Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:

Każde miasto ma swoje sekretne miejsca. Wieki pełne mrocznych historii sprawiły, że stolica Rosji ma takich miejsc wyjątkowo dużo. Współczesność przenika się tu z przeszłością w sposób subtelny i magiczny. Mieszkańcy Moskwy szukając schronienia przed problemami współczesnego życia mogą czasem trafić do niezwykłych miejsc. Wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby znaleźć się w mrocznym, baśniowym świecie pełnym magii, płaczących drzew, gadających ptaków, wygnanych wieki temu pogańskich bóstw i baśniowych stworzeń. Tu można usłyszeć najdziwniejsze z opowieści. Trzeba tylko cierpliwie nadstawiać uszu. Ekaterina Sedia napisała książkę niezwykłą o zderzeniu dwóch światów. Kapitalistycznej i nowoczesnej Moskwy z magicznym światem starorosyjskich baśni. Tuż pod powierzchnią szarej rzeczywistości kryje się inny świat. Mroczny, niebezpieczny, ale i zarazem piękny. Tu wszystko jest możliwe. Niepokojący klimat powieści porównywany jest przez krytyków z dziełami Bułhakowa. Ta książka to jedna z najważniejszych pozycji współczesnej literatury rosyjskiej. Główną bohaterką powieści jest Galina, młoda kobieta mająca na głowie zwyczajne problemy codziennego życia. Zostaje zaplątana w wir tajemniczych wydarzeń i razem z milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć musi na nowo poznać otaczający ją świat. Wspólne poszukiwania prowadzą ich do podziemnego królestwa, do krainy zawieszonej między rzeczywistością i fantazją. Do świata, gdzie honor ma znaczenie, a dobro i zło są tym, czym były u zarania dziejów. Ekaterina Sedia urodziła się i wychowała w Moskwie. Po studiach przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Obecnie mieszka w New Jersey razem z mężem i dwoma kotami. Wykłada botanikę i ekologię. W chwilach wolnych uprawia ogródek i pisze książki. Jej najnowszy bestseller to Tajemna Historia Moskwy.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 59
Перейти на страницу:

– Nie znam się na tym – powiedział Jakow. – Bądź cicho, próbuję usłyszeć, co się dzieje.

Głosy, które do nich docierały, były stłumione, słowa niezrozumiałe. A potem rozległ się inny dźwięk – zgrzyt, i okropne ciche siorbanie, i szepty, przenikliwe jak lodowe igły. Galina przygryzła kłykieć palca wskazującego, żeby powstrzymać się od krzyku i ucieczki w ślepym przerażeniu.

Straszne dźwięki – nie śmiała wyobrazić sobie ich źródła, ale wiedziała, że nie jest ludzkie – zabrzmiały głośniej. Miała wrażenie, że coś liże drzwi szopy chropawym, a zarazem wilgotnym jęzorem. Jej pamięć zalały opowieści – ongiś zapomniane ze strachu, gdy była jeszcze dzieckiem, teraz zaś świeże jak przed laty. Wiedźma, która lizała drzwi pieca wykute z siedmiu warstw żelaza. Stwory z jęzorami zwieszonymi na wysuszone piersi, szpony znajdujące oczy dziecięcych ofiar z bezlitosną precyzją przeznaczenia. Słowa jak igły, oczy jak węgle.

Węszenie przy drzwiach. Ogromny mokry nos przyciśnięty do kruchych desek, wyczuwający za nimi ludzkie ciało. Gorący cuchnący oddech omył jej twarz, płynąc przez szczeliny pomiędzy deskami, skąpał ją w smrodzie zgniłej cebuli. Zacisnęła zęby, żeby się nie zakrztusić.

Nawet Zemuna wyglądała na przerażoną – przytuliła do niej duże cielsko, szukając pociechy i niemal ją przewracając. Ciepło i mleczny zapach krowiej skóry na chwilę podniosły ją na duchu. Zastanowiła się, co ma w sobie Zemuna – prawdziwe ciało czy tylko gwiazdy? Gdyby przedziurawić białą krowią skórę, czy wyrwałoby się oślepiające światło, spalając wszystko w pobliżu na gorący astralny popiół?

A potem, tak po prostu, coś rozerwało deski niczym strzał z obrzyna. Galina zobaczyła rozcapierzone pazury i ogromne oko, płonące niczym słońce w czasie astralnej burzy, i coś uderzyło ją w pierś, przewracając na ziemię. Jakow i Timur-bej chwycili intruza, a Zemuna stanęła dęba i młóciła powietrze kopytami. Nachyliła rogi i rzuciła napastnika na ścianę. Wylądował z głuchym łoskotem. Galina usiadła, oddychając urywanie i chrapliwie.

Stworzenie było mniejsze niż z początku myślała – wielkości człowieka, ale z ostrymi szponami i kępkami piór na nadgarstkach obciągniętych pomarszczoną siną skórą. Pozbawione warg usta skrzywiły się, odsłaniając duże żółte zęby, kwadratowe jak pola szachownicy. Jedno oko gorzało pośrodku czoła. Galina zrozumiała, kto ich zaatakował.

Zemuna odezwała się pierwsza.

– Jednookie Licho. Myślałam, że pozbyliśmy się was obu.

Galina słyszała opowieści o Lichu i jego towarzyszu, Zlydenie. Wiedziała, że te dwa pasożyty, ucieleśnienia wszelakiego nieszczęścia, przyczepiają się do swojej ofiary i odchodzą dopiero wtedy, gdy straci wszystko i w końcu zginie wskutek czystego zbiegu niefortunnych okoliczności. Licho dyszało ciężko.

– Głupia krowa – powiedziało zgrzytliwym głosem. – Myślisz, że zapakowanie do beczki i wrzucenie do rzeki wystarczy, żeby się mnie pozbyć? Zawsze znajdzie się jakiś biedny głupiec, który ją otworzy. Ludzie nie mogą znieść zamkniętych beczek, skrzyń i pudełek, jeszcze się tego nie nauczyłaś?

– A zatem wypuścili cię ci żołnierze – domyślił się Kościej. – Głupi śmiertelnicy.

– Owszem, wypuścili – zarechotało Licho. – A my przyczepiliśmy się do nich jak smoła do futra. Przyszliśmy za nimi do domu, tylko że są martwi i tępi, i tkwią po niewłaściwej stronie rzeki. Nie znaleźliśmy ich pobratymców, nie znaleźliśmy waszej głupiej mieściny. Są zbyt martwi, żeby wiedzieć, jakiego mają pecha.

– W takim razie czemu z nimi zostaliście? – Zapytał Timur-bej. – I dlaczego ptaki?

Licho zachichotało obłąkańczo.

– Zbyt ciekawy, zbyt ślepy. Ślepy jak Berendej, głupi staruch, chociaż mógł nas zwabić z powrotem do beczki. Ale odmieniliśmy jego szczęście, odmieniliśmy. Wasze szczęście też się odwróci, obłąkana dziewczyno, leniwy gliniarzu. Będzie wam tak źle, że wszystko, co was spotkało do tej pory, uznacie za dobre.

Żołnierze stłoczyli się w wejściu, z muszkietami w pogotowiu. Zemuna zamuczała i potrząsnęła rogami.

– Nie musicie robić tego, co wam każe Licho i Zlyden.

– Tak, musimy – odparł kapral. – Obiecali nam życie, obiecali, że znów będziemy chodzić po ziemi, uciekniemy z tego zimnego piekła i odzyskamy życie. Obiecali nam oczy i skrzydła ptaków, które latają, które widzą…

Gdy jego głos się wyciszył, bagnet wycelował w pierś Jakowa. Żołnierz zrobił krok do przodu. Przez otwór, w którym były drzwi, wpadało nieco światła. Spojrzenie Galiny powędrowało w górę ściany pałacu. Nie widziała dachu, bo był za wysoko, ale mogła go sobie wyobrazić, pokryty czarną masą biednych przesiedlonych ptaków.

– Masza! – Wrzasnęła.

Żołnierze podeszli bliżej i zamarli, niepewni co zrobić – ostatecznie nie walczyła z nimi, tylko krzyczała.

– Masza! Masza!

Odpowiedział jej łopot tysięcy skrzydeł i krakanie, jej nawoływania spłoszyły ptaki. Wyobraziła sobie, jak krążą, rozkrzyczane – a potem wlały się do szopy pierzastym, czarnym jak smoła strumieniem.

Ptaki wydawały się zdezorientowane, najpierw zaatakowały żołnierzy, potem Galinę i jej przyjaciół. Zemuna odganiała je ogonem, ich ostre dzioby i lśniące oczy nie robiły na niej wrażenia. Jakow zakrył głowę rękami, ale patrzył spomiędzy palców w chmurę ptaków, podobnie jak Galina, oboje szukali, choć poszukiwania były z góry skazane na niepowodzenie – wszystkie kawki wyglądały jednakowo, wszystkie wrony były takie same. Może Masza była wśród nich, może nie. Galina przypuszczała, że Jakow chce odnaleźć swojego Carla, i może prosić go o wybaczenie.

Zerkając pomiędzy palcami chroniącymi oczy, widziała, jak żołnierze odpędzają ptaki. Kilka padło na ziemię, uderzonych kolbami muszkietów. Pióra fruwały w powietrzu. Jedno, lśniąco czarne, zawirowało przed jej twarzą jak śmigło helikoptera.

– Proszę – szepnęła do obracającego się piórka, gdy szorstkie ręce i drewniane kolby muszkietów popychały ją do wyjścia – proszę, nie pozwól mi umrzeć, zanim jej nie znajdę.

Szeptała do pióra, póki nie upadło na ziemię, jak spadająca gwiazda.

***

– Oczywiście, że nas nie zabiją – powiedział Jakow. – Nie słyszałaś? Dlaczego mieliby nas zabijać, skoro mogą zabrać nasze szczęście? Rusz głową, chociaż raz.

Galina zagryzła usta i nie odpowiedziała. Odkąd żołnierze poprowadzili ich do pałacu, przez cały czas broniąc się przed oszalałymi, skrzeczącymi ptakami, Jakow wydawał się niespokojny. Jego zwykła apatia ustąpiła rozdrażnieniu okraszonemu jadowitą złośliwością.

Pomieszczenie, w którym obecnie przebywali, było prawdziwym lochem – podziemnym, z krzyżującymi się grubymi belkami i ciężkimi zaryglowanymi drzwiami z maleńkim okienkiem strzeżonym przez żelazne pręty. Było tu mnóstwo słomy do spania i odrobina światła, w którym twarz Jakowa miała zły, nawiedzony wyraz. Może to tylko broda, pomyślała Galina, nadaje mu taki wygłodniały, zdesperowany wygląd. Ale jego złe słowa wciąż dzwoniły jej w uszach, dlatego uciekła w kąt, nie pragnąc niczego więcej niż zagrzebać się w słomie i zniknąć.

Jakow krążył po lochu.

– Nie do wiary. To miejsce… Rabują człowiekowi wszystko w co wierzy, potem zabierają wspomnienia, a teraz nasze szczęście. Co to za miejsce?

– Elena mówiła, że to nie będzie utopia – odparła Galina.

Jakow potrząsnął głową, nie przestając krążyć.

– Dokąd zabrali Zemunę i pozostałych?

– Nie wiem.

– No to pomyśl!

Zakopała się w słomę i podciągnęła kolana do piersi. Zabiłaby za kąpiel i za możliwość posiedzenia w samotności, chociaż przez krótką chwilę. W towarzystwie Jakowa, który zachowywał się w ten sposób, na niczym nie mogła się skupić. Czuła się nieważna i mała, jak wtedy, gdy nauczyciel przepytywał ją przed klasą, a ona nie mogła podać właściwych odpowiedzi, i im bardziej się starała, tym bardziej się plątała. Zbierało jej się na płacz.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)