Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
Czarnego Pana!
Zawładnęła nim konsumująca, przerażająca wściekłość. Przestał się kontrolować,
teraz już nie pozostało nic, co oddzielałoby go od tej wrzącej lawy, która kipiała na
obrzeżach jego umysłu od kiedy tylko odkrył, że Potter wymknął się do Czarnego
Pana.
- JAK? - wrzasnął, uderzając pięściami w martwe ciało. - Jak miałeś się z nim
skontaktować?! Jak miałeś się do niego dostać?! W JAKI SPOSÓB?!
To nie mogło się tutaj zakończyć. Tak wiele przeszedł, dotarł tak daleko, tylko po to,
by zderzyć się ze ścianą, której w żaden sposób nie był w stanie przekroczyć?
- Skąd wiedziałby, że masz eliksir? W jaki sposób miałby to poczuć?
W tej samej chwili jego oczy rozszerzyły się gwałtownie. Znieruchomiał,
przypominając sobie fragment wypowiedzi, którą usłyszał w umyśle swej ofiary:
Tylko najwierniejsi mogę odnaleźć tę drogę...
Jednym szarpnięciem podwinął rękaw swojej szaty, spoglądając na wyryty na
przedramieniu Mroczny Znak.
Niemal jak przez mglę przypomniał sobie ból, jaki poczuł, kiedy ten Znak zapiekł go
po raz pierwszy po powrocie Czarnego Pana. I to niespotykane wrażenie, kiedy
aportując się w nieznane, nie mając pojęcia dokąd zmierza i gdzie się znajdzie,
pojawił się tuż przed jego obliczem. Jakby Mroczny Znak był pewnego rodzaju
niewidzialną nicią, łączącą go z Czarnym Panem.
To są te drzwi!
Niemal jak we śnie wymacał różdżkę Malfoya, złapał ją w dłoń i podwinął rękaw jego
szaty, odsłaniając wyraźnie wyryty na skórze znak czaszki i wypełzającego z jej ust
węża.
Przycisnął koniec różdżki do Znaku i wezwał go.
Odpowiedź nadeszła niemal od razu. Znak zaczął się poruszać, jakby wił się na
skórze.
Wezwanie. Skierowane tylko do jednej osoby. Tylko do Malfoya.
Severus ukrył różdżkę Lucjusza w fałdach swej szaty, wyciągnął swoją, złapał ramię
mężczyzny w żelazny uścisk i... podążył za Wezwaniem.
Świat rozpłynął się.
Przybywanie na wezwanie Czarnego Pana nie przypominało typowej aportacji.
Raczej karkołomny zjazd bardzo wąskim i stromym, pogrążonym w ciemności
tunelem, jaki tworzył się pomiędzy Czarnym Panem, a Śmierciożercą, którego do
siebie przyzywał.
Gdyby Severus był sam, wylądowałby na nogach, tak jak zwykł to czynić wiele razy w
przeszłości. Ale podróżowanie w taki sposób z martwym ciałem było o wiele
trudniejsze i kiedy tylko świat rozwinął się mu przed stopami niczym dywan, Severus
upadł na twarde, zimne podłoże, na wpół przygnieciony bezwładnym ciałem
Lucjusza.
Pierwszym, co poczuł, było lodowate, przeszywające zimno, wnikające mu w ciało
niczym tysiące maleńkich igiełek. Zanim ustąpiły zawroty głowy, ujrzał nad sobą
morze ciemnych, emanujących odorem zgnilizny, unoszących się w powietrzu
sylwetek.
Dementorzy!
Zrzucił z siebie martwe ciało i uniósł się na łokciach, błyskawicznie obejmując
spojrzeniem otaczającą go, zmarzniętą ziemię, pokrytą delikatnym, iskrzącym się
szronem.
I wtedy jego wzrok napotkał czarne kosmyki, rozsypane w nieładzie wśród
srebrnobiałego szronu... i bladą, nieruchomą twarz, którą okalały... i potrzaskane,
przekrzywione okulary... i oczy. Zamknięte.
Serce Severusa zatrzymało się w jednym gwałtownym, bolesnym uderzeniu, a świat
skurczył się do rozmiaru tych dwóch wąskich linii, otulonych czarnymi rzęsami.
Poza nimi nie było niczego. Jedynie próżnia.
I wtedy rzęsy zadrżały, a zamknięte powieki uniosły się powoli i świat wypełnił się
zielenią.
I Severus znowu mógł oddychać.
Ponownie znalazł się w świecie, w którym pragnął żyć. I już nigdy więcej nie pozwoli
mu go sobie odebrać.
69. I'll bleed for you, you'll bleed for me
I am the white dove for a soldier
Ever marching as to war
I would give my life to save you
I stand guarding at your door
I give you all that I am
And I breathe where you breathe
Let me stand where you stand
With al that I am*
Ból był potworny. Po pewnym czasie zaczął przypominać lawę, która płynęła przez
mięśnie i wypalała rany w jego wnętrznościach. Języki ognia sięgały aż do
koniuszków palców, sprawiając, że Harry zupełnie tracił czucie. Ulga przychodziła
tylko wówczas, gdy jego umysł gasł na chwilę. To nigdy nie trwało długo, ponieważ
Voldemort błyskawicznie go wybudzał, aby torturować go kolejnymi, coraz bardziej
wyszukanymi klątwami, które sprawiały, że miał ochotę zedrzeć sobie płatami skórę,
byle tylko przestało boleć. Byle przestało...
Jednak te krótkotrwałe chwile ulgi były dla Harry'ego niczym zanurzanie się w
lodowatej wodzie tuż po spędzeniu długich godzin na rozpalonym słońcu. Organizm
przeżywał gwałtowny szok, ale był gotów na kolejną dawkę przeszywającego żaru.
Za każdym razem... za każdym razem miał nadzieję, że tym razem już się nie
wybudzi. Ale potem nadpływał chłód, a wraz z nim świadomość, kiedy w nagłym,
bolesnym uderzeniu przypominał sobie, gdzie się znajduje i że ta lodowata, twarda
rzecz przyciskająca mu się do policzka to zmarznięta ziemia, na której leży, nie
potrafiąc poruszyć żadnym mięśniem ciała, nie potrafiąc nawet otworzyć oczu.
Zresztą i tak nie chciał ich otwierać. Zmaltretowany umysł płatał mu figle i za każdym
razem, kiedy Harry unosił powieki... widział tę znajomą, wysoką sylwetkę... tak
wyraźnie jakby Severus naprawdę tu był. I stał tuż obok. Ale Harry wiedział, że to
tylko i wyłącznie jego wyobraźnia. Że Severusa tu nie ma i nie przyjdzie. Że jest tu
sam. Tylko z Voldemortem, który prawdopodobnie znowu krąży wokół niego niczym
sęp, zastanawiając się nad kolejnym atakiem.
Zmusił się do uniesienia powiek.
Znowu ujrzał tę bladą twarz, otoczoną długimi, ciemnymi włosami i błyszczące
pomiędzy nimi, wpatrujące się w niego przenikliwie, czarne oczy. I chociaż wiedział,
że to jedynie kolejna, desperacka projekcja jego podświadomości, to patrzenie na
niego przynosiło... ukojenie.
Tym razem jednak Severus nie stał nad nim, tylko leżał nieopodal na ziemi. Świat był
poszatkowany i połamany, ale Harry miał wrażenie, że obok Severusa leży coś
jeszcze. Ktoś. Ktoś jasnowłosy...
Znowu zamknął oczy.
Nie, już zupełnie pomieszało mu się w głowie.
Usłyszał szelest i skrzypienie szronu.
Kroki.
Pomimo tego, iż miał wrażenie, jakby jego powieki były z kamienia, udało mu się je
na chwilę uchylić i w świecie popielato-czerwonej mgły pojawiła się ciemna sylwetka,
pochylająca się nad nim.
Wizje stawały się coraz wyraźniejsze, ale wciąż były... tylko wizjami. Nie mogły
wypełniać jego serca fałszywą nadzieją. Nie mogły być aż tak realne. Nie mogły...
Merlinie!
Coś wsunęło mu się pod kark i poderwało jego głowę z ziemi, a na twarzy poczuł...
poczuł dotyk. Delikatny. Czuły. Drżący.
Prawdziwy.
Dotyk kogoś, kto przez pewien czas był przekonany, że stracił wszystko. Ale w
końcu, po bardzo długiej wędrówce... odzyskał to.
Nie chciał otworzyć oczu. Nie chciał. Bał się, że jeżeli to zrobi, wszystko zniknie i
znowu będzie sam.
Ale... ale...
Smukłe palce przesunęły się po policzku Harry'ego tak ostrożnie, jakby był ze szkła i
w każdej chwili mógł się rozsypać, a następnie musnęły skroń i odgarnęły włosy z
czoła.
Przegrał. Uniósł rozpalone powieki w tej samej chwili, w której chłodna dłoń złapała