jak smoła oczy wpatrywały się w leżące na ziemi ciało dyrektora.
Powinien odczuwać satysfakcję, Triumf. Może nawet ulgę.
A nie odczuwał niczego. Zupełnie niczego.
- No no, Severusie! Jestem pod wrażeniem! - Rozradowany głos Yaxleya oderwał
jego spojrzenie od tego, co zostało z dyrektora. Otaczający ich Śmierciożercy
zaczynali się rozbiegać, by jak najszybciej dopaść resztki armi Dumbledore'a. -
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Czarny Pan traktował cię jak swoją prawą rękę.
I chyba w końcu otrzymałem odpowiedź.
Severus posłał mu chłodne, opanowane spojrzenie.
- Gdzie jest Malfoy? - zapytał lodowato.
Yaxley westchnął, przyglądając mu się uważnie.
- Prawdę powiedziawszy, to zupełnie nie rozumiem, dlaczego Czarny Pan kazał mu
siedzieć w jednym miejscu, podczas gdy mu musieliśmy narażać swoje tyłki -
mruknął, wskazując na otaczające ich, zwęglone ciała. - W końcu dopadliśmy już
Pottera... - Severus poczuł, jak jego puls przyspiesza, ale nie dał tego po sobie
poznać nawet jednym drgnieniem mięśnia. - Ale on zawsze miał jakąś dziwną
obsesję na jego punkcie. Widzisz to wzgórze? - zapytał Śmierciożerca, wskazując
niewielkie wzniesienie na prawo od nich. Zaraz za nim, jakiś kilometr stąd stoi
samotne drzewo. Malfoy miał spotkać się tam z tobą zaraz po bitwie. Ale według
mnie... - jego spojrzenie padło na martwe ciało Dumbledore, a usta wykrzywił
szyderczy uśmiech - ...już jest po bitwie.
Severus przyglądał się, jak odchodzi. Nie minęła chwila, a na polanie pozostał tylko
on i martwe ciała. Rozejrzał się po spalonej, parującej ziemi.
Dostrzegł ją. Leżała z rozrzuconymi kończynami, jej ciało podrygiwało lekko. Powoli
podszedł i spojrzał w dół.
Połowa jej twarzy i ciała od szyi do pasa była głęboko poparzona. Lewego oka w
ogóle nie było widać. Prawe było szeroko otwarte i wpatrywało się w niebo z
wyrazem tępego, niemego bólu. Ogień musiał poparzyć także jej struny głosowe,
ponieważ jej usta były otwarte, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Ale
Severusowi wystarczyło, że słyszał krzyk jej umysłu.
Sięgnął w głąb swej szaty i wyciągnął jedną z fiolek. Odkorkował ją, pochylił się nad
nią i wlał do jej otwartych ust Eliksir Morfeusza. Krzyk ucichł, a drgające ciało
rozluźniło się. Umysł pogrążył się w śpiączce.
Jeśli znajdą ją wystarczająco szybko, to ma szansę przeżyć.
Severus wyprostował się i spojrzał na rozwiewający się powoli dym. Dzięki niemu
szala przechyliła się na stronę zwolenników Czarnego Pana. Wszędzie widział
poruszające się ciemne sylwetki i rozbłyski rzucanych przez nie klątw.
Jeżeli ktokolwiek ocaleje, aby ją znaleźć...
Twarz Severusa wyostrzyła się, a do jego oczu napłynęła gęsta ciemność,
wchłaniająca wszelkie światło. Zacisnął usta i odwrócił się powoli, aby odejść, ale w
tej samej chwili do jego uszu dopłynął głuchy tumult, jakby rozpędzonego stada
bawołów. Severus obejrzał się i ujrzał armię centaurów, zbiegającą z jednego ze
wzgórz i szarżującą wprost na ustawiającą się pospiesznie w bojowy szyk grupę
odzianych w czerń sylwetek. Niebo zaroiło się od strzał i różnobarwnych rozbłysków
zaklęć.
Zanim jednak obie armie wymieszały się ze sobą, Severus odwrócił głowę z
powrotem i spojrzał na wskazane mu przez Yaxleya wzgórze.
Nie miało znaczenia, kto zwycięży w tej bezsensownej wojnie. Kompletnie nie miało
to znaczenia.
Ponieważ dla niego zwycięstwo mogło mieć tylko jeden, jedyny smak.
Wanili z domieszką czekolady.
***
Drzewo było niskie i ponure. Z daleka wyglądało niczym czarna, wynurzająca się z
ziemi dłoń o długich, ostrych szponach. Pozbawione liści i rozłożystej korony,
przypominało zaledwie upiorny cień. Jakby krew wszystkich, którzy dzisiaj zginęli
wniknęła w ziemię, zatruwając korzenie każdej rosnącej w okolicy rośliny i
zamieniając je w coś, co mogło w każdej chwili ożyć i owinąć swoje wilgotne gałęzie
wokół nóg, wciągając w swe trzewia wszystko, co żywe.
I u stóp tego właśnie tworu natury stała samotna sylwetka. Jej długie, jasne włosy
falowały na wietrze, kiedy wpatrywała się w zbliżającego się Severusa.
Lucjusz Malfoy, nawet w takim miejscu jak to, nie zamierzał rezygnować z
lakierowanych butów i podbitej aksamitem peleryny. Jakby tylko czekał na to, aby
dumnym krokiem zwycięzcy przejść się pomiędzy trupami pokonanych wrogów,
kiedy tylko bitwa dobiegnie końca i kiedy będzie mógł wyruszyć, aby wykonać swe
zadanie. Zadanie, które wyznaczył mu sam Czarny Pan, a które z pewnością nie
obejmowało sytuacji, w której ścigana przez niego zwierzyna, która już dawno
powinna leżeć na wpół żywa wśród pozostałych zdrajców i czekać na jego przybycie,
sama do niego przyjdzie. I to w wyjątkowo dobrym stanie.
Różdżka znalazła się w jego dłoni zanim w ogóle jeszcze pomyślał o tym, aby ją
wyciągnąć.
Severus zobaczył to już z daleka, ale on nie musiał wyciągać swojej. Miał ją w dłoni