Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 64
Перейти на страницу:

Dzięki niewytłumaczalnemu zrządzeniu Niebios, Guma mógł sobie na zaspokajanie tych kulinarnych pasji pozwolić. Apetyt mu dopisywał i wszystko, co pożarł, znikało w nim bez śladu. Pozostawał suchy i żylasty, bez grama tłuszczu na mięśniach, sprawiających wrażenie, jakby ukręcono je ze stalowego drutu. Mógł jeszcze czerpać dodatkową radość z dręczenia opowieściami o swych ucztach kolegów, którzy, sterroryzowani przez lejącą się z mediów propagandę fitnesu, a bardziej jeszcze przez ulegające tej propagandzie żony, walczyli w ponurej desperacji z nieubłagalnymi postępami otyłości i gryźli się wyrzutami sumienia po każdym wchłoniętym ukradkiem piwie.

– Pana to żarcie zgubi – krakał ich wydziałowy lekarz. – Niech pan nie myśli, że tak można bez końca, o nie. Pali pan paczkę dziennie, odżywia się jak jaskiniowiec, nie ma pan pojęcia, co się dzieje z pańskim sercem i wątrobą.

Guma traktował go z dobrotliwą pobłażliwością.

– Mnie, panie doktorze, jeśli kiedy co zgubi, to baby -zwykł odpowiadać.

Jak się miało tego dnia okazać, obaj mieli w pewnym stopniu rację, choć obaj myśleli o czymś zupełnie innym.

Gumie chodziło raczej o “księżniczki” z pigalaka, na które wydawał sporą część zarobków, i różne mniej lub bardziej znajome panie, pragnące to lub owo załatwić czy tylko zobowiązać go sobie drobną przysługą. W żadnym wypadku nie myślał o wciśniętej do resortu w ramach wymuszonej przez Unię Europejską afirmatywki pani wiceminister spraw wewnętrznych. Jedno z cudownych odkryć pani prezydent, zachwyciła ona prasę i telewizję gruntowną reformą żywienia w resortowych stołówkach.

Praktycznym skutkiem tej reformy było zmuszenie Gumy do odżywiania się na mieście. Codziennie w porze lunchu opuszczał zwalisty gmach Firmy i omijając główny dziedziniec kierował się ku bocznej furtce. Stamtąd, przeciągnąwszy swą kartą przez szczelinę czytnika, przechodził wąską ścieżką pomiędzy dwoma rzędami stalowych sztachet do Rakowieckiej, przecinał ulicę i w niewielkim, dość obskurnym, ale też dzięki temu uodpornionym na bzdurne mody barze pałaszował obfity, tłusty i bardzo niezdrowy posiłek.

Lekarz miał na myśli raczej negatywne skutki, jakie spożywanie takich posiłków – wierzył uparcie, wbrew oczywistym faktom – wywierać musiało na organizm Gumy. W żadnym wypadku nie chodziło mu o to, iż jego pacjent, dogadzając swemu apetytowi, znajdzie się o niewłaściwej porze w niewłaściwym miejscu.

Tego dnia Guma, zajęty dokumentacją SO Kuromaku, opuścił biuro nieco później niż zwykle. Za dwadzieścia trzecia minął kiwającą się na chodniku pod barem śniadą łachmaniarę, zawodzącą przeciągle, ze śmiesznym akcentem:

– Daaaaj, pane, penąąądza, daaaaj, pane…

Guma, zbliżając się do drzwi baru, obrzucił żebraczkę pełnym zainteresowania spojrzeniem. Był ciekaw, co za idioci dają takim pieniądze, ale poza tym uważał, że dopóki biedota z Bangladeszu przyjeżdża żebrać do Polski, a nie odwrotnie, to wszystko jest z grubsza w porządku.

– Uszanowanie – powitał go mężczyzna stojący przy kasie. Widywał Gumę od lat, nie wiedział jednak nic o nim samym ani o jego miejscu pracy i w najmniejszym stopniu nie był tym zainteresowany. – Co dzisiaj będzie?

– Goloneczka – zdecydował Guma po chwili namysłu. – I żywczyk.

Zapłacił i z chłodną butelką w jednym ręku oraz wydrukowanym przez kasę kwitem w drugim skierował się do okienka.

Kilkanaście minut później, kiedy kończył już przy stoliku w kącie posiłek, rozkoszując się wypełniającym go błogim rozleniwieniem, jego uwagę zwróciły podniesione głosy.

– Wy oszukujetie – mówił powoli, z silnym wschodnim akcentem mężczyzna stojący na wprost kasjera. – Tutaj nie jest' sto gram. Tutaj jest' mało. Ja chcę moje pieniądze z powrotem.

– Panie, panie, odwal się pan – machał rękami zirytowany kasjer. – Zeżarł połowę, a teraz by chciał pieniądze, akurat. Zwracać można tylko nie tkniętą porcję!

– Wy oszukujetie, tu jest' mało – upierał się mężczyzna.

– Stefan, tylko nic mu nie płać! – wydarła się, niepotrzebnie, kobieta z okienka. – Następny się znalazł! Złodzieje cholerne, zaraza!

– No, patrz pan, jaki cwaniaczek – oznajmił teatralnie któryś z konsumentów.

– Pogonić kacapa – zgodził się z nim inny.

Klient, który chwilę wcześniej przysiadł się do sąsiedniego stolika, potrząsnął kilkakrotnie nad swym daniem solniczką, syknął z niezadowoleniem, po czym, rozejrzawszy się, wstał i ruszył do stolika Gumy. Ten ostatni odsunął się nieznacznie, ponieważ zbliżający się nieznajomy zasłonił mu widok na nabierającą rozpędu awanturę. Nieznajomy wyciągnął lewą dłoń, ale nie sięgnął solniczek, tylko mocno przytrzymał Gumę za ramię. W prawym ręku ukrywał osadzony w drewnianym trzonku trójkątny pilnik, zaostrzony w sposób, który zmienił poczciwe narzędzie w kilkunastocentymetrowej długości sztylet. Błyskawicznym, wytrenowanym ruchem wbił go Gumie w pierś.

Guma poczuł tylko tępy ból, jakby ktoś bardzo mocno szturchnął go kijem między żebra. Nie zdołał już na to zareagować; rozchylił tylko wargi i jęknął, głucho i bardzo cicho. Nieznajomy delikatnie ujął go za ramiona i ułożył głębiej na krześle, zesztywniałego w gwałtownym, śmiertelnym spazmie wszystkich mięśni. Nie popłynęła ani kropla krwi. Potem nieznajomy, ukrywając pilnik w rękawie marynarki, najspokojniej w świecie wyszedł z baru. Nikt za nim nie spojrzał. Wszyscy zajęci byli awanturującym się Rosjaninem. Kiedy wreszcie, czując wzbierającą przeciwko niemu determinację, Rosjanin zniknął za drzwiami, odcinając się coraz słabiej rzucanym nań obelgom, rozpoczęło się długotrwałe komentowanie wydarzenia.

Dopiero po kilku minutach pomagająca przy kuchni dziewczyna podeszła zebrać z wolnego stołu naczynia. Pokręciła z dezaprobatą głową, widząc, że potrawa jest nawet nie napoczęta. Potem zauważyła, że gość przy sąsiednim stoliku siedzi jakoś dziwnie. Zbliżyła się:

– Halo? Proszę pana? Nic panu nie jest? – dotknęła delikatnie ramienia siedzącego, a ten zwalił się sztywno na podłogę jak podcięty manekin. Narobiła krzyku. Dookoła natychmiast zacisnął się pierścień przypadkowych świadków zdarzenia, którzy wszyscy jeden w drugiego okazali się nagle kwalifikowanymi doradcami z dziedziny reanimacji pozawałowej.

Właściciel baru wezwał pogotowie. Pojawiło się po piętnastu minutach. Lekarzowi wystarczyło kilka sekund na stwierdzenie zgonu. Zgodnie z przepisami kazał kierowcy przywołać patrol policji. Patrol ten, składający się z trzech funkcjonariuszy Batalionu Zabezpieczenia Miasta, pojawił się w sześć minut później. Jeden z funkcjonariuszy przystąpił do obszukiwania zwłok. Podczas tej czynności zauważył niewielką dziurę w koszuli zmarłego; w chwilę później znalazł w klatce piersiowej martwego mężczyzny przeoczony przez lekarza, trójkątny krater, w którym lśniła rubinowo pojedyncza kropla skrzepłej krwi.

Funkcjonariusze, którzy przedtem próbowali bezskutecznie rozpędzić gapiów, teraz zażądali od wszystkich pozostania na miejscu. Bar został zamknięty. Kilka minut później pojawiły się pod nim dwa następne patrole i ogrodziły jego drzwi żółtą taśmą.

Tymczasem w zwalistym gmachu Firmy, w kilkanaście minut po wyjściu Gumy jego sekretarka odebrała telefon z sekretariatu pułkownika Skowery, znanego w Firmie jako Żyła. Skowera, jako zastępca szefa zarządu drugiego nie był bezpośrednim przełożonym Gumy, miał jednak prawo żądać z nim rozmowy, Guma zaś zobowiązany był życzeniu temu zadośćuczynić, a później sporządzić o tej rozmowie notatkę służbową dla swoich przełożonych.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)