Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Uciekł – powiedział Jakow. – Głowa do góry, prawie go miałaś.
– Prawie to zawsze za mało – szepnęła. W każdym razie tak mawiała jej matka.
– Co zrobiłabyś z tym ptakiem? Pomyśl o tym, Licho może rozmawiać z ptakami, ale to wcale nie znaczy, że ty też.
– Musimy spróbować. Co, chcesz tu zgnić?
Jakow otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale przeszkodził mu łopot skrzydeł. Tłusty biały gawron przecisnął się przez strzelnicę i omal nie spadł, niezdarnie machając skrzydłami. W krótkich podskokach zbliżył się do celi.
– Nareszcie – powiedział. – Szukałem was całe wieki.
– Siergiej! – Galina podniosła i przytuliła ptaka, opierając się chęci ucałowania dzioba. – Jak nas znalazłeś? Dlaczego cię puścili?
– Udawałem głupiego – wyjaśnił gawron i nawet jego wysoki ptasi głos nie zdołał zamaskować zadowolenia. – Uznali, że nie jestem dość ważny, by mnie ścigać. Zajęli się Zemuną i Kościejem.
– A co z Timur-bejem? – Zapytała Galina.
– Z nim? Nie wiem. Jest człowiekiem, więc pewnie gdzieś go zamknęli, żeby mu zabrać szczęście, o ile jakieś mu zostało po wszystkich tych latach pod ziemią. – Siergiej zachichotał, zadowolony z dowcipu. – Więc poszedłem was szukać, ale nie uwierzycie, co znalazłem.
Siergiej nie mógł latać; przycięte skrzydła wystarczały, żeby złagodzić upadek, ale były za krótkie i zbyt postrzępione, żeby umożliwić prawdziwy lot. Podskakiwał i podfruwał w drodze z szopy do okna na parterze pałacu; dostał się do środka i rozpoczął wędrówkę z jednego pokoju do drugiego. Znalazł wiele ptaków i więcej żołnierzy, niektórych francuskich. Żaden nie zwrócił na niego uwagi, a on szybko zrozumiał dlaczego – wśród czarnopiórych przybyszów, którzy obsiedli parapety i dziobali owoce na gałęziach drzewa, nie brakowało albinosów. Siergiej wciąż uważał, że to dziwne, myśleć o sobie jak o ptaku, ale musiał przyznać, że w tym przypadku ptasia postać jest przydatna, zapewniając mu doskonałe przebranie. Skakał po drewnianych podłogach i ręcznie tkanych chodnikach w czerwone, żółte i niebieskie pasy; podfruwał niezdarnie na parapety i balkony, wspinał się po kręconych schodach, tracąc orientację w niezliczonych korytarzach i amfiladach pustych pokoi, zamieszkanych tylko przez kłęby kurzu. Po jakimś czasie przestał się przejmować, czy nie odwiedza ponownie sprawdzonego już pokoju, i nie był szczególnie pewien, czy posuwa się w górę, czy w dół.
Nie pamiętał, jak trafił do wejścia jednej z siedmiu wież; wiedział tylko, że musiał wyciągnąć szyję, żeby zobaczyć następny zwój szerokiej spirali schodów, które biegły w górę i skręcały w lewo. Skakał ze stopnia na stopień, myśląc, że tylko w naprawdę wysokiej wieży schody skręcają tak łagodnie. Piął się coraz wyżej, od czasu do czasu zapominając o bożym świecie, przekonany, że wciąż pilnuje silosu, wciąż w ludzkiej postaci, i że kapral wysłał go po coś do magazynu. Wreszcie ocknął się i zobaczył, że słońce zachodzi, a potem znowu wschodzi – dziwne rzeczy działy się z czasem na tej klatce schodowej.
To wtedy usłyszał śpiew, rwący się i cichy, przerywany często dla nabrania tchu w wielkich hałaśliwych haustach. Słysząc ten drżący, niepewny, słaby głos, wyobraził sobie dziecko, może chore dziecko, małego chłopca z astmą, który zabija czas w chorobie, udając, że śpiewa w cerkiewnym chórze. Potem do pierwszego głosu dołączył drugi i nieudolny duet rozbrzmiał echem na klatce schodowej. Trzeci spróbował śpiewać, lecz zakaszlał, jęknął i zakończył szlochem, a potem zapadła cisza.
Siergiej przyśpieszył. To nie były głosy Licha ani żołnierzy. Zadecydował, że należą do więźniów, na pewno nie Zemuny czy Kościeja, ani nawet Galiny, skoro o tym mowa. Mimo to pędził w górę, ciekaw, kto śpiewał tak żałośnie.
Na szczycie schodów były jedne drzwi z wąską szczeliną u dołu. Siergiej nie bez trudności przecisnął się przez otwór. Owładnięty strachem przed spotkaniem z kotem czy wyrzuceniem siłą przez mieszkańców, nie spodziewał się, że poczuje taką głęboką litość i gniew.
Z początku pomyślał, że ma przed sobą trzy nagie kobiety przykute łańcuchem do ściany; jeśli w jego sercu zbudziła się wstrętna chora przyjemność na widok takiego zniewolenia, to wyparowała w chwili, gdy ujrzał długie krwawiące siniaki na nadgarstkach smukłych rąk bez palców, obwisłe cienkie piersi i ptasie nogi tak opuchnięte, że ciało na wpół skrywało kajdany. Szczupłe, drobnokościste twarze przywiodły mu na myśl bizantyjskich świętych i aniołów – wielkie ciemne oczy, delikatne wschodnie rysy zwężające się i przechodzące w drobne szpiczaste podbródki oraz niewielkie, ale idealnie wykrojone usta rozchylone w cierpieniu.
Potem zauważył, że ich nagie ciała są bezkształtnymi workami, przypominającymi oskubane kurczaki. Z drżeniem zrozumiał, że rzeczywiście są to ciała ptaków – oskubane do czysta z piór, z widniejącymi tu i ówdzie kępkami puchu i sterczącymi dudkami.
– Kim jesteście? – Szepnął do kobiet-ptaków.
Jedna po drugiej podniosły głowy, z oczami na wpół ukrytymi pod ciężkimi ciemnymi powiekami, i odszepnęły po kolei:
– Ałkonost.
– Sirin.
– Gamajun.
17 AŁKONOST, SIRIN, GAMAJUN
Jakow przerwał opowieść.
– Co się stało później?
Siergiej nastroszył pióra.
– Już ci mówiłem, żebyś nie przeszkadzał. Po prostu słuchaj, dobra?
Jakow skinął w milczeniu głową.
Siergiej podjął opowieść. Opowiedział, jak wrósł w podłogę przy drzwiach, niezdolny ani zawrócić, ani pośpieszyć z pomocą, sparaliżowany przez mieszaninę przerażenia, odrazy i litości, jak stał się boleśnie świadom swojego małego, tłustego ptasiego ciała. Zadrżał, gdy wyobraził sobie, jak wyglądałyby jego nagie skrzydła – patyki bez dłoni obciągnięte niebieskawą pomarszczoną skórą.
Ciemne bizantyjskie oczy obserwowały go spod ściany, przykuwając jego uwagę, i nie mógł się nawet rozejrzeć po pokoju.
Widział tylko oczy i zakrwawione kajdany skuwające niewysłowione, niewyobrażalne okropieństwo.
– Dlaczego tu jesteście? – Wychrypiał w końcu. – Co oni wam zrobili? Dlaczego… – Chciał zapytać, dlaczego są nagie, ale po namyśle zmienił zdanie. – Co się stało z waszymi piórami?
– Zabrali je – odparła Sirin rwącym się, lecz słodkim głosem, i usta jej zadrżały. – Zabrali je, żeby zrobić z nich amulety i dać złemu człowiekowi.
– Odrosły – dodała Ałkonost – ale znów je zabrali.
– Umrzesz po dwakroć – syknęła Gamajun, w jej oczach płonęło niepohamowane szaleństwo.
– Czy mogę jakoś wam pomóc? – Zapytał szeptem Siergiej. Przepełniał go smutek, potężniejszy niż wszystko, co dotąd odczuwał; pomyślał, że pierwszy raz w życiu naprawdę coś czuje. Niczego więcej nie pragnął, jak tylko im pomóc.
– Weź moje ostatnie pióro. – Ałkonost przesunęła się niezdarnie, obracając się bokiem, nagim z wyjątkiem jednego białego piórka. – To czar.
– Jak działa?
– Nie wiem. – Ałkonost przygryzła wargę, bliska płaczu. Teraz nie było w niej nic majestatycznego.
– Moje też weź – powiedziała Sirin i wykręciła się, przesuwając ciężkie ciało, odsłaniając siwe pióro pod skrzydłem. – To urok.