Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Rozdarła plastik, po czym zdjęła bluzkę i marynarkę. Nadal miała na sobie kostium od Armaniego, który włożyła rano do pracy i zapewne będzie nosiła przez najbliższe trzy dni. Wsunęła przez głowę podkoszulek, zadowolona, że go dostała. Miała mniej więcej trzy minuty na spakowanie się i dopiero w drodze na lotnisko uświadomiła sobie, że zapomniała piżamy. Oznaczało to, że przez następne trzy dni będzie również skazana na zestaw do snu. W górach Rumunii jest zimno, kręcili tam wszystkie zimowe sceny. Powinna kupić ciepłe skarpety na paryskim lotnisku…
Zadzwoniła komórka.
– Mamusiu. – Głos Tylera był bardzo surowy.
– Tak, skarbie? – Uniosła ramię, żeby przycisnąć nim telefon do ucha, i jednocześnie rozpinała spodnie.
– Dlaczego Magda dostanie kucyka, a ja nie?
– Chciałbyś kucyka? – zapytała Wendy. – Kucyk to wielki obowiązek. Nie tak jak Błękitny Kaczorek. Musisz go karmić – i, eee, wyprowadzać. – Zastanawiała się, czy to prawda. Czy kucyki wyprowadza się jak psy? Jezu, jak ona się dała przekonać do tego pomysłu?
– Mogę go karmić, mamusiu – powiedział Tyler grzecznie. – Dobrze się nim zajmę.
Jego cienki głosik był tak uwodzicielski, że nawet Tanner Cole by się go nie powstydził. Serce jej się ścisnęło na myśl, że musiała zostawić syna, choćby i na parę dni.
– Może pomyślimy o tym podczas weekendu, skarbie? Pojedziemy do Pensylwanii. Tam przyjrzysz się kucykom i jeśli nadal będziesz jakiegoś chciał, pogadamy o tym.
– Naprawdę wrócisz, mamusiu?
Zamknęła oczy.
– Jasne, że wrócę, skarbie. Przecież zawsze wracam. Dobrze wiesz.
Chociaż może wcale nie w ten weekend, pomyślała, i poczuła straszne wyrzuty sumienia.
– Czy tatuś znowu odejdzie?
– Nie, Tyler. Tatuś zostanie.
– Ale wcześniej odszedł.
– A teraz zostaje, Tyler. Więcej nie odejdzie.
– Obiecujesz?
– Tak, skarbie, obiecuję. Jest tam tatuś? Dasz mi go do telefonu?
Shane przejął słuchawkę.
– Zdążyłaś na samolot?
– Tak, aniele – odparła Wendy, słodkim i celowo ugodowym tonem, jakim teraz miała się do niego zwracać. Doktor Vincent, terapeutka małżeńska, którą zatrudnił Shane i której klientelę stanowiły przede wszystkim gwiazdy filmu i sportu (nie tylko składała wizyty domowe, ale również mogła polecieć w dowolne miejsce na świecie, pod warunkiem że dosta- wała prywatny samolot albo zwrot kosztów za pierwszą klasę), oświadczyła, że przez ostry ton głosu żony Shane czuje się jak pracownik. I tak jednym z „ćwiczeń" Wendy było przemawianie do męża, „jakby był najdroższą jej na świecie istotą". Wendy to irytowało, zwłaszcza że przez ostatnich dziesięć lat robiła wszystko, co w jej mocy, by uszczęśliwić Shane'a, ale nie miała serca się wykłócać. W tym momencie łatwiej jej było ustąpić, obojgu, Shane'owi i doktor Vincent, i zająć się swoim filmem.
– Jak się masz? – zapytała przyjaźnie, chociaż widzieli się dwie godziny wcześniej, gdy gorączkowo pakowała rzeczy.
– Dobrze – odparł swoim zwykłym, jękliwym głosem. A potem chyba przypomniał sobie zalecenia doktor Vincent, bo dodał: – Kochana.
– Chciałam ci tylko powiedzieć, że bardzo doceniam, że jesteś z naszymi dziećmi – powiedziała. – Nie dałabym sobie rady bez ciebie.
– A ja chciałbym ci podziękować, że tak ciężko pracujesz dla naszej rodziny – odparł Shane, całkiem jakby to przeczytał na karcie ze wskazówkami. W ramach „rehabilitacji małżeńskiej" doktor Vincent zaopatrzyła ich w dwa zestawy kart z przydatnymi zdaniami wyrażającymi aprobatę, które Wendy i Shane mieli wplatać do każdej rozmowy. Jeden zestaw był dla „żywiciela", drugi dla „opiekuna".
– Zwykle to mężczyzna otrzymuje karty żywiciela – oświadczyła doktor Vincent z szerokim, dziarskim uśmiechem, odsłaniając korony, które przypominały wielkie kawałki gumy do żucia w pastylkach. Doktor Vincent, która przyznała na pierwszym spotkaniu, że liczy sobie pięćdziesiąt siedem lat, miała okropne rysy kogoś, kto przeszedł zbyt wiele nieudanych operacji plastycznych. – W tym wypadku jednak to Wendy dostanie ten zestaw. Jeśli przez to czujesz się niekomfortowo, Shane, możemy o tym porozmawiać. – Poklepała Shane'a po ramieniu dłonią, która przypominała szpony małego kolorowego ptaka. – Ostatnio jednak coraz częściej wręczam te karty kobietom, więc z całą pewnością nie jesteś wyjątkiem.
– Ja zajmuję się domem – oświadczył Shane z naciskiem. – Jestem ojcem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Wendy nie przypomniała mu, że pani Minniver i sprzątaczka odwalają większość roboty.
– Bardzo dobrze, Shane. – Doktor Vincent z aprobatą pokiwała głową. – Akceptacja, Aprobata, Adoracja. To nasze trzy A małżeństwa! Co powstaje po ich wymieszaniu? Ambrozja!
Wendy aż skręciło. Zerknęła na Shane'a w nadziei, że doktor Vincent wydaje mu się równie absurdalna jak jej i że to będzie jeden z ich prywatnych dowcipów. Shane wpatrywał się jednak w doktor Vincent triumfująco, jak człowiek, który oczekuje, że lada chwila przyznają mu rację. Wendy pomyślała, że najwyraźniej w zeszłym roku ich małżeństwo przeszło od fazy prywatnych żartów do fazy prywatnego piekła.
Teraz, stojąc w maleńkiej samolotowej toalecie, w skarpetkach i spodniach opuszczonych do kostek, powiedziała:
– Doceniam to, że mnie doceniasz, aniele.
– Dobrze – oświadczył kapryśnie, jak dziecko, któremu nagle znudziła się walka.
Wendy westchnęła.
– Shane, możemy dać sobie z tym spokój? Wrócić do tego, co było wcześniej?
– Mnie to nie odpowiadało, Wendy. Dobrze o tym wiesz – oświadczył z wyczuwalną groźbą w głosie. – Wrócisz w sobotę? To ważne.
Konsultacja, Kooperacja, Koordynacja, pomyślała Wendy, przypominając sobie trzy K, o których doktor Vincent mówiła podczas ostatniego spotkania. Trzy K stanowiły Kwintesencję udanego małżeństwa – Zrobię co w mojej mocy – obiecała. – Wiem, że to ważne.
Powinna tak to zostawić, a następnie okazać chęć Kooperacji i przybyć na czas. Ale, jasna cholera, Shane wymyślił sobie tę wyprawę do Pensylwanii bez Konsultacji celowo, pomyślała, wiedział, że ten film jest Krytyczny dla jej Kariery.
– Ale film też jest ważny. – Starała się uniknąć uszczypliwości. Uszczypliwość, Ubliżanie, Ujarzmianie – trzy U, których należało Unikać, bo Unicestwiają małżeństwo. Wciąż słyszała słowa doktor Vincent w swojej głowie.
– Jasne – odparł Shane rześko, całkiem jakby się spodziewał takiej odpowiedzi. Przerwał połączenie.
– Zadzwonię jutro. Jak tylko samolot wyląduje – powiedziała Wendy w pustkę.
Wyłączyła komórkę i wrzuciła ją do kufra.
Wróciła na miejsce i usiadła. Nie myśl o tym, powtarzała sobie, grzebiąc w kufrze. Nic na to nie poradzisz. Wyjęła maskę do spania z czerwonego jedwabiu (ubiegłoroczny prezent od Magdy na Boże Narodzenie), małe metalowe pudełeczko z woskowymi zatyczkami do uszu i fiolkę tabletek nasennych, po czym włożyła to wszystko do niewielkiego schowka w oparciu.
Samolot oderwał się od pasa startowego z lekkim szarpnięciem. Wychyliła się i oparła czoło o okno. Plastik był przyjemnie chłodny. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. Miała przed sobą siedem godzin wolności – siedem rozkosznych godzin, podczas których nie będzie osiągalna, ani przez telefon, ani mailem…
Nagle usłyszała w swojej głowie głos Shane'a. „Beze mnie wszystko by się zawaliło. Dlatego odszedłem. Zęby pokazać Wendy, jak to jest, kiedy mnie zabraknie".