Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Gdzie wszyscy czekali na baczność, aż szefowa zjawi się z ostatecznymi projektami na jesienny pokaz, a przynajmniej z jakąś wizją, i wreszcie zabiorą się do roboty. Na ich gładkich, młodych twarzach widniała troska i niepokój. Victory zrozumiała, że zapewne słyszeli pogłoski o jej rychłym upadku, mimo że spotykała się z miliarderem Lyne'em Bennettem. Pewnie podejrzewali, że uczepiła się go z rozpaczy, żeby wyciągnąć forsę, która uratuje firmę. Prędzej poderżnę sobie żyły, niż poproszę tego faceta o pieniądze, obiecała sobie w duchu.
– Co z baletem? – spytał ktoś.
– Spódniczki baletnic? Nie. Wszyscy uszyli je na wiosnę. Tylko nie ja, pomyślała Victory, i właśnie dlatego firma ma kłopoty. Jednak balet przypomniał jej lunch, a lunch beznadziejny film pod tytułem Światła sceny, w którym nauczycielka każe uczennicy wracać do drążka. Powrót do źródeł. Niczym zombie pomaszerowała do szwalni i zaczęła się gapić na materiały. Podniosła belę klasycznej tkaniny w tonacji pomarańczowobrązowej, zdobionej maleńkimi cekinami, i usiadła przy jednej z maszyn. Postanowiła uszyć parę spodni, ot tak, bo akurat na tym naprawdę się znała. Większości projektantów nie chciało się już zasiadać przy maszynach, wracać tam, skąd przyszli, w bezpieczne miejsce, gdzie człowiek nie miał nic do stracenia, bo był tylko nieznanym, dziwacznym nastolatkiem ze swoim marzeniem.
Następnego dnia, tuż po dwunastej w południe, Victory stała na peronie metra na stacji przy Zachodniej Czwartej Ulicy.
Od lat nie była w metrze, ale wcześniej spacerowała Szóstą Aleją po niemal nieprzespanej nocy zadręczania się kolekcją i zauważyła dziewczynę w zielonym obszernym płaszczu. Dziewczyna wyglądała modnie i interesująco i Victory zeszła za nią po stopniach z brudnego betonu i wmieszała się w popołudniowy dum rozgorączkowanych i wkurzonych bywalców metra. Dziewczyna minęła bramkę obrotową przy wejściu, a Victory przystanęła, patrząc za nią i zastanawiając się, jak to jest być beztroską dwudziestopięciolatką w modnym zielonym płaszczu, wolną od ciężaru związanego z ponowną konfrontacją z rzeczywistością, z koniecznością rozpaczliwego wejrzenia w głąb siebie, podźwignięcia się, zaryzykowania porażki…
Projektowanie mody, cóż za idiotyczna praca. Dwie kolekcje rocznie, pomiędzy nimi ledwie tyle czasu, żeby się podrapać, wieczny przymus pokazania czegoś „nowego", „świeżego" (kiedy nawet nie można już sobie wyobrazić niczego nowego), i tak bezustannie, rok po roku. To cud, że w tej branży ktoś w ogóle był w stanie się przebić.
Zrobiła kilka kroków. Ludzie przepychali się obok niej i patrzyli na nią podejrzliwie. Nie miała dokąd iść, nie miała celu. Pod ziemią oznaczało to śmierć, bo tu jedynym sposobem na przeżycie było udawanie, że nieustannie zmierza się do miejsca znacznie lepszego niż to, w którym właśnie się przebywa. Komórka zaczęła wibrować w jej dłoni – Victory ściskała ją nieświadomie, niczym linę bezpieczeństwa. O Boże, pomyślała. Esemes.
„Gdzie jesteś?", przeczytała pytanie Wendy.
„Metro".
"???"
„Szukam inspiracji".
„Michael's? Pierwsza? Mam niusa".
„Cooo?"
„Jadę do Rumunii. Wpuściłam Shane'a".
Victory ze zdumienia omal nie wypadł z ręki telefon.
„Dasz rade?"
„Tak!!", wystukała Victory.
Skrzywiła się. Co to miało znaczyć, że Wendy wpuściła Shane'a? Nie była w stanie sobie wyobrazić… Ale to oznaczało, że może teraz skupić się na czymś ważniejszym niż cholerna jesienna kolekcja. Wendy jej potrzebowała i na szczęście miały się wkrótce spotkać. Victory stała niecierpliwie w kolejce do automatu, by zakupić bilet do metra, potem przepuściła bilet przez bramkę. Wilgotne, zużyte powietrze uniosło się znad torów i wjechał pociąg, wprawiając peron w drżenie. Przepełniały ją niepokojące, ale i dziwnie krzepiące emocje. Przez lata, zanim osiągnęła sukces, codziennie jeździła metrem i pamiętała wszystkie stare sztuczki, na przykład szybkie lawirowanie wśród tłumu i wślizgiwanie się do wagonu z boku otwartych drzwi, skąd łatwiej przepchnąć się na środek, a potem zająć miejsce przy drążku. Nagle przyszło jej do głowy, że krytycy mieli słuszność co do jej ostatniej kolekcji. Nie da się nosić długich spódnic w metrze, potrzebne są spodnie i solidne buty. I odpowiednia postawa. Rozejrzała się po twarzach w zatłoczonym wagonie, popatrzyła na obojętne, bezmyślne miny, na obcych stłoczonych tak, że nie mogli czuć się komfortowo i nie pozostawało im nic prócz udawania, że inni nie istnieją…
No i zdarzyła się rzecz nie do pomyślenia. Ktoś postukał ją w ramię.
Victory zesztywniała. Postanowiła zignorować zaczepkę. Miała nadzieję, że stukacz wysiądzie na następnej stacji. Przywarła do drążka, chcąc dać mu do zrozumienia, że jeśli to konieczne, zamierza się przesunąć.
Znowu stukanie. To było irytujące. Teraz musiała zareagować. Odwróciła głowę, nastawiona na ewentualną awanturę.
– Ej, dziewczyno. – Stukała ją ciemnoskóra młoda kobieta w okularach.
– Tak? – odezwała się Victory. Nieznajoma wychyliła się ku niej.
– Podobają mi się twoje spodnie. Cekiny w dzień. Ekstra. Victory popatrzyła w dół. Spodnie! Kompletnie zapomniała, że ma na sobie spodnie, które szyła wczoraj przez całe popołudnie i wieczór. Słowa „Podobają mi się twoje spodnie" rozniosły się echem w jej głowie, jak jakieś radosne hasło. „Ej, dziewczyno, podobają mi się twoje spodnie". Nie chodziło jednak tylko o spodnie, lecz o Modę przez duże M, międzynarodowy język dziewczyn, hasło mające przełamać lody, komplement o uspokajającym działaniu, automatyczne członkostwo klubu…
– Dziękuję – odparła Victory uprzejmie i natychmiast poczuła sympatię do młodej kobiety, całkiem obcej, a właściwie już nie tak obcej, skoro obie łączyła płaszczyzna porozumienia: podobały im się jej spodnie. – O Boże! – niemal krzyknęła, gdyż nagła fala inspiracji omal nie zmiotła jej z wysokich obcasów.
Pociąg się zatrzymał, a Victory wybiegła. Pokonała schodki i jak rakieta wypadła na stację na Szóstej Alei.
Wciąż trzymała komórkę w dłoni, wystukała numer biura.
– Zoe? – krzyknęła do swojej asystentki. Umilkła. – W końcu mam typy na jesień.
Szła żwawo chodnikiem, umiejętnie wymijając tłumy.
– Widzę Wendy jako Piotrusia Pana. Dorosłe kobiety, takie jak Wendy Healy, kobiety, które mają wszystko i za to płacą; prezeski zarządów, kobiety, które potrafią się zająć wszystkim… Podróże, dzieci, może nawet ciąża. Widzę chłopczycę: okulary, rozczochrane włosy. Damskie garnitury z grubego sukna, białe koszule z maleńkimi guzikami z kryształków, o nietypowym kształcie, lekko workowate, nic obcisłego w talii, nieskrępowana talia to oznaka władzy. Obszerne koszule plus delikatnie zdobione cekinami spodnie i buty… buty… atłasowe pantofle bez pięt, z ośmiocentymetrowym obcasem kaczuszką, styl Ludwik XIV, wzory z kryształków…
Gadała w tym duchu przez sześć ulic, aż w końcu dotarła pod Michael's. Tam Victory Ford w końcu wyłączyła komórkę, przybrała spokojny wyraz twarzy i otworzyła drzwi restauracji. Poczuła nie tylko podmuch ciepłego powietrza, lecz również ulgę i dumę.
Fiasko z Shane'em to najprawdopodobniej najbardziej interesująca rzecz, jaka zdarzyła się w tym małżeństwie, tłumaczyła Wendy, usadowiona naprzeciwko Victory. Jej przytrafiało się mnóstwo interesujących rzeczy, uświadomiła sobie jednak ze smutkiem, że Shane'owi raczej nie. Ale przecież to nie jej wina, prawda? Zresztą do cholery, na co się uskarżał? Miał dzieci! Szczęściarz. Spędzał z nimi tyle czasu, ile chciał. Nie rozumiał, jakie to cenne? A mógł robić to dzięki niej.